dwutygodnik internetowy
2.05.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Łobodziński: Nie wierzyć w nic – to samobójstwo

Pisanie piosenek o dyrdymałach jest potrzebne, by zapełniały czas, ale mnie ten cel nie przyświeca. Chcemy śpiewać piosenki o czymś. Lluís Llach pokazał nam, że możemy mówić coś ważnego: że jesteśmy autonomicznymi jednostkami, ale mamy wspólne sprawy, które nas łączą: przyzwoitość, wolność, miłość i pragnienie, żeby nie zgnuśnieć.

ilustr.: Ania Libera

ilustr.: Ania Libera

 

Z Filipem Łobodzińskim rozmawia Ignacy Dudkiewicz.

***

IGNACY DUDKIEWICZ: Kaseta Zespołu Reprezentacyjnego z piosenkami Lluisa Llacha to jedna z ważniejszych kaset mojego życia. Jakiś czas temu wydaliście je na nowo. Skąd ten pomysł?

FILIP ŁOBODZIŃSKI: Złożyły się na to dwie okoliczności. Z jednej strony mieszkający w Polsce Katalończycy wprost wyrazili oczekiwanie, żeby coś z tym zrobić. Z drugiej zaś – od lat mieliśmy przeświadczenie, że kaseta, którą wydaliśmy w latach 80., nie była nagrana tak, jak byśmy tego chcieli.

Wracanie do dawnych nagrań to odważna decyzja.

Oczywiście, zawsze istnieje ryzyko, że tamte wykonania były autentyczne, a teraz są „tylko” artystyczne, tamte były szczere, a te są wydumaną kreacją. Ale czuliśmy, że nie ma wyjścia. Tamte nagrania zostały wykonane w bardzo – nawet jak na ówczesne standardy – prymitywnych warunkach. Nie umieliśmy nagrać ich lepiej. A Lluís zawsze przykładał ogromną wagę także do strony aranżacyjnej, chciał, żeby piosenki nie tylko niosły określoną treść, ale i miały wartość estetyczną.

Zmieniły się warunki, ale i wy się zmieniliście. To słychać.

To prawda. Jesteśmy trzydzieści lat starsi i więcej wiemy nie tylko na temat tego, jak grać, ale też tego, co chcemy i co warto grać. Ogniskowe wykonania z tamtych czasów, które stały się elementem soundtracku lat 80., są tylko wspomnieniem, a nie powodem do dumy. Chociaż czasem wracam do tych nagrań.

I jakie uczucia w panu wywołują?

Wzruszam się. Ale jest to wzruszenie podobne do tego, jakie odczuwa się, patrząc na rysunki dziecka sprzed lat. Coś tam czuliśmy, co nieco wiedzieliśmy, o co chodzi, ale nie mieliśmy ani środków, ani doświadczenia, by to wyrazić. Tamta kaseta jest dokumentem innych czasów. I rzeczywiście, za drugim razem nagrywaliśmy te piosenki z udziałem innych emocji niż te, które nam wtedy towarzyszyły. Dlatego także zestaw utworów jest nieco inny.

Wypadły dwie piosenki, które wyjątkowo dobrze pamiętam, czyli…

„Na pewnej ziemi” i „Piosenka bez tytułu”, prawda?

Prawda.

To klasycznie uliczne piosenki, które wtedy miały w sobie mnóstwo hardości, drapieżności. I które najbardziej się zdezaktualizowały. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Nadzieję, że nie będzie trzeba już wychodzić na ulicę przeciw wojsku, by walczyć o swoje?

Tak. Że nie żyjemy już w czasach, przynajmniej w Polsce, kiedy władza wyprowadza czołgi na ulicę, na której musimy dochodzić sprawiedliwości.

Ale kiedy patrzymy na wschód, to właśnie „Piosenka bez tytułu” z frazą: „Odpowiedz, dokąd zmierzasz dzisiaj ty, co karabiny, czołgi, psy, kierujesz przeciw ludziom” nabiera ciągle nowej aktualności.

