dwutygodnik internetowy
04.12.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Lubię jeść surowe filmy

Nie wiem, czy filmy Urszuli Antoniak to dobre kino. Wiąże mnie z nimi zbyt silna osobista relacja, żebym mógł rzetelnie i uczciwie to ocenić. Tym goręcej zachęcam do zapoznania się z nimi i skonfrontowania ich z własną wrażliwością.

ilustr.: Karolina Niedzielska

ilustr.: Karolina Niedzielska

Do filmu „Nic osobistego” wracam po niemal pięciu latach. Dziś widzę, że jest to film niedojrzały, momentami nieporadny. Zapamiętane przeze mnie długie i powolne ujęcia okazują się krótsze, niż przypuszczałem. Wciąż jednak porusza mnie to, co poruszyło mnie, kiedy oglądałem go po raz pierwszy. Spokój, oszczędność słów, szerokie, otwarte przestrzenie i niema egzaltacja w portretowaniu bliskości pomiędzy postaciami.

Urszula Antoniak pochodzi z Częstochowy, ukończyła Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, a później Holenderską Akademię Filmową w Amsterdamie (NFTA). Do Holandii wyemigrowała niemal trzydzieści lat temu, dziś sama o sobie mówi, że jest amsterdamką. Jej filmy są głęboko osobiste, pełne surowej wrażliwości i często poruszają wątki autobiograficzne. Ascetyczna forma przejawia się nie tylko w oszczędnym używaniu słów, ale i w długości filmów – żadna z produkcji Urszuli Antoniak nie trwa dłużej niż 90 minut.

Pierwszy pełnometrażowy film, który nakręciła, to wspomniane „Nic osobistego” (2009), bardzo pozytywnie odebrane na festiwalu w Locarno. Jest to opowieść o samotności, na którą brakuje słowa w języku polskim. Nie chodzi bowiem o loneliness, samotność rozpatrywaną negatywnie, rozumianą jako niezaspokojoną potrzebę, a raczej o solitude, samotność pożądaną, potrzebną, konstruktywną. Poznajemy w takiej samotności główną bohaterkę, w roli doskonale obsadzonej przez Lotte Verbeek, oraz jej przypadkowego towarzysza, w którego wcielił się Stephen Rea.

Dwa lata później ukazał się duszny, mrożący „Code Blue”. Sceneria filmu to sterylne, pozbawione życia szpitalne korytarze z pierwszoplanową rolą Bien de Moor, wcielającą się w pielęgniarkę Marian. Tytułowe code blue to termin używany w medycynie, oznaczający zagrożenie śmiercią pacjentki i konieczność podjęcia natychmiastowej reanimacji, co bardzo dokładnie odpowiada uczuciom, które pojawiają się podczas seansu. „Code Blue” jest filmem o śmierci, samotności (tu nacechowanej jednoznacznie negatywnie), pożądaniu. Lodowaty świat Marian nieprzyjemnie obchodzi się z widzem, zmusza do oglądania rzeczy, na które nie mamy ochoty, i przeżywania uczuć, których nie chcemy przeżywać. I właśnie z tego powodu chciałbym do obejrzenia „Code Blue” zachęcić.

„Nic osobistego” i „Code Blue” można czytać jako grę Erosa i Tanatosa. Anne z „Niczego osobistego” w pierwszej scenie porzuca swoje dotychczasowe życie, pozbywa się wszystkich przedmiotów, które mogłyby je przypominać, i decyduje się wyruszyć w drogę. I choć bez wątpienia ucieka od ludzi, to ucieka w poszukiwaniu Życia. Przeciwnie Marian, nieustannie obcująca ze śmiercią i umieraniem, którą kierują bardzo brutalne, jednoznacznie autodestrukcyjne popędy. Oba te filmy odzwierciedlają doświadczenia reżyserki związane z przeżywaniem śmierci bliskich jej osób, holenderską sterylnością emocjonalną w obliczu takich sytuacji i oczyszczaniem życia oraz rozpoczynaniem go na nowo.

