dwutygodnik internetowy
2.05.2016
magazyn papierowy


Łętowska: Waga odwagi Temidy

Sędzia to człowiek, któremu płacimy za to, aby był odważny. Aby umiał się postawić, pójść wbrew schematom. W naszych sądach panuje jednak „legalizm biurokratyczny”.

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski

PROF. EWA ŁĘTOWSKA: Mamy rozmawiać o sądownictwie. Na pewno będziemy je więc i chwalić, i krytykować… Ale najpierw chciałam złożyć pewne oświadczenie.

STANISŁAW ZAKROCZYMSKI: Proszę bardzo.

Ja sądy bardzo lubię, wręcz kocham. Dobre sądy są kluczowe dla każdej demokracji, każdego państwa prawa. Niezbędność sprawnych i fachowych sądów odkryłam, zajmując się prawem ochrony konsumenta. Długo pokutowała fatalna mantra, że „rynek wszystko załatwi”. Bzdura! W relacji konsumenckiej decyduje strona silniejsza. I stąd wielka potrzeba, aby konsument otrzymał zarówno pomoc administracyjną, jak i łatwy dostęp do sądu. Ale żeby te sądy dobrze działały, to trzeba szczerze o nich rozmawiać. Również o ich wadach. A nie udawać, że ich nie ma.

Zaczęła pani sądzić późno, w 1999 roku. Do Naczelnego Sądu Administracyjnego przyszła pani z niecodziennym doświadczeniem, bo wcześniej była pani pierwszym w Polsce Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Ścierała się pani zatem z sądami wszelkich instancji.

Owszem, z doświadczeń rzecznikowskich wiedziałam, że w Polsce nie brakuje mądrych i odważnych sędziów, tylko często trzeba ich do tej odwagi zachęcić. Ale dla mnie chyba ważniejsze było doświadczenie prawnika-naukowca, którym byłam całe zawodowe życie. Zajmowanie się nauką skłania do zainteresowania wykładnią systemową, scalającą. A sędziowie „zawodowi” skłonni są raczej myśleć kategoriami pojedynczej sprawy. Z oszczędności czasu i wysiłku wolą się nie wychylać. W związku z tym, kiedy chcą wydać jakieś mniej szablonowe orzeczenie, czasem mają kłopot, bo nie potrafią znaleźć odpowiedniego środka prawnego. Słabo władają kluczową dla prawnika sztuką wyszukiwania znaczenia z tekstu, więc szukają szybkiej i łatwiej odpowiedzi na to, „gdzie to jest napisane”. I wtedy wiedza teoretyczna takich sędziów jak ja bywa użyteczna.

W przeciwieństwie do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie orzekała pani później, a który jest „sądem prawa”, Naczelny Sąd Administracyjny jest „sądem ludzkich spraw”, mimo że nie jest on „sądem faktu”. Orzeka o zgodności z prawem decyzji administracyjnych, ale zarazem dotyka się tu konkretnych ludzkich spraw.

Oczywiście tak, choć trzeba pamiętać, że jest to rzeczywistość już przesiana przez sito administracyjne. Sąd administracyjny ocenia legalność samej decyzji urzędników, a nie jej faktyczne podstawy.

Ale ostatecznie staje przed nim konkretny człowiek…

Tak jest.

I wyroki, które się wydaje, dotykają właśnie bardzo konkretnego człowieka. Czy pamięta pani jakąś sprawę, w której szczególnie gryzło panią sumienie? Kogoś, kto mógł być realnie skrzywdzony wyrokiem?

Wiele takich dylematów sędziowskich pamiętam. Mogę dać mocny przykład. Sprawa jest niedzisiejsza, bo związana z prawem celnym, a teraz, gdy jesteśmy w Unii, ten problem stracił na znaczeniu. Prawo celne jest charakterystyczne ze względu na to, że do odpowiedzialności może być pociągnięty każdy, kto otarł się o towar przewożony przez granicę. Nie tylko ten, który towar kupił, ale też ten, który go przywiózł i ten, który go przechował. Dla prawodawcy wartością nadrzędną było, aby fiskus został zaspokojony.

Wymarzone pole do nadużyć.

