dwutygodnik internetowy
01.12.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Łódź. Szansa pokiereszowanego miasta.

Łódź to ilościowy fenomen transformacyjnego upadku. Największe z miast upadłych, jeszcze niedawno drugie co do wielkości miasto kraju w latach 90. przeżyło społeczną katastrofę. Czy teraz ma szanse się podnieść?

ilustr.: Rafał Kucharczuk

 
Zanim dyskusję o wyborach samorządowych zdominowała kwestia nieudolności PKW, media ogólnopolskie zajmowały się przez chwilę ich wynikami. Napisano wiele o zjawisku wieloletnich prezydentów i skomentowano ich, lepsze lub gorsze, wyniki w pierwszej turze. W związku z tym Hannę Zdanowską, która uzyskała 54% głosów i reelekcję na urząd prezydenta Łodzi, uznano za kolejny przypadek pasujący do okrzepłej już na polskiej scenie samorządowej układanki. Diagnoza ta wydaje się być jednak zbyt pobieżna. Kim zatem jest Zdanowska i dlaczego wygrała? I czy miasto, którym zarządza, można oceniać w tych samych kategoriach, co inne metropolie?
 
Łódź to fenomen transformacyjnego upadku. Nie fenomen jakościowy, takich miejsc w Polsce było i jest wiele. Łódź to fenomen ilościowy. Największe z miast upadłych, jeszcze niedawno drugie co do wielkości miasto kraju. Trzeba przyznać, że struktura Łódzkiego Okręgu Przemysłowego była skazana na upadek już w pierwszych dniach po przełomie roku 1989. Zatrudniające od kilkuset do kilkunastu tysięcy osób państwowe zakłady włókiennicze produkowały tkaniny z radzieckiej bawełny i wysyłały je głównie na rynek krajów komunistycznych. Ich park maszynowy i budynki produkcyjne niejednokrotnie pamiętały XIX wiek. Nie były ani tak tanie jak fabryki chińskie, ani tak profesjonalne jak zachodnie. Nie miały szans utrzymać się w nowej rzeczywistości, a razem z nimi szansę na to tracili ich pracownicy.
 
Krajobraz po końcu świata
 
W ciągu pierwszych dziesięciu lat III RP pracę w Łodzi straciło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Wskaźniki bezrobocia poszybowały w okolice 20%, a powstające w nowych realiach drobne szwalnie nie były w stanie zmienić tej sytuacji. Masowe bezrobocie natychmiast pociągnęło za sobą wszystkie możliwe problemy społeczne. W nieremontowanych od dziesiątków lat neorenesansowych i secesyjnych kamienicach w samym Śródmieściu zaczęły tworzyć się enklawy biedy i wykluczenia. Katastrofa społeczna stała się faktem. Na początku lat dwutysięcznych upadek przerodził się w marazm. Młodzi ludzie nie widzieli w Łodzi żadnych perspektyw i uciekali za pracą do innych miast Polski lub za granicę. W ostateczności znajdowali sobie miejsce w pociągu, który codziennie rano wiózł ich do Warszawy, gdzie w nowoczesnych wieżowcach mogli na chwilę zapomnieć o odpadających tynkach, przepitych oczach i krzywych torach tramwajowych upadłej Ziemi Obiecanej. W Polskę płynął zaś spójny przekaz o Łodzi: szare, brudne, nieciekawe miasto pełne patologii. Ambasadorami marki stali się „łowcy skór” i „dzieci w beczkach”. Łodzianie i uciekinierzy nie protestowali.
 
Marazm dotknął też elity. Zabrakło im jakiejkolwiek wizji wyciągnięcia Łodzi z dna, na którym wreszcie spokojnie osiadła. Fabryki już nie upadały, bezrobocie nie rosło, ale katastrofa wciąż kłuła w oczy. Jednak władze postanowiły jej nie zauważać. Doskonałym przykładem takiego sposobu myślenia był Jerzy Kropiwnicki, prezydent w latach 2002-2010, odwołany w referendum. Jego wizja opierała się na bardzo prostym i sprawdzonym w kapitalizmie pomyśle: należało poprawić w mieście infrastrukturę, zareklamować je i patrzeć jak tania siła robocza ściąga inwestorów. To przyniosłoby wzrost wpływów do kasy miasta, które mogłoby wreszcie stanąć na nogi. Umiarkowaną „seksowność” tych planów okraszono fajerwerkiem. Wraz z przebudową dworca Łódź Fabryczna miało powstać nowe centrum, z biurowcami, apartamentami i galerią sztuki. Wizja całkiem spójna, ale zupełnie oderwana od realiów miasta upadłego. W oczekiwaniu na nowe centrum stare ulegało dalszej degradacji. Jednocześnie od połowy lat dwutysięcznych coś zaczęło się zmieniać. Powstanie Manufaktury na terenie dawnych zakładów Poznańskiego, czy loftów w fabryce Scheiblera, pokazało wyraźnie potencjał Łodzi. Przedkryzysowy boom budowlany pozwolił łodzianom na chwilkę zachwytu i dumy z historii oraz architektury miasta przemysłowego. Wtedy też zaczęły się kształtować pionierskie w skali kraju ruchy miejskie, takie jak Grupa Pewnych Osób. Do utwierdzenia nowej miejskiej tożsamości przyczyniło się też wydobycie z zapomnienia dziejów Litzmannstadt Ghetto oraz przegrana rywalizacja o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.
 