Jeżeli kiedykolwiek pojedziemy na Ukrainę, to będziemy ją tam grać.

Cokolwiek się przez te dwadzieścia pięć lat wydarzyło w Polsce, jest to nieporównywalnie lepsze od tego, co było wcześniej. Nawoływanie do nienawiści przeciwko anonimowym tyranom czy wzywanie do akcji ulicznych wydawało nam się już trochę passé, niezależnie od tego, jak oceniamy czas po 1989 roku.

A jednak piosenka „Przyjaciele, to nie to”, w której śpiewacie, że „nie o to nam szło” została.

Została, bo od lat zamyka ona zawsze nasz program piosenek Llacha. Jeśli ktoś uważa, że odpowiada ona dzisiejszej sytuacji, to niech ją śpiewa także w tym kontekście. Nie uzurpujemy sobie prawa do tego, by nasza wizja współczesnej Polski była jedyną obowiązującą. Akceptujemy to, że te oceny mogą być różne. Moja jest bardzo mieszana, ale nie mogę nie widzieć ogromnych osiągnięć, które wypracowaliśmy jako społeczeństwo i państwo. A to, że nie jest jeszcze aż tak fajnie, jak byśmy chcieli, to już wina nas samych. Wybieramy takich, a nie innych reprezentantów, sami też jesteśmy tacy, a nie inni.

Te uliczne piosenki zostały zastąpione przez utwory o mniej politycznym wymiarze. A przynajmniej nie wprost.

Piosenki stricte polityczne stanowią tylko część, i to wcale nie największą, twórczości Llacha. Jeśli więc chcemy ją przedstawiać, nie możemy pomijać rzeczy ewidentnie poetyckich. One zresztą też są na ogół zaangażowane. Już na tamtej kasecie była choćby piosenka „W karczmie nad morzem”, która – przynajmniej na pozór – nie jest piosenką polityczną. Dopiero wiele lat po tym, jak ją przetłumaczyłem, dowiedzieliśmy się, że dla Llacha była ona swoistą deklaracją społeczno-polityczną po stronie homoseksualistów. Sam Llach jest gejem, Konstandinos Kavafis, autor wiersza, którego piosenka stanowi adaptację, też. I piosenka opisuje refleksję starego człowieka, który odmawiał sobie korzystania z życia również w tym zakresie.

W życiu bym się nie domyślił.

To siła poezji. Nie będąc gejem, również identyfikuję się z jej tekstem, a im jestem starszy, tym bardziej. Pewne rzeczy nabierają wartości z wiekiem. Podobnie jest z wieloma piosenkami Brassensa, które śpiewamy od lat. Wiele z nich zaczęliśmy rozumieć dopiero teraz. Kaseta Llacha z lat 80. miała określoną rolę. Służyła wystawieniu flagi na barykadzie, więc nie było na niej miejsca na „Itakę” czy „Grecką łódź”, które przecież wtedy też wykonywaliśmy na koncertach.

O czym wtedy mówiły te piosenki – wiadomo. Ale czy dziś wciąż jeszcze coś mówią?

Nie planowaliśmy komentowania czegokolwiek. Ale jeżeli mogą one pełnić taką rolę, to tym lepiej, bo oznaczałoby to, że wciąż żyją. Te bardziej uniwersalne piosenki jak „Itaka”, „Grecka łódź” czy „W karczmie nad morzem” zawsze będą aktualne, bo mówią o sprawach podstawowych: o samotności, przyjaźni, o tym, że trzeba wędrować, żeby dojść do celu, że człowiek, który się zatrzyma, gnuśnieje. Że nie można stać, bo pewne kroki w życiu trzeba podjąć choćby po to, żeby móc z czystym sumieniem patrzeć w lustro.

Jakie?

Mogą być bardzo proste – iść, patrzeć, słuchać, być wrażliwym. O tym mówi „Itaka”.

A czy nie baliście się, że pewnych wątków w twórczości Llacha słuchacze nie zrozumieją? Czy pozwoli pan, że będę pana „pytać Llachiem”?

