dwutygodnik internetowy
4.04.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Listki Świętej Katarzyny. O ludobójstwie w Gwatemali

Szacunki mówią, że od siedemdziesięciu do dziewięćdziesięciu procent społeczności Majów Ixil zostało kompletnie wyniszczone. Ciała z przypadkowo odnajdywanych grobowców, rozsianych między świętymi górami ich przodków, ekshumowane są do tej pory.

ilustr.: Wojciech Pawliński

ilustr.: Wojciech Pawliński

Artykuł pochodzi z 28. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Małe obczyzny”. 

1.

Pedro często był nieobecny w domu, jeździł po kraju załatwiać przeróżne sprawy dla swoich, w tym te najcięższe z ciężkich. Kiedy wracał, uśmiechnięty, łagodny, wychodził mi na powitanie z labiryntu pokojów o pustakowych ścianach. Starszawy pan o spokojnej i zmęczonej twarzy, który powłóczył trochę stopami w swoich rzemiennych sandałach. W czerwonej koszulce z nadrukiem z Che Guevarą i z plastikowym bidonem. Żartował, że jego atole (kukurydziany napój, obecny na stołach wszystkich ixilskich rodzin codziennie od czasów prekolumbijskich) lubi zmieniać skład chemiczny. Czasem robiło się zupełnie przezroczyste i było serwowane w szklanych kieliszkach (każdy z innej parady) ze słowami: „Ciało Chrystusa…”.

Nigdy z Pedrem o niej nie rozmawialiśmy. Mówił o pogodzie, o jedzeniu, o swoich dzieciach, o żonie, mówił o tym, co go otacza. Raz tylko powiedział mi zamyślony, że jest już inny. Zmieniony. Zapytałam, co go zmieniło. „Wojna” – odpowiedział, patrząc mi prosto w oczy przez lusterko w samochodzie. Zawsze przenikał mnie rentgenowskim spojrzeniem, tak że czułam się bezbronna. Siedziałam przy piecu w kuchni i sypałam jak na przesłuchaniu. Mówiłam o wszystkim: o rodzinie, pracy, o tym, co mi w życiu nie wyszło. Rzadko pytałam o tę cholerną wojnę. Rozmowa o niej zdawała mi się czymś tak niepotrzebnym i lichym, że nawet nie wiem, kiedy porzuciłam myśl o przemaglowaniu od deski do deski dowódcy gwatemalskiej guerilla. Dopiero później, kiedy już opuściłam Gwatemalę, napisał do mnie:

„Być może zabrakło nam jeszcze czasu, żeby porozmawiać o innych rzeczach. O polityce, o historii. O Ludziach z historią, o oporze, o chęci zmiany tego, czego Państwo od wieków nam odmawia. O chęci ochrony zasobów naturalnych przed grabieżą koncernów międzynarodowych. O obronie naszej wizji świata, naszej tożsamości i kultury, wśród społeczeństwa, które nie wie, jaka czeka je przyszłość. O Państwie, które tonie w korupcji, w bezkarności, klękając przed kapitałem międzynarodowym. Ty wiesz. Słyszałaś. Poznałaś sposób, w jaki widzimy tę sytuację i jak sobie z nią radzimy. Wygląda na to, że jesteśmy zakochani w naszych Wspólnotach, bez nich nie istniejemy. Rodzina nie jest dla nas punktem wyjścia jak w innych kulturach. Rodziny są wewnątrz, są częścią Wspólnoty. I w końcu już wiesz, że tutaj, w regionie Ixil, mamy wszystko, czego potrzeba do życia. Niczego nam nie brakuje”.

2.

Większość moich rówieśników spośród Majów Ixil urodziła się gdzieś w lesie. Ich rodzice uciekali tam, ratując siebie i te dzieci, które były w stanie wystarczająco szybko biec. Chowali się po krzakach dniami, miesiącami, latami. Jedli to, co udało im się znaleźć, próbując po trochu wszystkich rosnących wokół roślin, licząc na to, że któraś okaże się jadalna. Później, gdy mogli już wrócić do domu, często okazywało się, że ich chaty zostały spalone, a z ziem – uznanych za opuszczone – bez mrugnięcia okiem ich wywłaszczono. Niektórzy nigdy nie wrócili. W ogródkach nadal kwitną hortensje. Tylko nie ma już domów, które niegdyś ozdabiały. To znaki na mapie historii, cicho i pięknie upamiętniające czas terroru.

