dwutygodnik internetowy
26.03.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„Lepiej być obcym w obcym kraju aniżeli we własnym”. Wokół trzech książek Henryka Grynberga

Grynberg stwierdza rzecz następującą: „Nie żałuję, że jestem uchodźcą”. W tym zdaniu zawiera się chyba cała sprzeczność, z jaką żyją wygnani.

grynberg

Pięćdziesiąta rocznica wydarzeń Marca 1968 z pewnością stanowiła jeden z najdogodniejszych momentów we współczesnej historii Polski, aby dokonać całościowego rozliczenia nie tylko z minionymi antysemickimi zajściami z czasów II RP oraz demokracji ludowej, lecz także gwałtownie narastającymi dziś nastrojami ksenofobicznymi. Szansa ta została jednak – mówiąc wprost – zaprzepaszczona. To prawda, że obchodów nie przemilczano, pisano o nich bowiem w najważniejszych mediach krajowych, niemniej nie można powiedzieć, aby sprowokowały one partię rządzącą do wyciągnięcia odpowiednich wniosków. Wręcz przeciwnie. Wraz z początkiem marca 2018 roku – co jest zresztą zbiegiem okoliczności tyleż ironicznym, co po prostu zatrważającym – weszła w życie nowelizacja Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która sankcjonuje „przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką” karą grzywny lub pozbawienia wolności.

Proponowana przez władzę narracja nie tylko sprawia wrażenie zero-jedynkowej i ordynarnie prostej (by nie powiedzieć wręcz: prostackiej), ale przede wszystkim – mówiąc nieco ogólnikowo – nie sprawdza się ona nigdy w przypadku prowadzenia dyskusji oraz kształtowania dyskursów historycznych, których założeniem jest jakikolwiek pluralizm. Ignoruje ona liczne głosy, posiadające już na wstępie niewielką siłę przebicia, przez co stają się niedostrzegalne w szeroko pojętej debacie publicznej. Z tego właśnie względu gest wydawnictwa Czarne, które zdecydowało się w marcu bieżącego roku ogłosić książki Włodka Goldkorna, Jacka Leociaka, Mikołaja Grynbegra oraz Henryka Grynberga i tym samym na nowo rozpocząć dyskusję wokół marginalizowanego przez polityków Marca ’68 , wydaje się tak znaczący i doniosły. Wszystkie dzieła wspomnianych autorów są wszakże (przynajmniej do pewnego stopnia) rozliczeniami z narodem, krajem, ze społeczeństwem czy też z historią, prowadzonymi z odmiennych, nierzadko diametralnie różnych od siebie perspektyw.

Goldkorn buduje swoją opowieść jako historię o (lub: z) postpamięci, będącej pamięcią potomków generacji, która przeżyła zbiorową traumę. Mężczyzna, wygnany z ojczyzny wraz z rodziną w 1968 roku, powraca do Polski po dziesiątkach lat, aby przemierzać ją w poszukiwaniu miejsc Zagłady, gdyż o Szoa, od której wprawdzie minęły już dekady, coraz trudniej zapomnieć. Osobista, pamiętnikarska optyka Goldkorna różni się pod wieloma względami od tej przyjętej przez Leociaka, który – zajmując się w głównej mierze historyczną analizą dobranych przez siebie źródeł oraz ich komentowaniem – opowiada o relacji, jaka występowała pomiędzy Kościołem a Zagładą. Jeszcze inaczej, gdyż polifonicznie, wybrzmiewają książki Mikołaja Grynberga. Do tej pory wydano dwa jego zbiory rozmów, prowadzonych z potomkami ocalonych z Holocaustu oraz z Żydami, którzy zdecydowali się albo na opuszczenie Polski w Marcu ’68, albo na pozostanie w kraju mimo politycznych niedogodności. Warto jednak zauważyć, że dla wielu czytelników oraz czytelniczek najważniejszymi pozycjami w serii opublikowanej przez wydawnictwo Czarne mogą okazać się reedycje książek Henryka Grynberga: „Dziedzictwo” (1993), „Memorbuch” (2000) oraz „Uchodźcy” (2004). Dzieła Grynberga – żydowskiego uchodźcy, emigranta, poety, prozaika i diarysty – zdają się rezonować ze współczesnością właściwe na każdej płaszczyźnie.