Dokładnie. Najcięższe i najczęstsze przekręty dotyczyły „słupów”, których rolę odgrywali zazwyczaj kierowcy. Rozpatrywałam dwie bliźniaczo podobne sprawy takich „słupów”, którzy dali się wrobić grubym rybom w różne lipne składy celne. Zarabiali na tym stosunkowo mało, ale zostawali z pełną odpowiedzialnością. Było nam żal tych ludzi, wiedzieliśmy, że karząc ich, nie rozwiązujemy problemu systemowo. Bardzo trudno było jednak znaleźć jakikolwiek sposób na to, aby uchylić decyzje celników. W pierwszym składzie poszliśmy po linii najmniejszego oporu i wydaliśmy orzeczenie o podtrzymaniu kary na kierowcę. Ale sumienie mnie gryzło i kiedy przyszło do rozpatrywania niemal identycznej sprawy, przyszłam do moich koleżanek i powiedziałam: „Wiecie co, to dałoby radę rozwiązać inaczej. Powinnyśmy unieważnić decyzję i wskazać celnikom, że powinni bardziej się wysilać i docierać do sedna problemu”. I podałam mój pomysł (o, nieoceniona niemiecka literaturo!) na rozwiązanie sprawy.

I co na to koleżanki?

Zrobiły dwa kroki wstecz i zapytały: „A umiesz to napisać”? Odpowiedziałam: „Umiem, napiszę”. Napisałam uzasadnienie, na co druga koleżanka: „No dobra, ale tydzień temu w tym samym składzie oddaliłyśmy podobną sprawę – to jak to będzie?”.

Wydaje się dość logiczne.

Ale zarazem kunktatorskie! Gdybyśmy przyjęli takie założenie, to usztywnilibyśmy cały system i już nikt nigdy z tego bagna by nie wyszedł. Sędzia musi myśleć o skutkach społecznych swoich czynów.

Bezpośredni skutek społeczny był pewnie taki, że ten pierwszy „słup” jak się dowiedział o drugim wyroku, to siarczyście zaklął.

Pewnie tak było, ale z drugiej strony cały wielki problem prawny został rozwiązany. Ustaliła się nowa linia orzecznicza i państwo zamiast wygodnie sądzić pojedynczych kierowców, zaczęło ścigać grube ryby. Sędziowie są ludźmi, uczą się często na swoich błędach. Nie ma na to rady, choć może być to bolesne. Tu się zgodzę.

Co jest najważniejsze, aby być dobrym sędzią?

Moim zdaniem trzy rzeczy. Po pierwsze aksjologia – sędzia musi wiedzieć, że orzeka w ramach pewnego systemu wartości, wyznaczonego przede wszystkim konstytucją i konwencjami międzynarodowymi. I że jego orzeczenia mają mieć na uwadze to, jakim wartościom służą.

Możemy się na chwilę zatrzymać? Zacytuję pani fragment artykułu Piotra Cywińskiego, szefa Muzeum Auschwitz, który pisał na naszych łamach o podejściu polskiego wymiaru sprawiedliwości do spraw rasistowskich.

Słucham.

Podczas jednej z manifestacji członkowie NOP wznosili okrzyki: „Polska cała tylko biała”, „Biała siła, czarna kiła itp. […] W II instancji Sąd Okręgowy we Wrocławiu uznał w 2011 roku, że wznoszone przez nich hasła to jedynie klasyka „francuskich i angielskich XIX i XX-wiecznych doktrynerów”, a w uzasadnieniu uniewinnienia stwierdził, że „propagując hasło czystości krwi, nie deprecjonuje [się] równocześnie żadnego koloru skóry”, podkreślając, że stanowić ma to „gwarant zachowania w mozaice ras ludzkich biologicznych cech własnego narodu, jego oryginalnego, niepowtarzalnego piękna”.

Esteta.

To nie jest jednostkowy przypadek. Jak to jest możliwe?

Jest oczywiste, że sędzia nigdy w życiu nie powinien tak argumentować. Odwoływanie się do „XIX-wiecznych doktrynerów” w momencie, w którym mamy jasno z konstytucji wynikający zakaz głoszenia poglądów rasistowskich, świadczy o zupełnym braku zrozumienia podstaw aksjologii systemu prawnego, w ramach którego sędzia orzeka.

Czy to częste zjawisko?