Proszę bardzo.

Słuchając piosenki „Za nami noc, przed nami świt”, która jest dla mnie niezwykle ważna, zastanawiałem się, jak wiele osób zaakceptuje jej radykalne przesłanie.

To piosenka idealistyczna. Proponujemy słuchaczom coś, co jest nam bliskie. A ta piosenka jest nam bliska szczególnie. Miała ona zresztą swoją historię w wolnej Polsce, gdy była śpiewana pod ambasadą Białorusi.

Naprawdę „nie wierzymy w fetysz granic”?

Tłumacząc tę piosenkę, Jarek Gugała wykorzystał frazę Jacka Kleyffa ze „Źródła”, który śpiewał, że „nie fetysz granic mnie tu trzyma”. Warto zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo ograniczającą rzeczą są granice. Nie można się okradać z czegoś tak wspaniałego jak możliwość rozmowy ze wszystkimi.

Współodczuwam z panem. Ale kiedy patrzę na rzeczywistość wokół, w której podziały kroją rodziny, przyjaciół, to nie widzę tego pragnienia, by rozmawiać ze wszystkimi.

Cóż, „mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg”. Kaczmarski napisał „Mury” nie o tyraniach, ale o ludziach, o nas samych, o tym, co potrafimy zrobić z ideami i wartościami, jak potrafimy przeinaczyć wszystko, w co warto wierzyć, jak potrafimy sami sobie założyć pętle na szyje i kajdany na ręce. I właśnie dlatego zawsze warto o tym śpiewać. I będziemy śpiewać.

Idźmy dalej. Jak to „nie prowadzą nas sztandary”?

Pewnie ma pan rację, że właśnie ta piosenka może być dzisiaj wciąż szczególną lekcją dla tych, którzy zechcą ją usłyszeć. I zrozumieć, że nieistotne są hasła, ale przekonania, które powinny być bliskie wartościom. A wartości się na sztandarach nie wypisuje – szkoda wartości. Można i trzeba dyskutować na temat ich zestawu, ale dlaczego mamy tego nie zaśpiewać i o tym nie mówić? Może ktoś posłucha i zrozumie.

Trzeba o tym przypominać szczególnie teraz, gdy paru facetów na górze zdołało tak mocno poszatkować nasze społeczeństwo rozmaitymi zasiekami. A naród, że nie zawsze stara się być mądry, to się temu poddaje.

„A jeśli walka będzie krwawa, to nam tej walki będzie wstyd”?

Podobnie wyraził to Brassens w piosence „Śmierć za idee”, przekonując, że zanim się pójdzie ginąć na barykadach, trzeba pomyśleć, jak bezkrwawo osiągnąć cel. Jednocześnie składam głęboki hołd uczestnikom rozmaitych powstań. Zrobili coś nie dla siebie, tylko dla wszystkich, głęboko wierząc w sens takiego wyboru. Wierzę, że mogli czuć, że nie ma innego wyjścia. Mimo wszystko sytuacja, w której swego można dochodzić jedynie poprzez rozlew krwi, jest sytuacją haniebną. Ale bardzo często nie jest to winą tych, którzy tę krew przelewają na linii frontu, tylko tych, którzy wymusili konfrontację. To okrutna ostateczność, a „nie o to nam szło”. Śpiewa też o tym Bob Dylan w „Masters of War”, czyli w moim przekładzie w „Mistrzu wojennych gier”.

Słuchając Llacha, mam poczucie, że wyraźnie przedkłada on jednostkę nad tłum. Pan też chyba nie lubi tłumów.

Jan Krzysztof Kelus śpiewał w „Sentymentalnej Pannie S.”: „Piszę ballady i piosenki, a jej potrzebne były pieśni”. Stał z boku, bo nie chciał być w tym tłumie maszerującym ze sztandarami. Ale gdy generałowie zarządzili noc stanu wojennego, gdy sprawa była ewidentna: jesteśmy my, a tam są oni, Kelus zaśpiewał oczywiście po właściwej stronie, po której zawsze zresztą był. Ale jednak podkreślał, że czyni to jako prywatny człowiek. Powinniśmy pamiętać, że nawet w tłumie jesteśmy wciąż jednostkami, a sam tłum nie jest prostą ich sumą.

