dwutygodnik internetowy
23.11.2015
magazyn papierowy


Luki przedmałżeńskie

Pary uczestniczące w kursach buntują się wewnętrznie przeciw sposobowi ich prowadzenia, a udział w nich traktowany jest jak cena, którą trzeba zapłacić za możliwość przystąpienia do sakramentu. Co w obecnych kursach wymaga zmiany, a co warto utrzymać?

ilustr.: K

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Osiemdziesiąt procent par, które wzięły udział w niekościelnych warsztatach przedmałżeńskich organizowanych przez Fundację „Rozwód? Poczekaj!” zadeklarowało, że przygotowuje się do ślubu w Kościele. Spotkania prowadzone przez psychologów niezwiązanych z żadnym wyznaniem nie zwalniały ich z odbycia tradycyjnych nauk. Dlaczego zdecydowali się poświęcić dwa razy więcej czasu na przygotowania do ślubu, a z narzeczeńskiego budżetu wyjęli jeszcze dodatkowe 380 złotych? Kursy organizowane przy kościołach w większości przypadków były dla nich rozczarowaniem. Zdanie tych zmotywowanych par potwierdzają opinie internautów oraz prasowe reportaże pod wymownymi tytułami: „Fikcje przedmałżeńskie” („Tygodnik Powszechny”, 19.10.2014), „Nauka małżeństwa w weekend” („Gazeta Wyborcza”, 14.07.2009). Pary zapamiętują z kościelnych nauk przede wszystkim własne zażenowanie wykładami o kobiecej fizjologii i objawach płodności oraz grafomańskie próby opisu małżeńskiej miłości („ona jest elektrodą poruszającą jego serce”).

Nie chcemy publikować kolejnego reportażu o gafach katechetów – głupie, nie wiadomo czy śmieszne, złe przykłady już poznaliśmy. Kursy przedmałżeńskie są ważne i potrzebne. Decyzja o przysiędze ma olbrzymią wagę, wymaga zastanowienia. Wyraźnym dowodem są osoby, które nie decydują się na związek, po tym jak orientują się, że poglądy na rzeczy najważniejsze dzielą je, a nie łączą. Chcemy raczej zastanowić się, jaki powinien być program kursów, który odpowiadałby rzeczywistym potrzebom par w Polsce i łączył dwa najważniejsze tematy i nawet nie emocje, ale stany człowieka: stan (trwanie w) miłości i stan wiary? Co w obecnych kursach wymaga zmiany, a co warto utrzymać?

Widzimy takie potrzeby: warto odwrócić proporcje tematów, zminimalizować te związane z etyką seksualną, a więcej mówić o psychologii związku, uniwersalnej dynamice relacji dwojga ludzi – od strony zupełnie świeckiej. Skupić się także na duchowości, podpowiadać jak można budować ją we dwoje. Zaprosić małżeństwa do prowadzenia wszystkich spotkań. Księżom pozwolić mówić o kwestiach związanych z wiarą. Korzystać z ich doświadczenia słuchania spowiedzi małżonków, ale nie stawiać ich w sytuacji, w której muszą poprowadzić wykład z etyki seksualnej oraz radzić w sprawach rodzinnego budżetu. Konwencję wykładu najlepiej zamienić na rozmowy narzeczonych.

Kursy przeciw rozwodom

Rocznie w Kościele zawieranych jest ok. 134 tysięcy małżeństw (GUS). To duża grupa ludzi, którzy biorąc ślub, muszą się skonfrontować z własną wiarą i zdecydować czy potwierdzają swoją przynależność do Wspólnoty. Gdyby kursy przedmałżeńskie, te ostatnie obowiązkowe rekolekcje w życiu, rzeczywiście budowały i wzmacniały pary, Kościołowi przybywałoby świadomych wiernych i być może mniej mielibyśmy rozwodów.

W latach 1989–2010 potroiła się liczba unieważnionych małżeństw w Kościele (GUS). Wzrost tej liczby zależny jest nie tylko od słabnących związków, ale także od usprawnienia machiny administracyjnej Sądów Kościelnych i większej odwagi osób decydujących się na oficjalne uznanie węzła małżeńskiego za niebyły. Statystyk dotyczących zerwanych ślubów kościelnych, które nie kwalifikowały się do unieważnienia, nie ma. Z myślą o tych zagrożonych parach, ale także o tych, które będą trwały bez większych wstrząsów, warto dopracować metodę przygotowania do małżeństwa, jako profilaktykę konfliktów.