Lata 80. w górskich partiach Gwatemali były najbardziej krwawym okresem trwającej trzydzieści sześć lat wojny domowej. Do połowy lat 90. państwo rządzone przez wojskowych dokonywało sukcesywnej eksterminacji i ludobójstwa rdzennych mieszkańców. Represje, z jakimi spotykali się Indianie, spowodowały, że od lat 70. część mieszkańców gwatemalskiej wsi zaczęła wiązać się z lewicowymi ruchami klasowymi i guerillą. W 1975 roku na terenie górskiej prowincji Quiché założono Powstańcze Wojsko Ubogich (Ejercito Guerillero de los Pobres), które wielu Indianom wydawało się jedyną szansą na poprawę tragicznej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Jedni przystąpili do niej z powodów ideologicznych, inni – z braku alternatywy. Niektórzy pod groźbą śmierci zmuszani byli do wstąpienia do organizacji paramilitarnych, prześladujących ich własnych braci. Pozostali po prostu miotali się, „tańcząc między drzewami”, gdzie strach przyklejał się na stałe do ludzkich obliczy. I pozostał na nich do dziś.

W Quiché, w regionie Ixil, pomiędzy trzema miasteczkami – Nebaj, Chajul i Cotzal – rozpętało się prawdziwe piekło. Niedostępność tej rajskiej krainy, która sprawia, że odwiedzając te tereny, mamy wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie o parę ładnych lat, stała się jej przekleństwem, diabelskim tyglem, umniejszającym znaczenie niewidocznej dla nikogo z zewnątrz śmierci jej mieszkańców.

Drgające niebem wędrówki z ixilskimi rolnikami i rojem ich roześmianych dzieci, wpijanie się zębami w soczyste, zrywane prosto z drzewa pomarańcze rozpalały moje serce i rozświetlały oczy. Chłonęłam każdy obraz, spijałam z ust Ixilów każde słowo, próbując zrozumieć ich język. Migoczące w zieleni kolorowe, wyszywane koszule, podskakujące na głowie, wplecione we włosy pompony i czerwone spódnice Ixilek tak bardzo mi się podobały. Chciałam wtopić się pomiędzy nie, przestać zwracać czyjąkolwiek uwagę i po prostu iść. Nigdy jednak nie mogłam się pozbyć myśli, że stąpam po ziemi zroszonej krwią niemowląt wydzieranych matkom żywcem z łona i rzucanych na ziemię. „Ja nie urodziłem się w domu. Nawet nie wiem, gdzie się urodziłem i jaki to był dokładnie dzień” – powiedział mi mój przyjaciel, rówieśnik, podwójny magister z wioski Xe’ Piun pod Nebaj, w której do dziś nie ma prądu ani bieżącej wody. Wrócił tam, aby pracować dla swoich. Będzie kiedyś dobrym wodzem, będzie q’esal tenam, wybranym przez ludzi mędrcem i liderem. Zawsze mu to powtarzam, a on spuszcza skromnie głowę i stara się nie patrzeć mi w oczy.

pawlinski3

3.

„Naprawdę tego bałaś się najbardziej, wracając z gór?” – pytałam Loreny z niedowierzaniem. Była tak drobna, tak delikatna, że trudno mi było wyobrazić ją sobie przygwożdżoną karabinem, zassaną po kolana w błocie, śpiącą na zgniłych liściach pod kawałkiem czarnego worka. Trudno uwierzyć, że przetrwała te dwa lata, żywiąc się nieposiadającymi żadnego smaku liśćmi krzaku Świętej Katarzyny. „Najgorszy był strach przed tym, że jak to wszystko się skończy, ojciec złoi mi skórę za to, że uciekłam i poszłam w góry. Nie, nie bałam się warunków ani walki. Wiedziałam, że muszę iść, muszę coś zrobić ze swoim życiem. Rodzice w głębi duszy wiedzieli, że odejdę”. Bardziej bała się bycia odnalezioną przez ojca niż spotkania w wyznaczonym miejscu z innym guerillero, który miał ją zrekrutować. Wyszła z domu nad ranem. Nie wiedziała dokładnie, dokąd idzie, kto po nią przyjdzie, czy w ogóle się pojawi. Schowała się za drzewem. „Najgorsze było to, że nie miałam zegarka. Nie wiedziałam, która godzina. Bałam się, że już za późno i że pójdą beze mnie” – mówi z figlarnym uśmiechem, uklepując tortille z błyskiem w oku, który tak w niej uwielbiam. „Później zobaczyłam na drzewach światło latarki. Bałam się strasznie, że to mój tata… Ale nie, to był wysłany po mnie guerillero”.