Nie bardzo częste, jednak skłamałabym, mówiąc, że takie rzeczy się nie zdarzają. Pan przywoływał sprawy rasistowskie i antysemickie – słusznie, bo one bulwersują. Ale równie skandaliczne uzasadnienia zdarzają się w sprawach rodzinnych. Szowinistyczne, jawnie dyskryminujące…

Janusz Niemcewicz, adwokat i były sędzia TK, mówił, że polskim sędziom brakuje wyczulenia na prawa człowieka oraz argumenty stron, a sędziowie, zwłaszcza młodzi, często nie potrafią z szacunkiem wysłuchać, co ma do powiedzenia oskarżony, pokrzywdzony, adwokat, prokurator”.

Zgadzam się w pełni z sędzią Niemcewiczem. To bardzo mądry człowiek i świetny sędzia. Ale ja w tym cytacie widzę zalążek drugiej cechy sędziego, o której chciałabym powiedzieć.

Proszę bardzo.

To coś, czego potrzeba właściwie w każdym zawodzie. To znaczy solidny warsztat pracy. On się wyraża po pierwsze w umiejętności dobrego prowadzenia sprawy. Bez okazywania wyższości, z szacunkiem dla obu stron, z właściwą dociekliwością i uwagą. To jest bardzo trudne, zważywszy na niebywałe obłożenie sądów sprawami.

Ze statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat przybyło ich około 20 procent, a „moce przerobowe” wcale się nie zwiększyły…

No właśnie. Nie będzie bardzo odkrywcze, kiedy powiem, że sądy w Polsce są potwornie obłożone pracą. I z tym obłożeniem sobie nie radzą. To wynika przede wszystkim z tego, że stosunkowo wiele błahych spraw należy w Polsce do sądów, a poza tym mamy niską kulturę prawną społeczeństwa. Co skutkuje na przykład tym, że niewiele spraw kończy się mediacją i ugodą. Sędziowie pracują więc często na jałowym biegu, resztkami sił. Ciężko pracować efektywnie, kiedy prowadzi się po kilkadziesiąt wielotomowych spraw jednocześnie! Każdy z nas, aby pracować porządnie, potrzebuje minimum komfortu. Czasowego, przestrzennego, ale tu mocno podkreślę: psychicznego. Sędziowie są go często pozbawieni. I to odbija się na jakości ich pracy.

Dr Katarzyna Orlak przeprowadziła badania, z których wynika, że większość sędziów i pracowników sądów ma różnego rodzaju nerwice lub przynajmniej cierpi na zaburzenia snu i ciężkie bóle głowy.

Wcale mnie to nie dziwi! Proszę zauważyć, że wymagamy od sędziów – i słusznie – aby byli uważni, kompetentni i wrażliwi. Ciężko uzyskać ten stan w opisanej sytuacji.

Co jeszcze należy do warsztatu sędziego?

Biegłość w prawie i umiejętność doboru odpowiedniego narzędzia do sprawy, w której się orzeka. Tak jak to miało miejsce w przypadku wspomnianej sprawy celnej. Nie wystarczy dobra aksjologia i chęć wydania wyroku sprawiedliwego, zgodnego z własnym sumieniem. Trzeba jeszcze umieć wyrok tak uzasadnić, aby się logicznie bronił. Czyli nie został uchylony w wyższej instancji albo co gorsza doczekał się potępienia w Strasburgu. Polskim sądom zdarza się to zbyt często w porównaniu z innymi krajami unijnymi.

To fakt. Polska jest na czwartym miejscu pod względem przegranych przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. To wynika ze złego warsztatu sędziów?

Po części na pewno tak.

Nie umieją logicznie myśleć i pisać?

Nie używajmy wielkich kwantyfikatorów. Jak w każdym zawodzie, wśród sędziów są ludzie, powiedzmy eufemistycznie, bardziej i mniej wybitni. Ale tak, z pewnością polskim sędziom zdarza się pisać rozwlekle i nietreściwie. To grzechy główne. Na pewno dużą rolę odgrywa tu charakter studiów prawniczych w Polsce. Za wiele jest na nich wkuwania, zbyt mało pisania. W Ameryce właściwie wyłącznie się pisze. Kilka rozprawek miesięcznie. I efekt tego jest taki, że skarga o zanieczyszczenia w Zatoce Meksykańskiej, tycząca milionowych odszkodowań, ma trzydzieści pięć stron i jest w niej wszystko, co trzeba.