„Kursy” to jednak niefortunne sformułowanie. Nie da się wyłożyć małżeństwa na zajęciach kursowych. Teologię małżeństwa i przepisy z Kodeksu Prawa Kanonicznego – to owszem. Po co nam jednak teoria, jeśli nie idzie za nią praktyka? Doktrynalny wykład można w czasie kursu zignorować, zmilczeć. Nauki przedmałżeńskie zbyt często przypominają złą katechezę, rozumianą jako sytuację, w której grupa ludzi, potulnych trochę bardziej niż zwykle, wsłuchuje się (albo i nie) w wypowiedź katechety lub księdza. Nie wyraża swojego sprzeciwu albo niepokoju, bo te nie mieszczą się w konwencji lekcji religii. Panuje grzeczność i pozorna zgoda. W ten sposób narzeczeni odhaczają kursy zamiast w nich świadomie uczestniczyć. Tworzy się sytuacja szkolnego przymusu – słucham, bo muszę, a nie dlatego, że chcę. Lepiej użyć innych słów: spotkania, warsztaty, rekolekcje przedmałżeńskie, rozumiane jako czas dyskutowania o wspólnych wartościach i pracy nad duchowością.

Niepełne instrukcje

Skoro większość kursów jest dla ich uczestników rozczarowaniem, może program jest niewłaściwy? Obecnie zawartość merytoryczną polskich kursów reguluje ogólnopolska „Instrukcja o przygotowaniu do zawarcia małżeństwa w Kościele Katolickim” wydana przez Episkopat w 1986 roku. Jest ona odpowiedzią na ogólne zalecenia Jana Pawła II zawarte w adhortacji „Familiaris Consortio” (podsumowaniu trzech synodów biskupich na temat rodziny zainicjowanych przez Sobór Watykański II). Wytyczne episkopatu są bardzo pobieżne. Treść nauk zależy więc – na dobre i na złe – od inicjatywy prowadzących. Teoretycznie za uszczegółowienie programu odpowiada ordynariusz miejsca, zwykle biskup diecezjalny. W praktyce na stronach diecezji można znaleźć po prostu link do krajowej i ogólnej w swoich zaleceniach instrukcji.

Korzystając z obecnego dokumentu można by przygotować bardzo dobre spotkania (i tak się w niektórych przypadkach dzieje). Cele postawione przez Episkopat zobowiązują do: „przysposobienia do międzyosobowego życia w małżeństwie na równych prawach, do wspólnotowego życia w rodzinie, do odpowiedzialności i współpracy, do kształtowania moralnych i religijnospołecznych cnót (…), wprowadzenia w głębsze życie wspólnotowo-liturgiczne tj. we wspólną modlitwę (…), pogłębienia chrześcijańskiej nauki o małżeństwie” [kolejność autorów]. Brzmi przekonująco. Dokument z 1986 roku podkreśla znaczenie komunikacji interpersonalnej. Wyznacza cele, które wymagają także psychologicznego treningu. Wskazuje trzy elementy przedmałżeńskiej katechezy: „wspólnotowo-liturgiczny, konferencyjny oraz dialogowy”. Uznaje, że powinna przede wszystkim „formować”, a nie „przekazywać informacje”. Przyznanie pierwszeństwa rozmowie narzeczonych przed biernym wysłuchiwaniem doktrynalnych wykładów to absolutna konieczność. Teologii małżeństwa nie da się wcielić w życie po wysłuchaniu wykładu, ale jest to możliwe dzięki dialogowi, dobrej woli i miłości. Zwróćmy uwagę na równouprawnienie w związku, które postuluje instrukcja. Obecne kursy zbyt często reprodukują stereotypowy podział ról, przedstawiając go jako naturalny (a nie podlegający ustaleniom), bazują na utartych schematach widzenia płci kulturowej, co jest szczególnie rażące.