W 2014 roku premierę miał pierwszy z filmów Urszuli Antoniak, który szerokim echem odbił się w Polsce – „Strefa nagości”. Jeżeli mielibyśmy traktować jej trzy produkcje jako trylogię, popęd do życia i instynkt śmierci dopełniłaby miłość w głęboko analitycznej, intelektualnej formie. Niemy erotyk opowiada o uwodzicielskiej relacji dwóch piętnastolatek, ukazanej jako gra spojrzeń i gestów w walce o władzę. Bardzo powolne ujęcia, nie-miejsca, w których Antoniak z upodobaniem umieszcza bohaterów swoich filmów, takie jak zatłoczone tramwaje czy wagony metra, stanowią tu tło dla wszystkich delikatnych gestów i niewerbalnych komunikatów, którymi porozumiewają się bohaterki. Oglądając „Strefę nagości” w kinie, miałem wrażenie, że oglądam metonimię pornografii. W niemym, napiętym filmie, w którym każdy drobny szczegół może coś znaczyć, zdjęcie z włosów chustki budzi znacznie więcej emocji niż ukazywana wprost nagość, której w filmie nie brakuje. Myślę, że w tym właśnie kryje się wyjątkowość „Strefy nagości” – w przekraczaniu granic, w których tradycyjnie rozpatrujemy intymność, w przedstawieniu uwodzenia jako pojedynku estetycznego, którego bieguny mogą bardzo szybko zamienić się miejscami. „To nie ktoś nas uwodzi, to my sami siebie uwodzimy”, jak ujęła to reżyserka w jednym z wywiadów.

Ostatni film Urszuli Antoniak – „Pomiędzy słowami” wejdzie do kin w lutym przyszłego roku. Jest to pierwsza produkcja reżyserki, w której w roli pierwszoplanowej został obsadzony mężczyzna (Jakub Gierszał); co więcej, kobiety, poza fantomową kelnerką graną przez Justynę Wasilewską, są w nim niemal nieobecne. „Pomiędzy słowami” to z jednej strony obraz aktualny politycznie, zadający pytania o kategorie narodowości, tożsamości i ojczyzny na tle imigracji z ogarniętych polityczną zawieruchą krajów Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Z drugiej zaś, jak stwierdziła sama reżyserka, to dla niej film najbardziej osobisty, odwołujący się do jej własnych doświadczeń emigracji do Holandii w latach 80., mierzenia się ze swoim pochodzeniem i obietnicą zwaną integracją lub asymilacją. W filmie obserwujemy Michaela, młodego prawnika mieszkającego w Berlinie, płynnie przechodzącego z języka polskiego na niemiecki. W jego życiu niespodziewanie pojawia się ojciec, którego nigdy nie poznał (Andrzej Chyra). Relację mężczyzn będzie wyznaczać gorzka mieszanka cech składających się na archetyp męskości w naszej kulturze: niedobór empatii, niezdolność do okazywania uczuć czy zrozumienia własnych emocji.

Nie wiem, czy filmy Urszuli Antoniak to dobre kino. Wiąże mnie z nimi zbyt silna osobista relacja, żebym mógł rzetelnie to ocenić. Czuję jednak pokrewieństwo wrażliwości i aktualność poruszanych przez reżyserkę tematów w moim własnym życiu. I choć filmy nie dają odpowiedzi na żadne pytania, pozwalają głęboko i szczerze przeżyć nagromadzone uczucia, kiedy słuchamy opowieści, które zwykle sami opowiadamy. Jeżeli więc pobieżne opisy przytoczonych produkcji budzą niedosyt, a wizja oszczędnego w słowach, surowego kina nie wywołuje w czytelniku znudzenia czy przerażenia, zachęcam do skorzystania z zaproszenia i zanurzenia się w światach stworzonych przez Urszulę Antoniak.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Mięsem w ekran

Van Gogh! To ten, co sobie obciął ucho!

Teoria wolności. „Powidoki” Andrzeja Wajdy

Człowiek – persona non grata. „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha