dwutygodnik internetowy
26.05.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Luft: Czy Mołdawia dostanie wizę do Europy?

W czasach ZSRR Mołdawia była sowieckim rajem. Po uzyskaniu niepodległości w 1991 roku gospodarka zawaliła się i nastał niebotyczny bałagan.

ilustr.: Karolina Burdon

Dziś nie wiadomo, kto stworzy nowy rząd w Kiszyniowie. Obecna, prozachodnia koalicja byłaby szansą na integrację kraju z Unią Europejską. Komuniści mogą zorietnować kraj na Rosję.
Z Bogumiłem Luftem rozmawia Mateusz Luft.

Co się stało? Miała być podpisana umowa stowarzyszeniowa Mołdawii z Unią Europejską, a o ile wiem, nie została podpisana.
Umowę parafowano podczas szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie z założeniem, że zostanie podpisana w kolejnym, a więc w bieżącym roku, być może już niedługo. W Mołdawii odbędą się w listopadzie bardzo ważne wybory parlamentarne. Jeżeli obecna prozachodnia i proeuropejska koalicja rządowa wygra te wybory i stworzy rząd, to będzie to oznaczało przełamanie niepewności co do dążenia Mołdawii do integracji europejskiej. Jeżeli wygrają komuniści, to nie wiadomo co się stanie. Nie jest oczywiste, że całkowicie przeorientują kraj w stronę Rosji, ale może do tego dojść.

Teraz chodzi o to, by rząd koalicji proeuropejskiej osiągnął dostatecznie dużo sukcesów, by był przez elektorat widziany jak najlepiej. Według ostatnich sondaży jego notowania nieco się poprawiają. Jeżeli rzeczywiście tak jest – bo sondaże w tamtej części Europy są niezbyt wiarygodne – to być może w związku z faktem, iż kilka tygodni temu został zniesiony obowiązek wizowy dla Mołdawian do strefy Schengen. Jest to wydarzenie dużej wagi – od lat rząd mołdawski uważał, że będzie to wydarzenie kluczowe dla przekonania społeczeństwa do integracji europejskiej.

W kwietniu destabilizacja na Ukrainie doszła już prawie do granic Mołdawii, czyli do Odessy. Czy to jest argument, który może opóźniać podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Kiszyniowem?
A dlaczego? Unia Europejska wydaje się zdecydowana na podpisanie umowy z Mołdawią, jeśli tylko strona mołdawska będzie tego chciała.

A co z Naddniestrzem, którego sytuacja jest wciąż nieuregulowana? Podburzanie przez Rosję kolejnych miast może doprowadzić do destabilizacji w Naddniestrzu.
Naddniestrzu nie grozi destabilizacja, bo jest to stabilny, prorosyjski twór parapaństwowy powstały po destabilizacji Mołdawii już dwadzieścia parę lat temu. Gdy Mołdawia ogłosiła niepodległość 27 sierpnia 1991, zaistniało podejrzenie, że może dojść do zjednoczenia z Rumunią. To nie podobało się rosyjskojęzycznej części postsowieckiej nomenklatury, która była szczególnie okopana w uprzemysłowionym regionie naddniestrzańskim. To oni wystąpili zbrojnie przeciwko nowo narodzonemu państwu. Broń uzyskali z magazynów XIV Armii rosyjskiej, która tam stacjonowała i stacjonuje nadal. Wojna domowa trwała 4 miesiące, poczym zawarto rozejm i powstało coś w rodzaju granicy oddzielającej Mołdawię od Naddniestrza, która w większości biegnie rzeką Dniestr.

Od tej pory region naddniestrzański jest utrzymywany w dużej mierze przez Rosję, która płaci emerytury naddniestrzańskim emerytom, wynagrodzenia funkcjonariuszy służb specjalnych i wojska. Najbardziej tragikomiczna sytuacja dotyczy importu gazu. Moldova-Gaz kupuje go od Gazpromu i dystrybuuje w całej Mołdawii, czyli również w Naddniestrzu, które jest podłączone do tego samego systemu gazociągów. Naddniestrzańskie władze sprzedają ten gaz użytkownikom po śmiesznie niskich cenach, a same nikomu za niego nie płacą – ani Gazpromowi ani Mołdawii. Mołdawia teoretycznie powinna płacić Gazpromowi, ale też nie płaci, bo tego gazu nie konsumuje. W związku z tym rośnie jej dług wobec Gazpromu za gaz konsumowany przez Naddniestrze.

Do statusu niepodległego państwa brakuje Naddniestrzu tylko uznania międzynarodowego, bo jego niepodległości nie uznaje nawet Rosja. Ma jednak własny parlament, sądownictwo, prezydenta wybieranego w wyborach powszechnych, bank narodowy, własną walutę, armię, służby specjalne. Władze Naddniestrza deklarują od dawna chęć przyłączenia się do Federacji Rosyjskiej, bo większość społeczeństwa regionu tego by chciała. Osobiście nie sądzę, żeby Rosja chciała ich przyjąć.

Dlaczego?
Bo Naddniestrze spełnia dla Rosji użyteczną rolę w utrudnianiu Republice Mołdawii zbliżenia z Zachodem. Jeżeli odłączyło by się ostatecznie od Mołdawii (jako niepodległe państwo lub składnik Federacji Rosyjskiej), a ten fakt zostałby uznany przynajmniej przez Rosję, to bardzo ułatwiło by to Mołdawii budowanie integracji z Zachodem, bo problem zniknąłby z międzynarodowej agendy.

Jednak żaden mołdawski polityk tego nie powie, nawet jeśli tak myśli, bo dawałoby to okazję jego przeciwnikom politycznym do obwołania go zdrajcą racji stanu kupczącym terytorium kraju. Więc wszyscy powtarzają jak mantrę, że powinno dojść do tak zwanej reintegracji kraju. Jest tam nawet rządowe Biuro do spraw Reintegracji, którym kieruje od lat urzędnik w randze wicepremiera. Dziś jest nim Eugen Carpow, wybitny dyplomata, który był ambasadorem Mołdawii w Warszawie dziesięć lat temu, a potem zakładał ambasadę Mołdawii przy UE w Brukseli. Jego niewątpliwie kompetentne wysiłki nie przynoszą jednak dostrzegalnych rezultatów.

Bardzo nieefektywny, tak zwany mechanizm negocjacji na temat Naddniestrza funkcjonuje od lat w tak zwanym formacie 5+2. Te pięć to jest Unia Europejska, Stany Zjednoczone, OBWE, Rosja i Ukraina, a te dwa to rząd Mołdawii i separatyści z Naddniestrza. Negocjatorzy spotykają się co pewien czas, ale nie ma żadnej woli rozwikłania problemu ze strony Rosji i ze strony Naddniestrza.

Czy umowa stowarzyszeniowa te wszystkie zawiłe powiązania jest w stanie przeciąć? Czy też Mołdawia będzie wiecznie niestabilnym krajem pogranicza Europy?
Nie wiem. Mam jednak nadzieję, że zwłaszcza teraz, w sytuacji bardzo niepewnej w tamtym regionie, pytanie jak pomóc Mołdawii i jak rozwiązać kwestię Naddniestrza jest przedmiotem poważnej refleksji w UE. Trudno powiedzieć co się wydarzy w najbliższym półroczu. Mołdawia jest jednak krajem ponad 10 razy mniejszym od Ukrainy. Potrzebuje pomocy, ale skala wysiłku, jaki należałoby poczynić, by skutecznie takiej pomocy udzielić, jest stosunkowo niewielka.

Czy w ciągu tego najbliższego pół roku wszystko się rozstrzygnie? Czy też tak jak teraz patrzymy na Ukrainę, tak jesienią będziemy patrzyli na Mołdawię, z podobnymi emocjami? Bo tam zogniskuje się rozgrywka między UE a Rosją.
To nie jest wykluczone. Do destabilizacji może dojść po listopadowych wyborach i to niezależne od ich wyniku. Jeśli przegrana koalicji prozachodniej byłaby niewielka, to mógłby nastąpić jakiś protest jej elektoratu. Jeśli jednak ta koalicja zwycięży, zwłaszcza nieznaczną większością, to bardzo prawdopodobne są wystąpienia prorosyjskiego elektoratu komunistów. Przynajmniej jedna trzecia mołdawskiego społeczeństwa jest bardzo przywiązana do nostalgii postsowieckiej, a teraz oznacza to sympatię do Rosji. Rosjan jest w Mołdawii niewielu. Dużo liczniejsi są zrusyfikowani Ukraińcy, rusofilscy Gagauzi – tureckojęzyczny lud prawosławny dysponujący terytorialną autonomią, zrusyfikowani Bułgarzy, a nawet zrusyfikowani Polacy. Oni wszyscy żywią przede wszystkim dużą niechęć do Rumunii, do języka rumuńskiego (który jest językiem Mołdawian) oraz do Zachodu. To skłania do przyjmowania postawy przychylnej projektom reintegracyjnym związanym z Rosją. Może to zaowocować jakąś mniejszą czy większą destabilizacją polegającą na wystąpieniach przeciwko prozachodnim wynikom wyborów.