Język miłości małżeńskiej

Czemu wiele par uczestniczących w kursach buntuje się wewnętrznie przeciw sposobowi ich prowadzenia? Czemu udział przedstawiany jest jako cena, którą trzeba zapłacić za możliwość przystąpienia do sakramentu? Jedną z wielu przyczyn może być fakt, że sposób, w jaki dokumenty kościoła opisują miłość i małżeństwo, nie przystaje do rzeczywistego doświadczenia ludzi. Prawodawczy, normatywny styl języka jest przesycony teologiczną frazą, a wizja związku, która wyłania się z tekstów, jest co najmniej abstrakcyjna. Językiem tych tekstów kościelnych często przemawiają księża i katecheci w czasie spotkań przedmałżeńskich, a uczestnicy wcale nie czują, żeby mowa była o miłości, którą chcą budować. Jak sensownie przygotować do małżeństwa, które jest definiowane językiem, z którym większość narzeczonych nie może się utożsamić? Jak zwykle najbardziej wyraziste przykłady wiążą się ze sferą seksualności i kwestią planowania dzieci. Mowa jest między innymi o „ofiarnej płodności”. Z perspektywy teologicznej sformułowanie odwołuje się do pięknych wydarzeń jakimi są współżycie pary i późniejszy rozwój dziecka, które wymagają poświęceń – ofiary. Jednak w narracji, która współżycie i dzieci od samego początku ujmuje w kategoriach krzyża i trudnego obowiązku, pomija całą żywiołowość, dobrą wolę i miłość dwojga ludzi, którzy świadomi możliwych przeciwności przede wszystkim mają jednak nadzieję.

Zuzanna Radzik w książce „Kobiety kościoła” przywołuje wydarzenie z obrad Soboru Watykańskiego II, które wymownie pokazuje językowy problem opisu małżeństwa. Luz María Álvarez Icaza, żona zaproszonego na sobór teologa, wybuchła śmiechem podczas głośnego czytania opisu życia rodzinnego, który był częścią projektu Deklaracji o Kościele w Świecie Współczesnym. Wystąpiła przed gronem biskupów zapewniając ich, że kiedy współżyje z mężem dzieje się to w akcie miłości, a nie pożądliwości. Wielu biskupów podeszło do Luz Marii po zakończeniu obrad podziękować za tę uwagę, o której nigdy by nie pomyśleli. Od czasów soboru wiele się zmieniło w mówieniu o małżeńskiej intymności i o rodzinie. Wydaje się jednak, że stara narracja oparta na negatywnych kategoriach pożądania, grzechu, dominacji jest wciąż silniejsza.

Regulacja płodności

To właśnie części kursu związane z etyką seksualną i wizytami w poradniach życia rodzinnego budzą największe kontrowersje. Z tego powodu są też najlepiej zapamiętywane przez uczestników. Informacje o płodności, możliwościach planowania dzieci są ideologicznie nacechowane i przekazywane przez osoby, którym często brak kompetencji. To niewyczerpane źródło anegdot. I typowy temat zastępczy. Wymaganie od prowadzących profesjonalizmu i przekazywania wiedzy z zakresu biologii powinno być oczywiste. Prawdziwa kontrowersja wynika jednak z kościelnego zakazu regulacji poczęć opartej na innych metodach niż te fizjologiczne. Spotkania przedmałżeńskie nie powinny stać się miejscem publicznej debaty na ten temat. Ta debata powinna toczyć się w związku, w sumieniach małżonków. W naszym przekonaniu chodziłoby o stworzenie sytuacji, w której przyszli małżonkowie świadomi sprzeczności, jaka zachodzi (jeśli zachodzi) między ich doświadczeniem życia a Społeczną Nauką Kościoła, wzięli za tę sprzeczność odpowiedzialność we własnym sumieniu, a nie tylko uciekali przed batem kościelnych dyrektyw.

Obowiązująca encyklika Pawła VI „Humanae Vitae”, w której papież stanowczo utrzymuje zakaz stosowania antykoncepcji, powstała w opozycji do rekomendacji przygotowanej przez Papieską Komisję ds. Regulacji Poczęć powołaną do prac nad tym ważnym kościelnym dokumentem. Nie bez wewnętrznych kontrowersji Komisja złożona z księży, lekarzy, psychologów, ekspertów od zaludnienia (w tym kobiet), opowiedziała się za zniesieniem zakazu. Co najmniej od pięćdziesięciu lat ten temat dzieli Wspólnotę wiernych. W sytuacji tak głębokiej i historycznej kontrowersji nie wystarczy powtórne wyłożenie zakazu podczas kursu przedmałżeńskiego. Chociażby dlatego, że zakaz powoduje bunt lub lekceważenie, a nie przyjęcie zasady. Zachęcenie wiernych do praktyki naturalnych metod regulacji poczęć wymaga nie tyle przyspieszonego kursu biologii, co pogłębionego uzasadnienia tych metod w perspektywie wiary, osobistej relacji małżonków z Bogiem. Wtedy to już nie Kościół czegoś zakazuje, ale sami wierni świadomie wybierają swoje działanie. Potrzebowalibyśmy usłyszeć coś więcej niż tylko standardowe wytłumaczenie, że naturalne metody, poprzez swoją częściową nieprzewidywalność, otwierają nas na decyzje łaski Bożej w sprawie dzieci.