Czasem zabierała mnie do miasta na seminaria z innymi indiańskimi aktywistkami. To była lekcja i dla mnie, i dla nich. Ja – z nimi, pośród nich, naturalnie, bo i tak spędzałyśmy razem czas od kilku miesięcy. One – w swoim żywiole, dyskutujące o swoich prawach, o równości, dyskryminacji, o walce. Ja – inna, nigdy nie zaznałam łamania moich praw, nie byłam dyskryminowana, nigdy nie musiałam walczyć tak jak one. Ale szybko przekonały mnie, że jestem taka jak one, bo zawsze staję na straży wspólnych nam wartości. Na wieś, do Nebaj, do obowiązków, do mężów i dzieci, do prania na kamieniu w zimnej wodzie wracałyśmy z tych spotkań po kilkanaście godzin. Wysiadałyśmy w każdym miejscu, które nam się spodobało, chodząc po sklepach, w których nic nie kupowałyśmy, i napychając się mango sprzedawanym w plastikowych woreczkach za jednego quetzala.

4.

Młody wulkanizator w koszulce bez rękawów, w czapeczce z daszkiem, cały umazany smarem, spojrzał na oponę z niekłamanym podziwem: „Ktoś musiał chcieć wam nieźle dokopać, cała podziurawiona. Specjalnym cienkim nożem. Oszołom jakiś albo wariat”. Kupiłam jednego papierosa i parę paczek ciastek. Paliłam miarowo, jeden buch za drugim, bo coś w tym staniu i czekaniu na ciemnej, pochyłej ulicy napawało mnie niepokojem. Przyglądałam się cierpliwie, jak montują koło zapasowe z powrotem pod pick-upem, z którego godzinę wcześniej ukradziono nam dwa komputery z jakimiś „cholernie ważnymi papierami”. Lorena i Pedro wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Wsiedliśmy, ale Pedro dłuższą chwilę nie odpalał samochodu. Od tej pory nie byli już wesołą parką o sporej różnicy wieku, z której sami się podśmiewali. Stali się zespołem, współpracownikami o wystudiowanych słowach i gestach. „Monika. To może być zamach albo manipulacja. Pod żadnym pozorem do nikogo nie dzwoń, napisz SMS do domu, że będziesz później, wyłącz telefon. Zmieniamy trasę. Nie jedziemy przez Huehue”. Nerwowo, ale zaśmiałam się, przecież zawsze dużo żartujemy. Lorena spojrzała na mnie przez ramię z łagodnym uśmiechem. Pedro, jak zwykle, spojrzał na mnie ciepło w lusterku i pojechaliśmy. Byli normalni, jak zwykle. Tylko że w tej normalności śmiertelnie poważni. Naprawdę sądzili, że ktoś nas śledzi. A jeśli oni tak myśleli, byli guerilleros, aktywiści walczący o prawa swojego ludu w kraju, w którym nawet po podpisaniu pokoju w 1996 roku łamanie praw człowieka jest na porządku dziennym, to kim jestem ja, żeby podważać ich autorytet? Zatkałam usta ciastkami. „O, kupiłaś coś na osłodę, super!” Pedro powiedział, że w ciągu ostatnich lat kilkudziesięciu miejscowym aktywistom, obrońcom praw człowieka czy byłym guerilleros przytrafiły się różne „nieszczęśliwe wypadki”. Wie, że zawsze jest obserwowany, ale jest przekonany, że jego „wypadek” byłby teraz strategicznie dobrym posunięciem. Mimo to jedziemy wąskimi, pozbawionymi latarni uliczkami, zastanawiając się nad tym, czy w ogóle gdziekolwiek dojedziemy. Światła każdego nadjeżdżającego z naprzeciwka auta sprawiają, że przypominałam sobie ze wstydem, jak dawno nie zmawiałam „Ojcze nasz”. Wyczuwam myśli Loreny. Widzę, jak jej trzy córeczki, śliczne dziewczynki (jedyne Ixilki ze swoimi indiańskimi imionami, a nie ich hiszpańskimi odpowiednikami, wpisanymi w dowody osobiste) wesoło krążą w kuchni jej głowy. Widzę, jak przeskakują na ramię Pedra i uspokajają jego myśli. Teraz tylko to się liczy. Za bezpieczną żelazną bramą pustakowego domu nic już nie ma znaczenia większego niż one. A o czym ja myślę?

pawlinski2

5.

