dwutygodnik internetowy
17.10.2016
magazyn papierowy


Lekcja życia Jaśka z Ossego

Ksiądz Jan Zieja to postać, o której pamięć potrzebna jest nie tylko polskiemu Kościołowi, ale całemu społeczeństwu. Żyjąc Ewangelią, łączył zwaśnione strony, skrajnie odmienne idee i poglądy. Jego nieustanne dążenie do pokoju i dialogu zdaje się dziś szczególnie ważną inspiracją, nie tylko dla wierzących.

ilustr.: Ania Libera

ilustr.: Ania Libera

W przeddzień 25 rocznicy śmierci księdza Ziei obraz stosunków społecznych w Polsce nie napawa optymizmem. Fale protestów związanych z działaniami rządu, prócz bycia świadectwem wzrostu świadomości politycznej, uwidaczniają umacnianie się podziałów i konfliktów. Rocznice historyczne czy zdarzenia losowe, jak niedawna śmierć Andrzeja Wajdy, są wykorzystywane jako punkt zapalny dla sporów i tworzenia obozów. Dychotomia My–Oni jest narzędziem walki politycznej w rękach niemal wszystkich ugrupowań czy ruchów społecznych. Jak powiedział prof. Jerzy Eisler, „[…] w ramach debaty wyznaczanej przez tych, którzy chcą stawiać pomniki, i tych, co chcą je obalać, nie ma miejsca na dyskusję o faktach – choćby bolesnych – i stawianie pytań”.

Stawianie pytań, dążenie do prawdy i sprawiedliwości, a także stawianie ich ponad jakiekolwiek grupowe interesy to postawy charakteryzujące życie księdza Jana Ziei. Był im wierny zarówno jako członek „Wici”, kapelan Szarych Szeregów, jak i członek-założyciel KOR-u. Na łamach „Kontaktu” Jacek Moskwa, autor wywiadu-rzeki z księdzem Zieją, określił go jako „kontestatora”, z kolei Jerzy Klukowski pisał: „To nie był ksiądz, który posiadał prawdę i miał innych o niej pouczać. To był człowiek, który nieustannie prawdy szukał”. Szukał jej w przeróżnych ugrupowaniach, związkach, stowarzyszeniach, reprezentujących często skrajnie odmienne ideologie, z żadną z nich nie wiążąc się jednoznacznie, będąc wiernym nawet nie Kościołowi, lecz wyłącznie Chrystusowi. W tych poszukiwaniach Jasiek z Ossego – jak mówił o sobie – jednoczył i inspirował wielu ludzi. Dziś, gdy tej inspiracji i zjednoczenia wydaje się szczególnie brakować, warto przypomnieć sobie dzieło jego życia. Nie chcę jednak – i nie śmiem – stawiać sobie za cel spisania kolejnej biografii księdza Ziei, zamiast tego podejmuję próbę odszukania w niej drogowskazów dla współczesnej Polski.

Dobry ksiądz

Zasadniczą osią jego życia była posługa kapłańska, którą pełnił do ostatnich dni jako duchowny diecezjalny. To „zwykłe” kapłaństwo w wydaniu księdza było jednak zupełnie niezwykłe. „Nie ma na tej sali większego antyklerykała niż ja” – mówił do obradującego nad wpisaniem antyklerykalizmu do deklaracji ideowej tłumu zebranego na krajowym zjeździe „Wici”. „Ksiądz ma głosić słowo Boże, a nie decydować o sprawach gospodarczych, szkolnych i tak dalej”. Jackowi Moskwie zaś tłumaczył: „Oni nie chcieli odejścia od Kościoła, a tylko tego, żeby Kościół realizował to, do czego jest powołany, nie zaś politykę mocarzy świata”.

Kapłaństwo księdza Ziei wyróżniało się na tle działalności ówczesnego duchowieństwa, wyprzedzało swoje czasy. Ubóstwo, sprzeciw wobec brania pieniędzy za posługi czy otwartość na inne wyznania i religie były zasadami, które opierał bezpośrednio na Ewangelii, dziesiątki lat przed II Soborem Watykańskim czy narodzinami „teologii wyzwolenia”. Niedawne słowa papieża Franciszka napominającego w czasie Światowych Dni Młodzieży biskupów, że „cennik za sakramenty to barbarzyństwo” wywołały w Polsce pewne kontrowersje. Problemami Kościoła wciąż bywają także dialog z innymi wyznaniami chrześcijańskimi, z żydami, z muzułmanami, czy też stosunek kleru do innych niż prawicowe ugrupowań politycznych. Problemy te były obce księdzu Ziei. Długo zajęłoby wymienienie wszystkich podejmowanych przez niego w ramach służby kapłańskiej działań na rzecz dialogu z judaizmem i prawosławiem, wspierania najuboższych i wykluczonych, niezależnie od ich afiliacji religijnej. Działania, co warto zaznaczyć, niemal zawsze skuteczne, zjednujące mu nie tylko wiernych, lecz także przeciwników Kościoła. Znana jest anegdota z czasów posługi Ziei w Radomiu, gdzie na murze jego domu ktoś napisał „Tu mieszka dobry ksiądz”. Nierzadko napotykał on co prawda opór ze strony przełożonych, jednak pęd ku życiu Ewangelią był dla księdza Ziei istotniejszy niż te przeszkody. Mówiąc o dzisiejszych problemach kapłanów, ale też świeckich, którzy nie mogą odnaleźć dla siebie miejsca w Kościele instytucjonalnym, warto pamiętać o takiej kontestacji, której celem nie jest bunt dla buntu czy zdobycie pozycji, a jedynie zachowanie wierności Ewangelii.