Warto przyjrzeć się choćby „Memorbuchowi”: obszerna (i pod wieloma względami eksperymentalna) powieść biograficzna, nawiązująca tytułem do dawnych kronik żydowskich, a także będąca przejmującym opisem wydarzeń marcowych, opowiada nie tylko o cierpieniu narodu żydowskiego, nie tylko – jak pisał Jacek Leociak – o ciągłości jego losu, ale w szczególności o odwiecznej i niezmiennej obecności antysemityzmu, który zdaje się zawsze powracać w odmiennej postaci. Główny bohater omawianej książki, Adam Bromberg, twórca Wielkiej Encyklopedii Powszechnej, zostaje niesłusznie oskarżony o historyczne malwersacje, rzekomo naruszające dobre imię komunistycznej Polski. Państwowe gazety piszą o jego dziele w sposób następujący: „fałszerstwa poczynione w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej są godne wyciągnięcia w stosunku do sprawców najsurowszych konsekwencji” lub „treść niektórych haseł […] nie tylko stoi w rażącej sprzeczności z obiektywną prawdą historyczną, ale […] stanowi wręcz obelgę dla Narodu Polskiego” (s. 278). Przytaczane przez Grynberga cytaty – jak zauważa zresztą sam autor w krótkim artykule opublikowanym na stronie Kultury Liberalnej – są przecież niepokojąco podobne pod względem terminologicznym, leksykalnym oraz semantycznym do fragmentów Ustawy o IPN.

Historia Bromberga kończy się tymczasowym osadzeniem go w więzieniu, a następnie wydaleniem z kraju. W tym bezdusznym akcie exodusu zawiera się chyba cała tragedia wydarzeń Marca ’68, podczas których tysiące osób musiało pod przymusem rozpocząć nowe życie w zupełnie nieznanych sobie realiach. Wygnani nierzadko kwitowali to słowami, jakie wypowiadają na końcu powieści bohaterowie „Memorbucha”: „Nam będzie dobrze […]. Że obco? Lepiej być obcym w obcym kraju aniżeli we własnym” (s. 298). Aktualność powieści Grynberga zawiera się zatem w pytaniu o to, czy tragiczne wydarzenia z lat 60. mają okazję powtórzyć się w dzisiejszej Polsce, choć, rzecz jasna, w innej postaci. Do społeczności żydowskiej przynależy obecnie nie więcej niż dziesięć tysięcy zadeklarowanych osób, wspólnota ta jest zresztą bardzo rozproszona, trudno mówić zatem o bezpośredniej analogii. Antysemickie hasła, które można usłyszeć dziś z ust licznych działaczy politycznych, nie odwołują się więc do żadnej konkretnej mniejszości etnicznej lub narodowej, lecz raczej do fantazmatycznej figury „obcego”, na podstawie której od setek lat buduje się ksenofobiczne oraz nacjonalistyczne narracje, mające na celu „zjednać” społeczeństwo do walki przeciwko wspólnemu wrogowi. Wrogiem tym zaś mogą być zarówno uchodźcy, jak i Polacy, którzy stają w opozycji do partyjnej ideologii nienawiści.

Autor książki, po niemalże dwudziestu latach od jej publikacji, stwierdza rzecz następującą: „Nie żałuję, że jestem uchodźcą”. W tym zdaniu zawiera się chyba cała sprzeczność, z jaką żyją wygnani. Z jednej strony odczuwają ból po stracie ojczystego kraju, dóbr materialnych, rodziny, a nawet własnej tożsamości, z drugiej zaś – traktują emigrację jako możliwość (a może konieczność) rozwoju. O dysonansie tym opowiada druga z omawianych książek Grynberga, „Uchodźcy”. To pokoleniowy portret przedstawiający historie autentycznych ludzi: intelektualistów, pisarzy, poetów, muzyków, a zwłaszcza wiecznych tułaczy, którzy w nierzadko dramatycznych okolicznościach podejmowali decyzję o ucieczce, by następnie, będąc z dala od tego, co znane, szukać jakiegokolwiek azylu na świecie. Bohaterami tej (auto)biograficznej opowieści są między innymi Marek Hłasko, Krzysztof Komeda, ale także Roman Polański – eskapiści z wyboru lub konieczności. Historie te zdają się wartościowe nie tylko jako serie wizerunków najważniejszych polskich artystów, lecz również jako symboliczna opowieść o całej grupie ludzi, która próbowała uratować się od dojmującej alienacji w tworzonej przez siebie sztuce.

Można domyślać się – choć trudno powiedzieć, czy taki sąd jest rzeczywiście zasadny – że z podobnego powodu Grynberg zdecydował się stworzyć najbardziej wstrząsające z omawianych w niniejszym tekście dzieł: niewielką książeczkę zatytułowaną „Dziedzictwo”. Składa się ona właściwie wyłącznie z dialogów, których zapis dokonany był podczas kręcenia dokumentalnego filmu „Miejsce urodzenia” Pawła Łozińskiego.