W końcu pani Aurelia przestaje dokładać drewna do betonowanego pieca z żelazną płytą kuchenną, składa grzejące się tortille jak talię kart i chowa do koszyka, przykrywając go chustką. Do Villa Hortencia szliśmy trzy dni. Jeszcze chwilę zagrzejmy się w kuchni, zanim wyjdziemy w ciemność, szukając naszego domu za pomocą światła nierozładowanego wciąż jeszcze telefonu. „I jak się miewa ten pan?” Z początku nie wiem o jakim „tym panu” mowa. „Teraz jest u siebie w domu. Nic nie szkodzi, proszę się nie obawiać. Najważniejsze, że proces się odbył” – mówi łagodnie Don Mingo. W czasie wojny domowej w Gwatemali zginęło około dwieście tysięcy osób, w większości pochodzenia indiańskiego. Siedemnaście miesięcy rządów generała Jose Efraina Riosa Montta uznawanych jest za najbardziej krwawy okres wojny domowej. Jedną ze zbrodni, o które generał został oskarżony, jest wydanie polecenia eksterminacji Majów Ixil w latach 1981–1983. W zależności od szacunku, od siedemdziesięciu do dziewięćdziesięciu procent społeczności zostało kompletnie wyniszczone. Ciała z przypadkowo odnajdywanych grobowców, rozsianych między świętymi górami ich przodków, ekshumowane są do tej pory. Twarz Aurelii kurczy się w dziwnym grymasie. Czy jest to lekki uśmiech? Czy możliwe, że po tym wszystkim gdzieś w sercach ludzi tli się przebaczenie? „Myślałam, że mnie wtedy złapią. Przyszli do nas w nocy. Wzięli jednego pana i kazali mu siadać nago na jakichś nożach. Ach, jak strasznie krzyczał ten pan… Nie wiem jak mi się to udało, ale kiedy wychodziliśmy, pomyślałam, że jeśli nie uda mi się uciec teraz, to zginę. Zginę ja i zginie mój dzidziuś. Więc biegłam co sił w nogach i ukryłam się w krzakach. Błagałam Boga, żeby mnie nie znaleźli. Cały czas trzymałam małego przy piersi, żeby nie zapłakał. I dzięki Bogu oni odeszli”. Podczas gdy Aurelia opowiada, twarz Mingo pozostaje nieporuszona. „Proszę się nie obawiać”. Ile takich historii zna? Ile takich historii widział na własne oczy?

Umęczony pracą na plantacjach trzciny cukrowej Mingo wrócił do domu, do Nebaj. Nie mógł patrzeć na swoich braci wykorzystywanych jak niewolników za parę groszy, śpiących na ziemi, wygłodzonych. A poza tym ludzie zaczęli się buntować, zrobiło się niebezpiecznie. W wieku sześciu lat został sierotą. Zawsze marzył o tym, żeby nauczyć się czytać i pisać, ale jego brata nie było na to stać, a wszystkie zarobione pieniądze musiał mu oddawać. Kiedy poszedł do „tamtych z lasu”, do guerilleros, byli z nim szczerzy. „Nasza praca jest darmowa, nie ma tu pieniędzy. Jest cierpienie, głód, pragnienie i zimno”. Nie był pewien. „Ale są nauczyciele, uczą nas czytać i pisać”. To wystarczyło. Poszedł kupić swój zeszyt, długopis. Nauczy się czytać. Przyzwyczaił się do cierpienia na siedemnaście lat. „Podczas walk ludzie musieli opuszczać swoje domy i uciekać do lasu. Mówiliśmy, że «tańczą» albo «bawią się w lesie»”. Kiedy przychodziło wojsko, szli do góry, potem wracali z powrotem na dół. A my jako combatientes musieliśmy ich bronić, bo wojsko zabijało dzieci, kobiety w ciąży, wszystkich. Palili domy, palili ubrania, palili zbiory. No i jak ich nie broniliśmy, to nie zostawiali nam jedzenia jak zwykle, kilka ziaren grochu tu i tam, żebyśmy mogli sobie zabrać w nocy i ugotować”. Teraz pracuje dla CALDH (Centrum Działań Prawnych w Dziedzinie Praw Człowieka). Poszukuje osób, które w czasie wojny były świadkami zbrodni, a dziś są gotowe zeznawać przed sądem.

6.

10 maja 2013 roku Efrain Rios Montt został skazany za ludobójstwo, zbrodnie przeciwko ludzkości, masakry, przymusowe przesiedlenia, gwałty oraz tortury na społeczności Majów Ixil. Trzy dni później wyrok został unieważniony przez gwatemalski Trybunał Konstytucyjny ze względów formalnych.

W czasie wojny domowej w Gwatemali zginęło około dwieście tysięcy osób, w większości pochodzenia indiańskiego.
Czerwone spódnice Ixilek bardzo mi się podobały. Nie mogłam się jednak pozbyć myśli, że stąpam po ziemi zroszonej krwią.
W ogródkach nadal kwitną hortensje. Tylko nie ma już domów, które niegdyś ozdabiały.

***

Monika Erva Banach jest badaczką i aktywistką. Doktorantka w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UJ, współpracuje z Fundacją Stańczyka w Krakowie, z FRIDA The Young Feminist Fund z Panamy oraz ze Stowarzyszeniem Kobiet Tkaczek Q’imb’al z Nebaj (Gwatemala).