Niespodziewana nadzieja
 
Jednak wszystkie te jaskółki nie uczyniły w Łodzi wiosny. Kryzys ekonomiczny i rządy komisaryczne nie mogły nastrajać pozytywnie wyborców, którzy jesienią 2010 roku szli wybierać prezydenta. Wygrana Hanny Zdanowskiej została wtedy uznana za wygraną Platformy Obywatelskiej. Zdanowska, zawdzięczająca w polityce wszystko ministrowi infrastruktury Cezaremu Grabarczykowi, była co prawda przez pewien czas wiceprezydentem i posłanką, ale nikt nie wiązał z nią wielkich nadziei. Ot, znana w mieście działaczka partii wygrywającej akurat wszystkie wybory. Początki nie były najlepsze. Wydawało się, że głównym pomysłem nowych władz będzie szukanie oszczędności i gwarantowana przez Grabarczyka przebudowa dworca. W pewnym momencie Zdanowskiej groziło nawet odwołanie w referendum, rozgorzał też znany z czasów Kropiwnickiego konflikt z ruchami miejskimi. Szybko jednak ujawniła się najważniejsza chyba cecha pani prezydent – umiejętność uczenia się.
 
Podstawą jej prezydentury stało się połączenie wielkich inwestycji z profesjonalną komunikacją społeczną i promocją miasta. Obu tych rzeczy Łodzi bardzo brakowało. Zdanowska skupiła remonty w Śródmieściu, przeforsowała pomysł wymiany nawierzchni reprezentacyjnej ulicy Piotrkowskiej, zainicjowała, wzorowany na Wrocławiu, program Mia100 Kamienic, dzięki któremu już kilkadziesiąt sypiących się do tej pory zabytków odzyskało swój blask. Jednocześnie wszystkie te działania okraszone były przesłaniem, że w Łodzi może być lepiej. Pomimo porażki w walce o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, Zdanowska oparła swój pomysł na tzw. przemysłach kreatywnych. Murale na ścianach kamienic i pracownie artystyczne w starych fabrykach to nowe symbole Łodzi. W tym samym czasie urząd uczył się sztuki rozmowy i współpracy z mieszkańcami. Do przeprowadzenia konsultacji społecznych zaangażowane zostały organizacje pozarządowe, na budżet obywatelski przeznaczono duże kwoty, co łodzianie docenili, masowo uczestnicząc w wyborze projektów. Okazało się, że zdecydowana większość organizacji mogących stworzyć w Łodzi opozycyjne ruchy miejskie została wciągnięta do projektu Zdanowskiej. Jak na razie wydaje się, że zyskały na tym obie strony. Działacze ruchów miejskich znaleźli zatrudnienie w biurze ds. rewitalizacji i dbają o jej społeczną stronę. Urząd miasta zapowiada, że za unijne pieniądze zrewitalizowane zostanie kilkaset budynków w ścisłym Śródmieściu. Szerokim strumieniem mają też popłynąć pieniądze na walkę z wykluczeniem społecznym ich mieszkańców. Plan jest ambitny, ale jego realizacja to być albo nie być Łodzi. Na szerokie wody może ją wyprowadzić jedynie „odzyskanie” Śródmieścia i jego mieszkańców. W tej chwili Łódź stoi przed szansą, której nie miała przez ostatnie 25 lat. Możliwe zresztą, że jest za późno i że pokolenie obecnych dwudziestolatków, które nigdy nie widziało swoich rodziców wychodzących do pracy i wychowało się w poczuciu odrzucenia przez system, jest już nie do odzyskania. Że, zanim młodzi i kreatywni wprowadzą się do Łodzi, miasto upadnie pod ciężarem przeinwestowania i długów. Że nie uda się zmienić wizerunku, od lat obecnego w głowach mieszkańców i mediów. Że fabryki i secesja nie ściągną turystów przyzwyczajonych do cukierkowych starówek i gotyckich kościołów.
 
Ale Zdanowska zaproponowała wizję, projekt modernizacyjny. Projekt ambitny, ale wreszcie osadzony w rzeczywistości, konfrontujący się z nią. W ciągu czterech lat zmieniła się z działaczki partyjnej w gospodynię miasta. Postanowiła wpompować w Łódź olbrzymie pieniądze, stawiając wszystko na jedną kartę. I łodzianie jej zaufali. Uwierzyli, że pokiereszowane miasto ma jeszcze szansę. Zewnętrznym obserwatorom pozostaje więc chyba tylko trzymać kciuki za powodzenie tych planów i dumny powrót Łodzi na należne jej miejsce.
 

  • k.

    Cóż, ciężko powiedzieć by pani Zdanowska była “znaną posłanką” w 2010, jej osoba raczej nie była znana dla większości łodzian. A projekty które są “na świeczniku” czyli rewitalizacje kamienic czy jakieś nagłaśniane przez media hucpy w stylu wielkomiejskim z grubsza nie poprawiają jakości życia mieszkańców Łodzi. Większość z nich nie mieszka w centrum, tylko w blokach, osiedlach położonych dalej od Śródmieścia – te zmiany typu wyremontowana kamienica (skąd wcześniej pozbyto się lokatorów albo sami się wynieśli ze względu na wyższy czynsz) albo jakiś skwerek dla modnej młodzieży mogą najwyżej zauważyć stojąc w korkach wracając do domu z pracy. Rządy pani Zdanowskiej można sprowadzić do tworzenia wrażenia, że Łódź jest nowoczesnym i modnym miastem, jednak to tylko wrażenie – niestety dość mylne. A dlaczego wygrała? Brak konkurencji. Kandydatka PiS sama niedawno była jeszcze w Platformie, kompletnie anonimowa osoba. Reszta zupełnie niegodna uwagi.