dwutygodnik internetowy
06.10.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Lekcja (a)historii

Najnowsze filmy historyczne stwarzają wrażenie, że wojna to wielka gra komputerowa, w której do Niemców strzela się jak do kaczek, a krew leje się strumieniami. Tymczasem z prawdziwej wojny wylogować się nie można.

Każda okrągła rocznica ważnego wydarzenia historycznego jest okazją nie tylko do przypomnienia jego znaczenia i upamiętnienia jego bohaterów, ale też do organizacji szeregu imprez towarzyszących, często bardzo luźno powiązanych z upamiętnianymi zdarzeniami. Filmy historyczne są szczególną formą takiego upamiętnienia – jednak współczesne kino polskie niezbyt dobrze sobie z tego typu wyzwaniami radzi.

 

Przy ostatniej, siedemdziesiątej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego mogliśmy jak w soczewce obserwować tego rodzaju zjawisko. Konkurs dla szafiarek, gry miejskie, koncerty, książki czy w końcu głośna premiera filmu „Miasto 44”. Łączy je tematyka i deklarowany cel – upamiętnienie zrywu mieszkańców Warszawy i przekazanie wiedzy o tym wydarzeniu młodszym pokoleniom. Cel, warto podkreślić, szczytny. Trzeba jednak zastanowić się nad tym, czy wszystkie te działania naprawdę służą jego osiągnięciu i, szerzej, jakie w ogóle cele stawiamy przed wszelkiego rodzaju inicjatywami związanymi z upamiętnianiem historii. Bez tego typu refleksji filmy historyczne pozostaną jedynie dziełami o tematyce historycznej, a nie narzędziem polityki historycznej i edukacji, które pozwoliłoby na kształtowanie postaw obywateli i odpowiednie upamiętnienie wydarzeń z przeszłości.
 
Lipcowa premiera „Miasta 44” odbyła się na Stadionie Narodowym. Jak słusznie zauważyła Iwona Kurz w recenzji filmu opublikowanej w „Dwutygodniku”, został on przygotowany na stadion i z nastawieniem na stadionowy efekt. Czyli: dużo efektów specjalnych, dużo krwi, wartka akcja i bohaterowie, z którymi młodzi ludzie powinni móc się utożsamić. Czego chcieć więcej? Film Komasy stworzony został w podobnym stylu co, szeroko komentowane kilka miesięcy temu, „Kamienie na Szaniec” Roberta Glińskiego, a także serial TVP o Cichociemnych zatytułowany „Czas Honoru”, którego siódma seria poświęcona jest powstaniu warszawskiemu. Wszystkie trzy produkcje podnoszą zbliżoną tematykę, używając podobnej estetyki, co czyni je dobrym materiałem do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób opowiada się w Polsce o doświadczeniu wojennym i jaki obraz wojny przedstawia się młodym widzom.
 
Współczesne polskie kino historyczne komercjalizuje się (świadczy o tym chociażby data premiery „Miasta 44” – 19 września – skierowana do wycieczek szkolnych), a jednocześnie dostosowuje do potrzeb komunikacyjnych młodego widza, upodabniając estetykę do tej znanej z gier komputerowych oraz upraszczając przekaz. Cel, jaki stawiają sobie autorzy tych produkcji, poza czysto komercyjnym, jest na pewno ukierunkowany na edukację i swego rodzaju politykę historyczną. Po pierwsze, politykę upamiętniania wydarzeń, nastawioną na przedstawianie tego, co się działo. Po drugie, ważna wydaje się być też polityka edukacji historycznej, skupiająca się na budowaniu określonych postaw w oparciu o wzorce z przeszłości. Oba cele wydają się być chlubne, ich realizacja pozostawia jednak wiele do życzenia i sprawia, że ważny przekaz edukacyjny ginie w nagromadzeniu efektów specjalnych i słabo napisanej fabule.
 