 

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Psychologia związku

Przedmałżeńskim spotkaniom najbardziej brakuje podłoża psychologicznego. Tu Kościół mógłby bardzo skorzystać z wiedzy gromadzonej przez psychologów niekoniecznie związanych z wiarą. W jaki sposób nad trwałością związku pracuje się podczas niekościelnych kursów? Fundacja „Rozwód? Poczekaj” stawia sobie kilka celów: uwalnia pary od presji idealnego związku, wizji romantycznej miłości i dementuje utrwalone, nieprawdziwe mądrości na temat relacji. Miłość nie wszystko przetrzyma, miłość nie wszystkiemu uwierzy. Hymn o miłości z pierwszego Listu do Koryntian opisujący boską miłość, przyrównany do możliwości człowieka tworzy niedościgniony ideał. Relacja dwojga ludzi nie będzie działać sama z siebie. Wymaga wspólnej pracy i wzajemnej akceptacji. Zrzucenie całej odpowiedzialności za związek tylko na boską miłość jest zgubne. Małżonkowie muszą nauczyć się pracować nad swoją relacją. Podczas kursu prowadzonego przez małżeństwa psychologów pary dowiadują się o czekających je kryzysach. Są zachęcane do wspólnej rozmowy m.in. o wzorcach związków wyniesionych z domu, o duchowości lub wierze, i seksie.

Psycholodzy prowadzący fundację przedstawiają uczestnikom laickie uzasadnienie wartości trwałego związku. Człowiek jako istota społeczna po prostu potrzebuje długoterminowej więzi, która nadaje życiu stabilność. Tylko wspólne przejście kryzysów prowadzi do pozytywnej przemiany partnerów. Wzajemna akceptacja i umiejętność wyjścia poza własny egoizm (cnoty wspierane mocno w ramach katolickiej moralności) także przez świeckich psychologów widziane są jako niekwestionowana wartość, przyczynek do rozwoju. Nieprzejście kryzysu, zmiana partnera nie usuwają problemów, które tkwią osobach, a nie w relacji. Powtórny związek najprawdopodobniej będzie miał te same przeszkody. A nade wszystko, trwałości związku najbardziej potrzebują dzieci.

Zapożyczenie elementów warsztatu psychologicznego jest o tyle cenne, że pokazuje wielość możliwych sposobów radzenia sobie w związku. Kościelne kursy często budują wrażenie istnienia jakiegoś jednego, idealnego modelu katolickiego małżeństwa czy katolickiej rodziny, do którego należy dążyć.

 Rozmowa narzeczonych

Wykorzystanie wiedzy psychologicznej podczas kościelnych spotkań przedmałżeńskich nie jest nowe, ale bardzo rzadkie. Pionierem tego typu podejścia jest w Polsce świecki Ruch Spotkań Małżeńskich. Za św. Tomaszem powtarzają „łaska buduje na naturze” i dlatego uznają, że po pierwsze niezbędne jest rozpoznanie potrzeb psychicznych i naturalnych cech osobowości partnera zgodnie z podstawami psychologii. Dopiero opanowanie umiejętności prowadzenia dialogu, wywiedzionego od podstaw komunikacji interpersonalnej (pierwszeństwo słuchania przed mówieniem, dzielenia się przed dyskutowaniem i rozumienia przed ocenianiem) daje przyszłym małżonkom narzędzia do wspólnego życia.