„Dziedzictwo” jest quasi-detektywistyczną opowieścią, lub raczej historycznym śledztwem, które Grynberg prowadzi w, tytułowym dla filmu, miejscu swojego urodzenia, Radoszynie – niewielkiej mazurskiej wsi. To właśnie tam podczas II wojny światowej brutalnie zamordowany został jego ojciec oraz półtoraroczny braciszek. Wielogodzinne, emocjonalne rozmowy i dociekania pozwalają pisarzowi dowiedzieć się, kto odpowiada za zabójstwo członków jego rodziny, zaś zwieńczeniem skomplikowanych (zarówno materialnie, jaki i emocjonalnie) poszukiwań staje się ekshumacja zwłok ojca. Scena rozkopywania grobu – bez wątpienia zatrważająca – nie okazuje się jednak najbardziej przejmująca. To raczej rozmowy, które prowadzi Grynberg, a także reakcje przepytywanych chłopów okazują się pod każdym względem zaskakujące dla odbiorcy. Odpowiedzi na pytania Grynberga jest wiele: niektórzy próbują tuszować morderstwo oraz oszukać pisarza, że wcale nie miało miejsca; inni – jak pisze w posłowiu do książki Grynberg – kłamią, że pomagali i próbowali pomagać rodzinie pisarza, jeszcze inni zaś chcą wyjawić nazwisko zabójcy, jednak boją się linczu. We wsi, choć minęło niemalże pięćdziesiąt lat, niechętnie mówi się o bestialskiej zbrodni, która miała miejsce podczas II wojny światowej, a pewne tabu wydają się niemożliwe do przełamania. Autor „Dziedzictwa” musi zatem odsiewać kłamstwa od prawdy, zastanawiać się nad każdym usłyszanym zdaniem, a następnie konfrontować je z tym, co zdołał zapamiętać z dzieciństwa: miesiące krycia się w lesie, przemykanie w środku nocy między domami w poszukiwaniu jedzenia, uciekanie przed niemieckimi żołnierzami oraz polskimi szabrownikami i bandytami. Zresztą to właśnie o pamięć walczy Grynberg; pamięć nie tylko o swojej rodzinie oraz jej krzywdach, ale – mówiąc ogólniej – o krzywdach dokonanych na żydowskim narodzie.

Mając powyższe na uwadze, nie będzie kontrowersyjne stwierdzenie, że zarówno film Łozińskiego, jak i książka Grynberga (choć należałoby raczej powiedzieć: wszystkie omawiane w niniejszym artykule książki) pokazują, jak mało jest prawdy w dzisiejszej polityce historycznej prowadzonej przez polski rząd. Konstruowana od długich miesięcy narracja nie tylko wyraźnie oddziela się od tego, co faktycznie miało miejsce w przeszłości, nie tylko niepotrzebnie boleśnie przypomina ofiarom o tym, co je spotkało, ale także wydaje się dyplomatyczną, polityczną oraz moralną kompromitacją, która już raz – jak udowadniają „Uchodźcy”, „Memorbuch” oraz „Dziedzictwo” – miała miejsce. „Polska mogłaby mieć dużo przyjaciół w świecie, gdyby chciała” – pisze Grynberg w „Uchodźcach” (s. 145). Tak jednak nie jest. Obecne działania rządu skutecznie czynią z Polski kraj wyobcowany na arenie międzynarodowej; kraj, który od setek lat cechuje tożsamościowa infantylność, mitomania oraz nieznośny egotyzm. Prozaik dodaje na końcu swojego krótkiego artykułu: „Ustawodawcy wybrani w legalny sposób są w stanie popsuć Polsce reputację bardziej niż komunistyczni, podważyć jej status, przynależność do obozu państw demokratycznych, odizolować ją lub oddalić od najważniejszych sojuszników […]”.

Właśnie o tym zdają się mówić wszystkie książki Grynberga, choć odczytanie to możliwe jest tak naprawdę dopiero od niedawna – o tym, jak nie dopuścić do powtórzenia aktu wygnania (zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i metaforycznej), który dla wielu polskich Żydów stanowił jeden z najtragiczniejszych momentów ich życia. Dzieła Grynberga, aktualne właściwie od zawsze, dziś okazują się jednymi z najważniejszych prób odpowiedzi na pytanie o to, co należy zrobić, aby nie zostać zapamiętanym tak, jak zapamiętane są w dzisiejszej świadomości społecznej poprzednie pokolenia. Przede wszystkim – mówi Grynberg – należy jak najszybciej dokonać gestu zaakceptowania tego, co minione.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Bagaż niepokoju