A wyroki polskich sądów w najdrobniejszych sprawach często są dużo dłuższe.

I zawierają wiele niezbyt spójnie skleconych cytatów z orzecznictwa czy poglądów doktryny. Informatyzacja jest błogosławieństwem i przekleństwem sądów jednocześnie, bo skłania do prostego „kopiuj-wklej”. Nie twierdzę oczywiście, że należy kilka razy wykonywać robotę, którą ktoś już zrobił. Nie, ale należy z tych narzędzi korzystać z głową, umiejętnie. Każda sprawa jest inna i ma swoją specyfikę. Łatwo ją zgubić, przeklejając rozstrzygnięcia zapadłe w innych sprawach.

Czyli sądy chodzą na łatwiznę.

Zdarza się. Dodatkowo mają skłonność do zatrzymywania się na pierwszym rozwiązaniu sprawy, które wyda im się w miarę sensowne. Obrazowo mówiąc, celują swym orzeczeniem w odpowiednią tarczę, ale trafiają w dwójkę czy trójkę i się tym zadowalają. Nawet nie próbują ustrzelić dziesiątki.

To znaczy?

Sumienie podpowiada sędziemu, że coś w sprawie jest nie w porządku, ale sam siebie przekonuje, że znalazł rozwiązanie i może postawić kropkę. W sytuacji, w której powinien się zastanowić, czy nie da się sprawy ugryźć głębiej, czy nie kryje się w niej problem dotykający jakichś poważniejszych wartości.

Wydaje się, że dobrym na to przykładem jest sprawa Marcinkowskich, handlarzy roszczeń, przeciwko Janowi Śpiewakowi, liderowi stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. MJN opublikowało w Internecie „warszawską mapę prywatyzacji”, z której wynikało, że panowie Marcinkowscy w wyniku reprywatyzacji stali się właścicielami bodaj kilkunastu cennych nieruchomości w Warszawie. Sąd Rejonowy uznał ich roszczenie o naruszenie dóbr osobistych.

Pamiętam tę sprawę. Sąd Okręgowy stwierdził, że są osobami publicznymi, więc roszczenie jest bezzasadne. Można powiedzieć z nutką patosu i właściwej mojemu wiekowi nostalgii: „Są jeszcze sędziowie w Warszawie”. Nie znam szczegółów tych wyroków, ale łatwo zauważyć, że szło tu głównie o definicję tego, czy ta wiedza ma prawo być wiedzą publiczną. Czy fakt bycia właścicielem tylu nieruchomości i związanych z tym kontaktów z urzędnikami miejskimi czyni panów Marcinkowskich osobami publicznymi w tym zakresie czy nie. Orzeczenie I instancji z pewnością było poprawne w bardzo podstawowym rozumieniu. Można się domyślić, że panowie Marcinkowscy mieli dobrych prawników, którzy ładnie i logicznie to ułożyli. Nie było się do czego przyczepić. Ale dopiero II instancja spojrzała na sprawę szerzej, bardziej wieloaspektowo. Profesor Jerzy Hausner uważa, że państwu polskiemu brakuje dalekowzroczności, ale i szerokowzroczności. Widzenia spraw w szerokim kontekście. Szerokowzroczność w sądach też jest dobrem pożądanym.

Jaka jest w takim razie trzecia cecha dobrego sędziego?

Najprostsza i najtrudniejsza zarazem: odwaga.

Odwaga niejedno ma imię.

To prawda, najbardziej popularna w kulturze masowej, zwłaszcza w Polsce, to taka, która prowadzi do śmierci za ojczyznę. Zresztą widzimy to na co dzień – idolami coraz większej grupy Polaków stają się „Żołnierze Wyklęci”. To jest, przepraszam, bardzo sexy. Natomiast użerać się na co dzień z kolegami z pracy w imię rozmaitych imponderabiliów jest znacznie trudniej. Niełatwo jest bronić swojego, czasem oryginalnego punktu widzenia, kiedy kolega mówi ci: „O Matko Boska, czy ty nie możesz raz w życiu nie mieć wątpliwości?!” albo: „Siedzimy już tyle godzin, może byś się wreszcie uspokoiła i przestała zadawać pytania?”. Jaskrawy przykład został pokazany w filmie „Dwunastu gniewnych ludzi”. Sędzia to człowiek, któremu po prostu płacimy za to, aby był odważny. Aby umiał się postawić, pójść wbrew schematom. I tego powinniśmy od sędziów wymagać.