Wiele zależy od tego na ile komuniści będą akcentowali w kampanii wyborczej sprzeciw wobec integracji europejskiej. W ostatnich kilkunastu latach – od kiedy ich partia istnieje – byli w tej kwestii chwiejni. To za czasów ich rządów nazwa MSZ Mołdawii została zmieniona na Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Integracji Europejskiej. Jeśli jednak w tegorocznych wyborach będą eksponować sprzeciw wobec eurointegracji, to będą one naznaczone ostrą konfrontacją i mogą zaowocować niepokojami.

Jeśli nie, to byłby fenomen – proeuropejska partia komunistyczna!
Bez przesady – w Europie bywały proeuropejskie, akceptujące pluralistyczną demokrację partie komunistyczne począwszy od lat 70. ubiegłego wieku, gdy funkcjonowała formuła tak zwanego eurokomunizmu, przede wszystkim we Włoszech, Hiszpanii czy Francji. Jednak mołdawska Partia Komunistów to jeszcze inny przypadek. To nie jest kontynuacja partii komunistycznej z czasów sowieckich, to jest partia stworzona na nowo w latach 90. jako genialny pomysł wyborczy.

Pierwszy okres niepodległości, lata 90., był nieszczęśliwy dla Mołdawii pod względem gospodarczym. Wcześniej była jedną z najbogatszych republik sowieckich. Miała wspaniałą ziemię, klimat i tradycje w dziedzinie rolnictwa, a w tym w produkcji wina. Żywiła i poiła połowę sowieckiego kraju. Obok republik bałtyckich, Mołdawia była tą czwartą bogatą republiką w sposób odróżniający ją od reszty Sowietów. Coś w rodzaju sowieckiego raju. Gdy jednak rozpadł się sowiecki rynek – świat się zawalił, a gospodarka Mołdawii straciła rację bytu. Jednocześnie ci, którzy objęli władzę, zarówno postsowiecka nomenklatura, która przemalowała się na demokratów, jak nawet niektórzy nowi politycy znaleźli szybko sposoby na rozkradanie resztówki majątku państwowego. To wszystko razem doprowadziło do niebotycznego bałaganu. Państwo stało się niewydolne w spełnianiu swych funkcji, poczynając od płacenia emerytur, poprzez usługi medyczne, a kończąc na zapewnianiu porządku i bezpieczeństwa. Co bardziej przedsiębiorczy ludzie sprzedawali za granicę własne nerki i zaczęła się masowa emigracja zarobkowa – na Zachód i do Moskwy. Do Moskwy było pojechać łatwiej, bo kupowało się po prostu bilet na pociąg, a do krajów zachodnich trzeba było jeszcze dostać wizę.

Wtedy właśnie grupa sprytnych ludzi wymyśliła coś w rodzaju politycznego happeningu. Zafundowali sobie czerwone flagi z sierpem, młotem i książką (ta książka to tak zwana inteligencja pracująca), zamówili wizytówki z tymi symbolami, stworzyli Partię Komunistów Republiki Mołdawii i obwieścili wyborcom, że we współpracy z Rosją przywrócą sowiecki raj. W 2001 roku zdobyli 72 mandaty w 101-osobowym parlamencie, czyli tak zwaną większość konstytucyjną z dużym marginesem. Rządzili przez dwie kadencje.

Przywrócili raj na ziemi?
Nie przywrócili, choć chaos nieco uporządkowali, na przykład zaczęli wypłacać systematycznie głodowe emerytury. Poziom życia ludności nie uległ dostrzegalnej poprawie, ale nieco wzrosło poczucie socjalnego bezpieczeństwa. Flirtowali i z Rosją i z Zachodem, w jednym i w drugim przypadku bez większych sukcesów. Szybko sami zaczęli się bogacić, a syn komunistycznego prezydenta dołączył do grona mołdawskich oligarchów.

W czasie ich rządów rosła jednak nowa generacja ludzi, którzy mieli wkrótce wkroczyć do polityki i do życia społecznego. Ludzi, którzy już byli wychowani w okresie niepodległości, którzy odbyli często studia w Rumunii albo jeszcze gdzieś dalej, którzy kończyli szkoły w normalnym języku rumuńskim, to znaczy nie tym, który był pisany cyrylicą i nazywany mołdawskim, bo tak było w czasach sowieckich. Którzy byli otwarci na Zachód i na myślenie demokratyczne, wolni od sowieckiego stylu myślenia i działania. To pokolenie wydało ze siebie masę krytyczną elity społecznej, która zdołała przejąć władzę w 2009 roku w konsekwencji dwóch odsłon wyborów parlamentarnych (po tej pierwszej wybuchły brutalnie stłumione rozruchy przeciw wyborczym fałszerstwom). Rok 2009 przyniósł głęboką zmianę atmosfery w kraju i reorientację w kierunku prozachodnim.