Jak zatem pokazać w filmie wojenną rzeczywistość, aby widz wyszedł z kina z lepszym zrozumieniem realiów życia w tamtych czasach? Czy dobrą drogą jest skrajny realizm, niemalże naturalistyczne sceny, w których krew leje się z nieba (scena wybuchu czołgu-pułapki w „Mieście 44”)? Na pewno efekt wstrząśnięcia widzem zostaje osiągnięty. Jednak czy w czasach, w których wybuchy, strzelaniny rodem z gier komputerowych i lejąca się strumieniami krew są obowiązującą estetyką wszystkich filmów akcji, robi to jeszcze na nas wrażenie? Istnieje ryzyko, że te wstrząsające obrazy zostaną odebrane przez widzów tak, jak zwykle odbierane są w filmach – jako część fikcyjnej rzeczywistości, a nie obraz prawdziwych zdarzeń. Warto przywołać tu przykład innego filmu poświęconego tematyce powstania, który wszedł na ekrany w maju i został zmontowany w całości z powstańczych kronik. W „Powstaniu warszawskim” nie ma wcale tak wielu drastycznych scen, a jednak robi on o wiele większe wrażenie – być może ze względu na świadomość prawdziwości tych scen. Wiemy przecież, że jeśli widzimy nagrane na taśmie ciała ludzi przysypanych przez gruzy kamienicy, to są to realni ludzie, którzy umarli n a p r a w d ę. „Miasto 44” jako film fabularny nie może skorzystać z tej przewagi i w związku z tym jego autorzy powinni dużo ostrożniej szafować krwią i efektami specjalnymi. Paradoksalnie, ich mnogość wcale nie pomaga w zrozumieniu tragedii powstania, a jedynie oddala nas od doświadczenia jego uczestników, stawiając ich gdzieś wśród bohaterów znanych nam filmów akcji. Nie o to chodzi nam jednak, jeśli chcemy przekazać wiedzę na temat prawdziwych wydarzeń historycznych.
 
Jednym z dylematów, przed jakimi stają wszyscy twórcy filmów historycznych, szczególnie takich jak „Miasto 44”, które pokazują rzeczywistość dużych i wielowątkowych wydarzeń, jest napisanie takiego scenariusza, który jednocześnie spełniałby wszystkie wymagania sztuki filmowej i pokazywał jak najlepiej całość opisywanego problemu. Celem jest przekazanie na dwóch godzinach taśmy filmowej jak największej ilości wątków, wydarzeń, tak aby widz wyszedł z seansu z lepszą wiedzą na ten temat. Niestety jest to zadanie karkołomne i zdecydowanie nie powiodło się autorom „Miasta 44”. Próbowali oni jednocześnie pokazać historię 63 dni powstania, uwzględniając najważniejsze wydarzenia, takie jak na przykład wyzwolenie Gęsiówki, wybuch czołgu-pułapki, upadek Starówki, przejście kanałami, powstańczy ślub itd. Próbując to osiągnąć, zapomnieli o zastanowieniu nad ich znaczeniem. Żadnemu z nich autorzy filmu nie poświęcają dłuższej refleksji. Powstańczy ślub wydaje się być decyzją powzięta pod wpływem chwili, a udzielający go ksiądz nie pyta nawet, jak długo przyszli państwo młodzi znają się nawzajem, co stwarza fałszywą iluzję, że tego typu wydarzenia były w powstaniu na porządku dziennym. Podobnie z hiperrealistyczną sceną wybuchu czołgu na Starówce. Widzimy zdobycie przez powstańców pojazdu, radość, a następnie lejącą się z nieba krew i panikę. Widz, który nie posiada dużej wiedzy na temat przebiegu powstania, zwyczajnie nie zrozumie tego, co właśnie wydarzyło się na ekranie. W ten sposób ważne wydarzenia, które mogłyby nieść ze sobą wiele wartościowych informacji na temat realiów życia w powstańczej Warszawie, zostają spłycone i wyrwane z historycznego kontekstu. Tracą swój walor edukacyjny, przybliżając się raczej do scen rodem ze średniego kina akcji i w ten sposób utrudniając widzowi zrozumienie znaczenia przedstawianych wydarzeń.
 
Wartość edukacyjna filmu historycznego czyni go również narzędziem polityki edukacji historycznej, związanej z budowaniem w społeczeństwie wzorców postaw. Bohaterowie powstania warszawskiego idealnie nadają się do postawienia za wzór, szczególnie jeśli chcemy kierować przekaz do młodych ludzi, dlatego bardzo ważne staje się pytanie o to, w jaki sposób pokazywać ich bohaterstwo. Widoczny w polskim kinie staje się szczególnie dylemat „bić się czy nie bić”, z którym mierzą się bohaterowie wszystkich produkcji poświęconych czasom okupacji. Niezwykle trudne okazuje się pokazanie na ekranie wątpliwości i rozterek młodych ludzi, zmuszonych do podejmowania tych trudnych decyzji, unikające jednocześnie odebrania ich czynom heroizmu czy podważania ich odwagi. O ile kiedyś polscy filmowcy umieli znaleźć równowagę między tymi dwoma skrajnościami (warto przypomnieć chociażby „Kanał” Wajdy czy „Akcję pod Arsenałem”), to współczesne kino historyczne zupełnie sobie z tym problemem nie radzi.
 