Obecność w tłumie często zwalnia z odpowiedzialności.

Niesłusznie. Kiedy jednostka podejmuje decyzję o przyłączeniu się do tłumu i uczestniczeniu w jego działaniach, to zawsze robi to jako konkretny człowiek. Nie można pozbywać się refleksji na temat tego, co w ramach tego tłumu się zrobiło. Choć bywają ludzie zaczadzeni, którzy zachowują się, jakby doznali hipnozy i nie pamiętali, co robili w tłumie. Ale to na ogół mechanizm obronny. Strasznie się mądrzę, chociaż sam też bywałem w tłumie. Czasem trzeba. Wtedy było oczywiste, że się idzie 3 maja grać na nosie ZOMO, że stoi się w orszaku żałobnym Grzegorza Przemyka czy uczestniczy we mszy pogrzebowej księdza Jerzego Popiełuszki. Dla mnie to były oczywistości, musiałem tam być.

Ale później wracałem do domu i byłem wciąż Filipem Łobodzińskim, który ma też swoją perspektywę i stara się nie zapominać o tym, co jest ważne.

A jednak u Llacha jednostka jest ostatecznie bezbronna. Dopiero wspólnota, zbiorowość przynosi zmiany.

Oczywiście, że tak. Człowiek sam może zrobić wiele, ale kraju nie zmieni. Nawet jeśli jest wybitną jednostką, to właśnie społeczność, grupa ludzi musi ją wynieść: głosując w wyborach, niosąc na ramionach do bramy Stoczni czy też wspierając przez całą drogę do Watykanu. Niezależnie od ocen, jakie ci wielcy ludzie niekiedy zbierają, to z pewnością można powiedzieć, że byli wybitni: zarówno Jan Paweł II, Lech Wałęsa, jak i Tadeusz Mazowiecki. Ale dostali się na szczyty nie tylko mocą własnych decyzji i sprawności własnych rąk, czy – co gorsza – własnych łokci. Zawdzięczają to bardzo wielu ludziom.

Nie tłumowi. Tłum, który jest zawsze przypadkowy, skrzyknięty, może „zwalać pomniki i rwać bruk”, ale niczego nie zbuduje. Budować może społeczność, która żyje wspólnymi sprawami.

„Solidarność” była częściej tłumem czy społecznością?

To było społeczeństwo. Okazało się, że niemal w każdym środowisku są osoby, wokół których tworzy się wspólnota, która coś pozytywnego tworzy. Istotne, że mnóstwo ludzi, którzy wtedy współtworzyli ten ruch społeczny, nie mówiło przede wszystkim „nie”, ale w pierwszej kolejności „tak”. To był czas postulatów, nie dekonstrukcji. Było mnóstwo pomysłów, jak budować. I to naprawdę wspólnie. Przecież w tych samych kręgach decyzyjnych pracowali ze sobą ludzie, którzy kilkanaście lat później stali się swoimi śmiertelnymi wrogami.

Wspólnota się rozpadła.

Mówienie o wierności ideałom Sierpnia to mrzonka. To nie jest zarzut. Ta wierność po prostu jest od dawna niemożliwa. W 1989 i 1990 roku byliśmy już w zupełnie innej Europie. Ale tamte osiemnaście miesięcy pierwszej „Solidarności” były istotne ze względu na więzi, które się tworzyły, i przekonanie, że nie musimy się zamykać w branżowych gettach, że jako ludzie z bardzo różnych sfer możemy się porozumieć. To był cud, który nie miał szans okazać się trwały. Choć owoce przyniósł niezwykłe.

Ale czy część z nich nie została roztrwoniona?

Niestety. Karnawał „Solidarności” został brutalnie przerwany, nie dano nam szansy zbudować czegoś trwalszego. Zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy, ale skończyło się strzałami w „Wujku”.