Od 1977 roku Ruch zajmuje się organizacją rekolekcji dla małżeństw oraz narzeczonych, które polegają na rozmowie pary. Narzeczeni lub małżonkowie dostają wydruki z różnymi pytaniami, na które odpowiadają samodzielnie, a potem spotykają się, żeby we dwoje porozmawiać o tym, co napisali. Samodzielny czas zastanowienia i wspólną rozmowę poprzedza wprowadzenie przygotowane przez świecką parę oraz komentarz księdza. Ten prosty mechanizm pomija doktrynalne wykłady oraz element wspólnej dyskusji. Tworzy sytuację, w której narzeczeni lub małżonkowie mogą szczerze porozmawiać. Tematy, które są zadane małżonkom, wymagają m.in. rozpoznania wspólnej hierarchii wartości, rozmowy o własnych planach zawodowych, wyobrażeniu życia rodzinnego po tym, jak urodzą się dzieci itp.

Dialogowa metoda ruchu Małżeńskich Dróg byłaby dobrą alternatywą dla tradycyjnych nauk. Jej wielką zaletą, ale także trudnością jest to, że tworzą ją świeccy. Wymaga rzeczywistego zaangażowania na rzecz Wspólnoty w postaci czasu i autentycznego otwarcia na rozmowę, odwagi opowiadania o własnym związku, konfrontacji z samym sobą i własną duchowością. Tu potrzeba żywej wiary. Nie ma chyba nic trudniejszego niż instytucjonalne uregulowanie takiego zapotrzebowania.

Świat cywilny

Model spotkań prowadzonych przez świeckich, tak samo jak tradycyjne nauki przedmałżeńskie, niesie ze sobą pewne zagrożenia. Jednym z nich jest ryzyko rzutowania subiektywnych opinii i uprzedzeń osób prowadzących kursy na tematy poruszane w czasie spotkań.

Podczas jednego z takich kursów prowadzący stwierdził na przykład, że małżeństwa cywilne nie mają pojęcia, czym jest prawdziwa więź. Innym razem narzeczeni mogli usłyszeć, że pary starające się o zapłodnienie metodą in vitro to ludzie zepsuci i leniwi, którzy wolą „zamówić” sobie dziecko z próbówki. Oba te przykłady w bardzo niefortunny sposób miały obrazować tematy ważne i aktualne dla Kościoła i zapewne dla samych słuchaczy – takie jak ich osobiste motywacje przy decyzji o wejściu w związek sakramentalny czy dylematy związane z zapłodnieniem pozaustrojowym.

Kurs oczywiście jest miejscem, gdzie w sposób jasny wyraża się stanowisko Kościoła. Nie powinien jednak dopuszczać do sytuacji, w których w sposób krzywdzący ocenia się osoby, żyjące poza systemem jego wartości. Chociażby z uwagi na pary jednostronnie wierzące, które uczestniczą w kursie, a także na elementarną wrażliwość na wybory drugiego człowieka. Jest różnica pomiędzy przedstawieniem racji Kościoła (właściwe zapłodnienie następuje w ciele kobiety w wyniku miłosnego współżycia małżonków), a nazywaniem tych, którzy decydują się na in vitro, zapatrzonymi we własną karierę japiszonami. Niestety zdarza się często, że na kursach powiela się krzywdzące opinie o osobach niewierzących lub tych, które pozostając blisko wiary, swoje miejsce w kościele znajdują w przedsionku.

Instrukcja Episkopatu zawiera zalecenie, by naukę o małżeństwie wprowadzać w kontekście „rozpowszechnionych dziś fałszywych teorii i poglądów”. To zalecenie-pułapka, w którą wpada wiele organizatorów kursów. Zamiast skupiać się na budowaniu pozytywnego wzorca małżeństwa, często pogrąża się w ocenianiu „teorii i poglądów”, a także postaw i konkretnych ludzi. To pogłębia rozdźwięk pomiędzy zinstytucjonalizowanym kościołem a resztą świata. Tymczasem niewierzący i wierzący żyją razem w tych samych rodzinach i widzą, że Kościół nie ma monopolu na dobre związki i wiele też mógłby się nauczyć od laickich instytucji, chociażby w kwestii psychologicznego treningu.

 

Dziękuję naszym rozmówcom: Zosi i Maciejowi Matejewskim, Rafałowi Milewskiemu, Dorocie Ziółkowskiej-Maciaszek, Pawłowi Maciaszkowi.

 

Współpraca: Dorota Borodaj i Tomek Kaczor

 

 

Tekst pochodzi z 29. numeru papierowego kwartalnika “Kontakt”, dostępnego w Salonach EMPiK.