Mamy z tym kłopot?

W pewnym sensie tak. U nas w dużej mierze panuje to, co nazywam „legalizmem biurokratycznym”.

To znaczy?

Organy stosujące prawo, między innymi sędziowie, kurczowo trzymają się litery prawa, zamiast wykazać nieco pozytywnie rozumianej inwencji i zastosować wykładnię systemową. Wpisać przepis w szerszy kontekst.

W 2010 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że wówczas obowiązujący, nierówny wiek emerytalny kobiet i mężczyzn jest zgodny z konstytucją. Pamięta pani, kto zgłaszał zdania odrębne?

Oczywiście: Teresa Liszcz, Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz i ja.

Za wyrokiem było dwanaścioro sędziów. W tym jedenastu mężczyzn. Przeciwko trzy kobiety…

Tak, każda z trochę innych przyczyn. Ale nie zmienia to faktu, że podział „genderowy” był niezaprzeczalny.

I tu przypomina się kolejny zarzut stawiany polskim sędziom – że nie są niezawiśli i bezstronni, tylko orzekają zgodnie z własnymi poglądami i interesami.

Niewątpliwie to jest problem. Na pewno sędzia nie może kierować się wyłącznie własnymi poglądami. Ale sędzia nie jest niezawisły od własnego doświadczenia życiowego i rozumu. Nie można udawać, że sędzia zakładając togę, wyzbywa się własnej tożsamości. Ale na pewno powinien własną wrażliwość nakładać na solidną wiedzę i aksjologię. Ten przykład pokazuje, że sąd konstytucyjny powinien być pluralistyczny. Pod wieloma względami. A w tej konkretnej sprawie uważałam, że skoro nowy system emerytalny polega w skrócie na tym, że „ile sobie zaoszczędzisz, tyle dostaniesz emerytury”, to zróżnicowanie okresu składkowego ze względu na płeć (której przedstawicielki z zasady pracują krócej) jest dyskryminujące. Narady przed wyrokiem były niezwykle gorące. Myśmy miały poczucie, że u jego źródeł leży wciąż pokutujące przekonanie, że to kobiety powinny się opiekować dziećmi, a na starość także mężczyznami. Oznacza to przerzucenie odpowiedzialności za niewydolność aparatu państwowego na barki jednej płci. Bardzo nam się to nie podobało.

Sądy w Polsce mają poważny problem z legitymizacją. W 2013 roku ledwie 28 procent Polaków uważało, że sądy działają dobrze. W ciągu sześciu lat ten odsetek spadł niemal o połowę. Niepokoi się pani?

Oczywiście, że tak. Władza o niskiej legitymizacji społecznej jest chwiejna i krucha. Dotyczy to również władzy sądowniczej.

Kto jest temu winny? Politycy czy sędziowie?

Na pewno skala zjawiska jest tak duża, że trzeba szukać przyczyn systemowych. O części już powiedzieliśmy. Na pewno słabość sądów jest w dużej mierze po prostu refleksem słabości i braku stabilności państwa. Bo sądy są tu ostatnim ogniwem aparatu państwowego, z którym się styka człowiek.

W jaki sposób?

Przede wszystkim niestabilne jest prawo i instytucje. Trudno mówić o spokojnym funkcjonowaniu sądownictwa, skoro prawo o ustroju sądów powszechnych zostało uchwalone czternaście lat temu i od tego czasu zmienione ponad czterdzieści razy! Ale myślę, że to drobnostka. Znacznie poważniejszy problem polega na tym, że sądy nie mają swojego opiekuna, a zarazem silnego reprezentanta, może nie tyle swoich interesów, co racji. Kogoś, to wyjaśniałby „dlaczego sądy muszą orzekać tak, a nie inaczej”.

Jest przecież cały szereg takich instytucji. Krajowa Rada Sądownictwa, Sąd Najwyższy czy minister sprawiedliwości…

No dobrze, SN zajmuje się orzecznictwem, KRS rozpatruje głównie sprawy związane z nominacjami, a minister zajmuje się sprawami administracyjnymi, często w populistyczny i nieprofesjonalny sposób atakując sądy. Nie ma silnego przedstawiciela odpowiedzialnego za strategię rozwoju sądownictwa i za kadry. I za dotarcie do społeczeństwa, pokazanie tego, o co w sądzeniu chodzi! Zresztą Trybunał Konstytucyjny też nie jest tu bez winy, gdyż nigdy, choć miał ku temu kilka okazji, nie zinterpretował, co tak naprawdę oznacza zasada rozdziału władzy sądowniczej od dwóch pozostałych. Na czym polega jej specyfika.