Wszystko przez stan wojenny?

Nie tylko, ale stagnacja lat 80. wiele zniszczyła. Na początku lat 90. nie byliśmy już w stanie czuć się członkami jednej, wspólnej grupy, która razem buduje III RP. Rozpieprzył nas marazm. Stan wojenny był zamachem na nasze aspiracje, miał też krwawe i brutalne momenty. Na szczęście były to tylko epizody, choć dla rodzin ofiar straszne – przez sam wymiar tragedii i oficjalnego kłamstwa. Ale nie był to terror jak u Kaddafiego czy Pinocheta. To było tak, jakby ktoś zalał łąkę grząską wodą i skręcił temperaturę grubo poniżej zera. Błoto zamarzło i te roślinki, które powoli wzrastały, straciły możliwość rozwoju.

Druga połowa lat 80. zdeprymowała mnóstwo ludzi. I co gorsza zabiła nadzieję i poczucie solidarności przez małe „s”, która stanowiła o sile „Solidarności” jako ruchu. Do głosu doszły cechy aspołeczne: egoizm, bezinteresowna zawiść. Z takim dziedzictwem weszliśmy w III RP. Wszyscy, nie tylko rządzący.

Dziś niektórzy wciąż jeszcze mówią, że to egoizm napędza rozwój.

Egoizm nigdy nie jest cechą społecznie pożądaną. Między egoizmem a poczuciem własnej wartości jest taka różnica, jak między – przepraszam za obrazowe porównania – biegunką a prawidłową perystaltyką jelit. Egoizm jest niezdrowy.

Niektórzy bohaterowie „Solidarności” sobie w nowej rzeczywistości nie poradzili, jak pewna działaczka z Katowic, która trafiła w końcu do przytułku dla bezdomnych z emeryturą na poziomie 900 złotych.

Jej dramat to hańba i wstyd, bo tak nie powinno być. Osobiście jest mi wstyd, choć nigdy nie słyszałem o tej pani. Brakuje nam poczucia odpowiedzialności za tych, którym coś zawdzięczamy. To jest wina nie tylko tych, którzy są na samej górze, ale też tych, którzy są lub byli blisko takich osób.

To są te braki w solidarności przez małe „s”?

Tak, to jeden z tych zwiędłych, zabłoconych kwiatów drugiej połowy lat 80.. Oczywiście nigdy nie jest tak, że całe społeczeństwo walczy w słusznej sprawie. Każde społeczeństwo to zbiorowość konformistów. I tylko pewna część, wcale nie największa, walczy w sprawach, które dotyczą wszystkich.

Niewiele się zmieniło.

Oczywiście! I widać to też na szczytach władzy. Sami od lat wybieramy takich, a nie innych ludzi do zarządzania tym bałaganem. A im nasze wybory były gorsze, tym więcej prawych i porządnych ludzi nie chciało brać w tym udziału. Wykształciło się przekonanie, że polityka jest brudną, pełną hipokryzji grą interesów, polegającą na cwaniactwie, nieformalnych, nieprzejrzystych dla ludzi układach. Tyle tylko, że spośród kogo wybieramy rządzących?

Spośród siebie.

Przecież to nie jest osobny regał z ludźmi ulepionymi z innej, jakiejś gorszej gliny. Wciąż mnóstwo zwykłych ludzi również ma całkowicie antyobywatelski stosunek do różnych zarządzeń i reguł gry. Oczywiście uogólniam i jest to błąd, bo działa w Polsce wiele osób, które robią fantastyczne rzeczy, i jest mnóstwo miejsc, w których ci ludzie doszli do głosu. Ale postawa obywatelska nie jest oczywistością. I na dole, i na górze.

Wróćmy do pytań z Llacha. Śpiewacie wciąż o „Kurze”, która deklaruje: „Niech wyzyskują, kogo chcą, by se zbudować drugi dom, ja ich dobrobyt w dupie mam, ja się nie będę dla nich trudzić”.

To piosenka, która nabrała nowej aktualności. W moim odczuciu mówi dziś o życiu w korporacji.