Niczyj patron

Szukając porozumienia i dialogu, ksiądz Zieja wiązał swe losy z różnymi organizacjami o różnych profilach ideologicznych. Poza wspomnianymi już Wiciami należał do Żegoty, związany był z Armią Krajową i Szarymi Szeregami, tworzył środowisko skoncentrowane wokół zakładu w Laskach, wreszcie był jednym ze współzałożycieli KOR-u. Choć dziś postrzegany jest często jako patron lewicy katolickiej, to jednak nie sposób przyporządkować go do żadnej z opcji politycznych czy – szerzej – ideologicznych. Był autorytetem zarówno dla środowiska „Tygodnika Powszechnego”, jak i dla Bolesława Piaseckiego. Choć współpracował z opozycją, to w jego obronie osobiście wstawiał się Józef Cyrankiewicz. Radykalizm, bezkompromisowość księdza Ziei, a jednocześnie ogromna pokora i szacunek dla drugiego człowieka pozyskiwały mu przyjaciół i uczniów, choć jednocześnie nie pozwalały związać się z żadnym środowiskiem na wyłączność, postawić ponad Ewangelię czyichkolwiek partykularnych interesów.

Miłość do bliźniego traktował niezwykle poważnie. Gdy przyszli po niego funkcjonariusze SB, aby wyciągnąć zeznania, zaczął ich ewangelizować. Być może jeszcze większą odwagą wykazywał się, gdy w czasie powstania warszawskiego nauczał o braterstwie z narodem niemieckim i miłości do nieprzyjaciół. Z kolei po aresztowaniu kardynała Wyszyńskiego ksiądz Zieja wygłosił słynne już kazanie, w którym krytykował polskie duchowieństwo za brak reakcji. Pozostając wiernym sługą Kościoła, szczerym patriotą, zaangażowanym społecznikiem, nigdy nie pozwolił żadnej z tych etykiet czy tożsamości wejść w drogę nauczaniu Ewangelii. Spotkanie z drugim człowiekiem było dla niego dialogiem, spotkaniem Ja z Ty. Dana przez niego dziełem życia lekcja szacunku, a także otwartości, nie będącej jednak w żaden sposób relatywizmem, jest dowodem na to, że nie ma takich okoliczności, w których przykazanie miłości do bliźniego przestaje obowiązywać.

ilustr.: Ania LIbera

ilustr.: Ania Libera

Sługa pokoju

Mówiąc o przykazaniach, przejdźmy na koniec do najdonioślejszego chyba paradoksu biografii księdza Ziei – połączenia jego interpretacji piątego przykazania z posługą kapłańską w wojsku. Jeszcze przed II wojną światową doszedł do przekonania, że od nakazu „Nie zabijaj” nie ma nigdy wyjątków. Wierzył, że potępienie wszelkich form zabijania powinno być oficjalną doktryną Kościoła, w tym celu odbył nawet pieszą pielgrzymkę do Watykanu. Choć w swoich poglądach okazał się odosobniony, nigdy ich nie porzucił. W tym kontekście jego służba w Szarych Szeregach jawi się jako jeszcze większe wyzwanie. Człowiek, który deklarował, że w świecie nie ma wrogów, a jedynie braci, został spowiednikiem młodych żołnierzy, którym zabijanie wydawało się koniecznością.

Wyjście z tego paradoksu, zamknięcia między służbą ludziom i ojczyźnie a wiernością własnemu poczuciu moralności znaleźć można w jednym z kazań wygłoszonych przez księdza Zieję podczas powstania warszawskiego. Mówił on do żołnierzy, a właściwie wraz z nimi: „Nie umiemy Cię, Chryste, wyznać czystym czynem, dobrym, ale nosimy w sobie pragnienie tego. Spodziewamy się, że kiedyś, kiedyś, kiedy Duch Twój wzbudzi takich waleczników, że broń ich będzie jasna, czysta, bez żadnej przymieszki mroku i zła”. Odczytać z tych słów można głębokie przekonanie, że życie Ewangelią jest powołaniem każdego chrześcijanina, jednak jest jednocześnie wyzwaniem, z którego realizacji sądzić może jedynie Bóg. „Muszę uszanować sumienie każdego człowieka. Każdy odpowiada za siebie, tak samo jak ja. […] wszyscy odpowiadamy przed Chrystusem, jak Go zrozumieliśmy” – mówił ksiądz Zieja Jackowi Moskwie. „Boże szaleństwo” nie dawało mu nigdy moralnej wyższości, prawa do potępiania i sądzenia na ziemi tych idących inną drogą. Gdy dochodzi do konfliktu sumienia, gdy pojawiają się wątpliwości dotyczące tego, co etyczne, moralne, najważniejszym punktem odniesienia dla wierzącego staje się indywidualna relacja z Jezusem. Choć troska o bliźnich, chęć pomocy im w życiu Ewangelią skłania do pouczeń, dzielenia się umocnioną wiarą perspektywą, to ostatecznie wyboru nie można dokonać za kogoś. Co więcej nawet gdy będzie on wydawał się niesłuszny czy niemoralny, to wciąż ten ktoś pozostaje siostrą i bratem. „Powiedziano nam nie tylko „nie zabijaj”, ale nawet „nie gniewaj się na swojego brata” – to mnie wiąże. […] Przecież Chrystus przyszedł nie do sprawiedliwych, którzy wszystkie prawa zachowują, tylko do grzeszników” – te słowa księdza Ziei są jednymi z najważniejszych zapisów w testamencie jego życia.