Pozostałym władzom nie zależało na tym, aby wzmocnić władzę sądowniczą, a ona sama sobie nie chciała pomóc?

Można tak powiedzieć. Napisałam kiedyś artykuł, w którym stwierdziłam, że relacje między trzema władzami są jak przeciąganie liny w trójkącie. Co się zmieni, jeśli jedna pociągnie silniej, a pozostałe nie stawią oporu?

Zmienią się długości boków.

I kąty między nimi.

Dziś władza wykonawcza przy pełnym wsparciu ustawodawczej mocno ciągnie linę. I wygląda na to, że nie chce puścić.

Nie chcę się bawić w proroka, ale sytuacja faktycznie jest dynamiczna. Niewątpliwie obecna większość dąży do poważnej koncentracji władzy, a jej cele nie są do końca jasne.

Czy mają rację ci, którzy mówią, że teraz decyduje się to, do którego kręgu cywilizacyjnego będziemy należeć?

Jest w tym nieco emfazy, ale i sporo słuszności. Jestem pod sporym wrażeniem rozważań Jana Sowy o peryferyjności. Myślę, że decyduje się, czy będziemy wschodnimi peryferiami kultury zachodniej, czy zachodnimi wschodniej.

Mam wrażenie, że wiele problemów, o których rozmawiamy, ciągnie się za nami od lat. O kurczowym przywiązaniu do litery prawa, o jego inflacji, o niskiej kulturze prawnej społeczeństwa pisano już na początku XXI wieku. Jeśli sięgniemy po książki profesorów Zolla, Safjana czy Zielińskiego, to znajdziemy takie głosy bez trudu. Może elity, w tym również elity prawnicze, nie zadbały o lepszy poziom edukacji prawników i całego społeczeństwa? Może zadowoliły się rozwiązaniami naskórkowymi i teraz zbieramy tego owoce?

Z pewnością jest w tym sporo racji. Moje książki na ten sam temat też nie są czytane. Spekulując, można by pewnie zadać jeszcze szersze pytanie: czy my aby nie za szybko chcieliśmy do tej Europy? Być może za wcześnie wprowadzaliśmy, absorbowaliśmy (naskórkowo) europejskie normy i standardy, a społeczeństwo za tym nie nadążało? Ale nie chcę tego rozstrzygać. Zawsze uważałam, że należy myśleć przede wszystkim o tym, co można zrobić tu i teraz.

Czy możemy liczyć na to, że sądy i sędziowie będą poważną przeszkodą w tym dążeniu? Czy będą ciągnąć linę z drugiej strony?

Trzeba przyznać, że wiele symptomów na to wskazuje.

Trybunał Konstytucyjny broni się dzielnie.

Ale nie tylko. Sąd Najwyższy uznał za obowiązujący wyrok Trybunału z 9 marca, ten, o którym egzekutywa pogardliwie mówi jako o „opinii wydanej przy kawie i ciasteczkach”. Zgromadzenia sędziów również wyrażają solidarność z Trybunałem. Zamiast tych abstrakcyjnych uchwał poparcia (trochę mnie one w wypadku sądów uwierają),wolałabym poparcie czynem i głową. Dopiero zobaczymy, jak to będzie wyglądało w sytuacji, w której konkretny sędzia w sądzie okręgowym będzie musiał podejmować decyzje dotyczące tych podstawowych ustrojowych spraw. Tu na pewno wiele zależy od uwarunkowań środowiskowych: czy taki sędzia dostanie silne wsparcie starszych kolegów? Czy prezesi sądów będą chcieli wyciągnąć z sędziów to, co w nich najlepsze?

Może to moment na przyspieszony kurs odwagi i aksjologii dla sędziów i całego społeczeństwa?

Może tak. Należy w każdym razie mieć taką nadzieję.

Ewa Łętowska (1940), profesor nauk prawnych, pierwsza polska Rzecznik Praw Obywatelskich (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002–2011).