Ale dotąd było tak, że „kiedy kura mówi nie, rewolucja niech żyje”. Nie widać tej rewolucji.

Bo korporacja ma mocny argument w postaci kasy.

Władza komunistyczna też miała swoje argumenty.

Tak, ale one nie były takie kuszące.

Bo to była pałka, a nie kasa?

Czasem pałka, a czasem niemożność wyjazdu zagranicę, brak przydziału na mieszkanie i wszelkie codzienne utrudnienia. To były argumenty negatywne, a ludziom zależało na przyzwoitym życiu, żeby dziecko na studia poszło…

Ale jeśli spojrzymy na ludzi pracujących na umowach śmieciowych w korporacjach, to oni też często nie wyjadą na wakacje, a jak kupią mieszkanie, to na wieloletni kredyt.

Tyle tylko, że to już nie jest wybór między dobrem a złem, ale między całą gamą różnych możliwości. A czy one są złe czy dobre, to się okazuje w praniu, często już po wszystkim. To zawsze kwestia wyboru i odpowiedzi na pytanie, co jest dla człowieka najważniejsze. Ludzie różnie wyceniają swój święty spokój czy stabilizację, choćby i złudną. Dla niektórych odpowiednią ceną może nawet być brak czasu wolnego, harówka od świtu do nocy przez wszystkie 365 dni w roku i bycie na smyczy także podczas urlopu, bo drugiego dnia dzwoni telefon, że trzeba natychmiast wracać, a jak nie, to już znajdą kogoś na twoje miejsce. Rynek pracy jest bardzo trudny, sam tego doświadczyłem. Ostatecznie to kwestia tego, na ile ludzie wyceniają to, co jest dla nich ważne. Niestety, często się mylą, płacąc swoim życiem osobistym za osiągnięcie wątpliwych celów.

W „Itace” Llach śpiewa, że „Lepiej, by podróż trwała wiele lat”. A czasem chciałoby się tu i teraz, zaraz, mieć społeczeństwo lepsze, mądrzejsze, szlachetniejsze. Nie frustruje pana, jak długo trwa ta podróż?

Trwa od neolitu. I po drodze ludzkość nabroiła tak strasznie, że jesteśmy prawdopodobnie ostatnim gatunkiem, który się pojawił na ziemi, zachowując się haniebnie wobec wszystkiego, co zastał.

Są zresztą różne skale, sam czasem chciałbym już odcinać kupony, mieć stabilną sytuację. A nie mam. Chciałoby się czasem powiedzieć, że Itaka jest już osiągnięta, ale wierzę w to, co sobie powtarzaliśmy na studiach, że pecha mają ci, którzy osiągnęli już cel życia, a ich życie ciągle trwa. Dlatego warto wyznaczać sobie cele śmiałe i niekoniecznie prywatne. W skali społeczeństwa zawsze będzie co naprawiać. Ale trzeba się cieszyć z każdego sukcesu, każdego syna marnotrawnego, każdej nawróconej jawnogrzesznicy.

Ale też po każdą owcę trzeba iść.

Tak, trzeba iść.

Może potrzeba nam więcej tego idealizmu, o którym rozmawialiśmy?

Przydałoby się, zwłaszcza, jeśli będzie to dobrze opakowane, bo żyjemy w rzeczywistości produktów, a nie wartości. Wierzę, że lekarstwo ma szansę się przyjąć. Śpiewamy piosenki, które często są zabawne, a jednak mówią o czymś ważnym. O tym, że prawa, szlachetna jednostka znaczy więcej niż głupi tłum. O powszechnej życzliwości, akceptacji, wolności, która rozumie wolność drugiego człowieka. O tym, że te jednostki mogą stworzyć solidarną grupę. Po to śpiewamy te piosenki. Może ktoś zapamięta jedną z nich, zacznie ją nucić, może wtedy usłyszy, o czym jest.

Mało dziś piosenek, które warto słyszeć.