Koalicja polityczna, którą nowa elita wyniosła wtedy do władzy, wciąż trwa, mimo wewnętrznych sporów podczas ostatnich pięciu lat. Stąd otwarcie na Mołdawię ze strony Unii Europejskiej i nadzieja, że prozachodnia orientacja tego kraju ma charakter trwały. Nie oznacza to woli zjednoczenia z Rumunią, która już jest członkiem UE i NATO. Może się to wydawać dziwne, bo to terytorium wchodziło przed drugą wojną światową w skład Wielkiej Rumunii, a większość jego mieszkańców czuje z obecną Rumunią wspólnotę językową i kulturową. A jednak większość rumuńskojęzycznej elity mołdawskiej deklaruje odrębną tożsamość mołdawską, a nie rumuńską. Tak jak Szwajcarzy z Lozanny lub Belgowie z Walonii nie uważają się za Francuzów, choć mówią po francusku, a Austriacy nie uważają się za Niemców, choć mówią po niemiecku. Moim zdaniem Rumunów z Besarabii…

Rumunów z Besarabii, a nie Mołdawian?
Rumunów z Besarabii, którzy nazywają siebie Mołdawianami, różni od Rumunów z Rumunii doświadczenie dwóch wieków życia w państwie rosyjskim. W 1812 roku Besarabia (wschodnia część niegdysiejszego Hospodarstwa Mołdawskiego, która dziś stanowi terytorium Republiki Mołdawii) została zaanektowana przez Rosję. Nastąpiła potem odrębna ewolucja kulturowa społeczności tego regionu, choć społeczność ta pozostała językowo tożsama z narodem rumuńskim, który zresztą uformował się ostatecznie dopiero w połowie XIX wieku, gdy Besarabia już nie brała udziału w tym procesie.

Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego większość prozachodnich polityków mołdawskich stawia na dążenie do członkowstwa UE w charakterze kraju odrębnego od Rumunii. Dwa wieki życia w państwie rosyjskim i sowieckim (z krótką rumuńską przerwą w okresie międzywojennym) zaowocowały napływem licznych mniejszości, dla których Mołdawia stała się domem ojczystym. Rumuńskojęzyczni Mołdawianie są wprawdzie w większości, ale Republika Mołdawii jest krajem wieloetnicznym. Polityczny realizm podpowiada, że taki kraj łatwiej wprowadzić bez wewnętrznych napięć do Unii Europejskiej, niż połączyć go z dominującym kulturowo krajem sąsiednim. Idea unionizmu, czyli zjednoczenia z Rumunią – traktowana z sympatią przez około 10% mołdawskiego społeczeństwa – jest politycznie niebezpieczna, bo pachnie wojną domową, której Mołdawia już zaznała w 1992 roku.

Kraje bałtyckie już są w Unii Europejskiej. To jedyne kraje UE z przestrzeni postsowieckiej. Czy Unia może na siebie brać kolejny kraj obarczony tym dziedzictwem?
Są podobieństwa między krajami bałtyckimi a Mołdawią. Były to wszystko republiki stosunkowo bogate w ramach sowieckiego państwa. Są to kraje małe, a więc wymagające małego wysiłku w procesie integracji. W przeciwieństwie do Białorusi czy Ukrainy są to też kraje, których tożsamość językowa i kulturowa nie jest tożsamością wschodniosłowiańską. Różnica językowa i kulturowa między nimi a Rosją ułatwiła im zachowanie nieco większej odporności na sowietyzację. Być może to czyni je bardziej zdolnymi do integracji i adaptacji w warunkach europejskich.

W przypadku Mołdawii atutem jest też sąsiedztwo bratniej kulturowo Rumunii. A ona, niezależnie od jej słabości przesadnie rozdmuchiwanych w Polsce przy pomocy niemądrych stereotypów, jest krajem zdecydowanie zorientowanym na Zachód. Nawet rumuński reżim komunistyczny zachowywał dystans wobec Sowietów. Była to odrażająca dyktatura, ale nie była to dyktatura prosowiecka, tylko własna. W rumuńskiej świadomości jest też bardzo silnie zakorzenione poczucie związku z Zachodem związane z łacińskością języka. To wszystko sprawia, że sam ten język i nostalgia za rumuńską tożsamością kulturową skłaniają Mołdawię ku Zachodowi.

Bogumił Luft – niezależny publicysta, był w latach 2001-2004 korespondentem dziennika „Rzeczpospolita” w Bukareszcie i Kiszyniowie, a także ambasadorem RP w Rumunii (1993-1999) i w Republice Mołdawii (2010-2012). Nakładem Wydawnictwa Czarne ukaże się niedługo jego książka o Rumunii i Mołdawii.


Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.

  • Molenda

    Dobry tekst mimo,że za B. Luftem nie przepadam :-)

  • http://krzysztofmatys.pl/ Krzysztof

    O Mołdawii i Naddniestrzu: http://moldawia.blog.pl/