Mamy więc albo dzielnych cichociemnych z „Czasu honoru”, którzy bez zastanowienia wykonują nawet najgłupsze akcje, nie zachowując żadnych zasad konspiracji czy chociażby zdrowego rozsądku (paradowanie z bronią po ulicach Warszawy na dobre kilka godzin przed Godziną „W” czy widowiskowa akcja ataku z nożem na stanowiska karabinów – zakończona, oczywiście, sukcesem), albo bohaterów „Miasta 44” czy „Kamieni na Szaniec”, u których widzimy jedynie wątpliwości i strach. To zastrzeżenie nie oznacza oczywiście, że należy nie pokazywać dylematów moralnych czy zwykłego ludzkiego strachu uczestników powstania. Jednak twórcy omawianych przeze mnie filmów zapominają o jednej, kluczowej dla zrozumienia tych problemów, sprawy. Ich bohaterowie idą do powstania właściwie bez powodu, ewentualnie po to, żeby się po prostu bić. Brakuje im ideałów, refleksji nad wartością walki i sensem oddawania życia za ojczyznę. W ten sposób umyka najważniejsza cecha, charakteryzująca młodych ludzi, którzy wzięli udział w powstaniu – głęboki idealizm i jasno określona hierarchia wartości, która zostawia miejsce na wątpliwości, ale jednocześnie jasno określa granice tego, co należy robić. To właśnie te ideały powinny być w filmach historycznych podkreślane, bo to one pozwalają przekazać pożądane postawy, wypełniając cele polityki edukacji historycznej. I właśnie tego brakuje w „Mieście 44”, spłycając jego przekaz i wyrywając jego bohaterów z kontekstu historycznego, który jest kluczowy dla zrozumienia ich działań i decyzji.
 

Historia to trudny materiał filmowy, szczególnie, jeżeli chcemy stworzyć na jej podstawie film fabularny, a nie ekranizować opowiadania albo czyjeś wspomnienia. Wydarzenia historyczne są zawsze skomplikowane, wielowątkowe i często mają zupełnie inny wydźwięk, jeśli spojrzymy na nie oczami innych bohaterów. Każde uproszczenie, niezbędne przy pisaniu scenariusza, jest szkodliwe z punktu widzenia „prawdy historycznej”. Dlatego nie o wszystkim można stworzyć dobry film historyczny i twórcy powinni być świadomi tych ograniczeń. Niestety „Miasto 44” to idealny przykład tego, że nie da się w dwóch godzinach zmieścić wszystkich informacji o tak ważnym wydarzeniu, zachowując jednocześnie estetykę dostosowaną do potrzeb komunikacyjnych młodego widza i utrzymując w miarę ciekawą fabułą. Skoro nie można w ten sposób zrobić filmu o historii, to może lepiej w ogóle nie próbować? Może lepiej skupić się na zrobieniu dobrego, merytorycznego filmu o jakimś wycinku historii powstania? Byłaby to na pewno duża korzyść dla szeroko rozumianej wartości edukacyjnej takiej produkcji.
 
Wiele osób zbywa argumenty dotyczące ahistoryczności w filmie Komasy, ale też w „Czasie honoru”, „Kamieniach na Szaniec” i innych tego typu produkcjach, tym, że nie chodzi o dokładne odtworzenie historycznych realiów, ale o to, aby młodego widza zainteresować czy też pokazać mu bohaterstwo. Warto jednak zastanowić się, jakie skutki może mieć to ciągłe obniżanie standardów. Ryzykujemy nie tylko banalizację czy przekazanie fałszywego obrazu wojny, ale też przede wszystkim wytworzenie wśród młodych ludzi poczucia, że wojna to tak naprawdę wielka gra komputerowa, w której do Niemców strzela się jak do kaczek, krew leje się strumieniami, a na koniec wychodzimy z kina czy wyłączamy komputer i wracamy do codziennego życia. Z prawdziwej wojny wylogować się nie można.

 

O filmie „Miasto 44″ pisał już dla nas (pochlebnie) Jędrzej Dudkiewicz. Tekst znajdą Państwo tutaj.

 

Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.

 
Magazyn „Kontakt” to nie tylko internetowy tygodnik, ale także papierowy kwartalnik. Zachęcamy do lektury. Można go nabyć m.in. w prenumeracie.