Pisanie piosenek o dyrdymałach jest potrzebne, by zapełniały czas, ale mnie ten cel nie przyświeca. Jako zespół chcemy śpiewać piosenki o czymś, a Lluís Llach był pierwszym autorem, którego utwory wykonywaliśmy. Jesteśmy z tego dumni, bo pokazał nam, że możemy mówić coś ważnego. Coś ważnego wtedy i teraz: że jesteśmy autonomicznymi jednostkami, ale mamy wspólne sprawy, które nas łączą: przyzwoitość, wolność, miłość i pragnienie, żeby nie zgnuśnieć.

Wszystko pięknie, ale jak do tego dążyć?

Nie jestem diagnostą społecznym, nie umiem znaleźć recepty na nasze bolączki. Ale chętnie rozmawiam na ten temat. Nie wiem, jak to robić – poza nieustanną pracą nad sobą samym – ale wiem, że celem działania powinno być społeczeństwo, które rozumie, które współczuje, dostrzega krzywdę, które umie budować coś wspólnego. Którego członkowie razem stworzą plac zabaw, a nie tylko każdy sobie kupi wiaderko i łopatkę. Nie wiem, jak zmienić społeczeństwo, ale wiem, że trzeba je zmieniać. Ono nie jest chore, tylko nie ufa swojemu dobremu potencjałowi.

Summa summarum chodzi o to, żeby samemu żyć przyzwoicie, nie odwracać się od cudzych problemów, udając, że się ich nie widzi. Człowiek jest sfuszerowany, ale on sam ma także potencjał, żeby tę fuszerkę minimalizować. Jasne, to jest idealizm.

Bez niego się nie da?

Nie da się, inaczej jest tylko rzeź i „Władca much”: ciach po gardle, krew się leje, chłopcy robią sobie Armageddon. Idealista ponosi tam klęskę, ale przecież ta powieść ma być przestrogą.

Ciągle widzimy, jak idealiści ponoszą klęski.

Ale też wciąż się rodzą i może to jest optymistyczne? Staram się być realistą, który jednak w coś wierzy. Zawsze będą silni, którzy będą łoić słabych – fizycznie czy finansowo. Ale wierzę również w to, że nie wolno tego traktować jako status quo, z którym nic się nie da zrobić. Da się zrobić. Każdy na swoją skalę może coś zrobić. Walczyć warto, nawet jeżeli, jak u Herberta, „nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką / chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku”.

Bo, jak u Miłosza, „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”?

Tak. W poezji jest niezbędny i realizm, i idealizm. Na tym polega wielkość sztuki, że potrafi zarówno przystawić nam zwierciadło, jak i przedstawić wizję tego, do czego warto dążyć. Nie wierzyć – to oznaczałoby samobójstwo. Nawet jeśli to trudna wiara. Jako zespół mamy przekonanie, że robimy coś lepszego niż grillowanie i picie wódki. Są też inne zajęcia, którym warto się oddawać.

***

Wywiad przeprowadzony w kwietniu 2015 roku.

Filip Łobodziński – urodzony w 1959 roku. W dzieciństwie aktor. Iberysta, tłumacz prozy, poezji i piosenek (z hiszpańskiego, angielskiego, katalońskiego i francuskiego). Laureat nagrody Instytutu Cervantesa w Warszawie za najlepszy przekład 2004. Od 1983 roku gra i śpiewa w Zespole Reprezentacyjnym, od początku 2015 także w zespole dylan.pl. W latach 1988–2012 był dziennikarzem radiowym, prasowym, telewizyjnym. Obecnie pracuje jako doradca dyrektora biura w NIK, a także współprowadzi program „Xięgarnia”, popularyzujący literaturę i czytanie. Wolontariusz na rzecz bezdomnych zwierząt.

  • Normales

    Powinno tu paść nazwisko prezydenta Słupska jako przykład, że ten często opluwany i wyszydzany facet robi coś czego cała ta zgniła reszta ferajny nigdy nie będzie w stanie ogarnąć swoimi móżdżkami nastawionymi jedynie na kasę i karierkę..