dwutygodnik internetowy
21.01.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Lekarze bez kontaktu

Co jest przyczyną problemów w komunikacji między lekarzami a pacjentami? To coś znacznie więcej niż „znieczulica” medyków czy „roszczeniowa postawa” chorych. To wielka luka w systemie edukacji medycznej.

ilustr.: Julia Chibowska

ilustr.: Julia Chibowska

Tekst pochodzi z 38. numeru papierowego magazynu „Kontakt” pod tytułem „Zdrowie bez recepty”.

ZAMÓW NUMER

„Lekarz poświęcił mi trzy minuty”. „Pielęgniarki traktowały mnie jak zło konieczne”. „Lekarka sugerowała, że histeryzuję”. Fora internetowe są pełne komentarzy opisujących podobne doświadczenia. Wielu lekarzy kończących studia potrafi trzymać w ręce skalpel, ale nie dostało szansy, by nauczyć się prawidłowego komunikowania się z pacjentami z i ich bliskimi. Nie wiedzą, że pacjentowi trzeba się przedstawić, używają skomplikowanych sformułowań medycznych i nie potrafią sprawdzić, ile pacjent z tego zrozumiał. Pytam znajomych: „Czy macie trudne doświadczenia z lekarzami? Takie, w których zawinił brak komunikacji?”. „Chyba każdy przeżył coś takiego – słyszę w odpowiedzi. – Ty nie?”.

Ściana

Luty 2017 roku. Jestem w szóstym miesiącu ciąży. Podczas rutynowego badania USG coś zaniepokoiło mojego lekarza. Umówił mnie na konsultację u znanego specjalisty w jednym z warszawskich szpitali. W gabinecie siedzi kilka studentek, dwie pielęgniarki i młody lekarz, który zaprasza mnie na leżankę. To on przeprowadza badanie. Kiedy kończy, okazuje się, że „właściwy” lekarz przez cały czas był w pokoju za ścianą. Przychodzi zinterpretować wyniki. „Wszyscy widzimy, że jest źle” – mówi. Potem dodaje kilka zdań, których nie rozumiem. „Co to znaczy?” – pytam. Studentki spuszczają głowy, gmerają w telefonach. Pielęgniarka notuje coś przy biurku. „Nic więcej nie mogę powiedzieć. Czy zgadza się pani na aminopunkcję?” – pyta lekarz. Ani razu nie spojrzał mi w oczy, patrzy na ekran albo na brzuch. I dodaje: „25. tydzień, więc już za późno”. Dopiero po chwili orientuję się, że to ostatnie zdanie odnosi się do potencjalnej terminacji ciąży.

Po aminopunkcji pielęgniarka przygotowuje dla mnie skierowania. „Jeszcze do psychologa” – prosi lekarza. „A po co?” – pada odpowiedź zza ściany. „Doktor (tu pada nazwisko młodszego lekarza) sugerował”. „No dobrze” – słyszę. Zbieram z biurka wszystkie papiery. Na skierowaniu do psychologa pielęgniarka przyczepia zszywaczem ulotkę hospicjum prenatalnego. Druga przelewa w tym czasie mój płyn owodniowy do próbówki, wkłada ją do jednorazowej rękawiczki i wręcza mi ją ze słowami: proszę to sobie wsadzić za stanik i zawieźć na genetykę do Instytutu Matki i Dziecka. „Gdzie mam to sobie wsadzić?” – pytam zaskoczona i prawie wybucham śmiechem. „Materiał musi być trzymany w cieple” – odpowiada pielęgniarka. Studentki odprowadzają mnie wzrokiem.

W samochodzie wybucham płaczem. Mój mąż dzwoni do zaprzyjaźnionej profesor neonatologii. Jeszcze wielokrotnie będziemy pytać ją o każdy niepokojący nas objaw. A co z rodzicami, którzy w swoich telefonach nie mają takiego numeru? Ta profesor powie mi: „Na tej historii studenci medycyny powinni się uczyć, jak nie postępować z pacjentką”.

Ćwiczenia z rozumienia

W 2016 roku Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) porównała czas, który przeciętny lekarz poświęca swoim pacjentom w różnych krajach. Polska znalazła się daleko w tyle między innymi za Wielką Brytanią, Estonią, Holandią, Czechami i Belgią, w której aż 97,5 procent pacjentów twierdzi, że lekarze poświęcają im wystarczająco dużo czasu. Polacy nie czują się również włączani w proces decydowania o przebiegu leczenia: na czternaście wziętych pod uwagę krajów Europy Zachodniej jesteśmy na ostatnim miejscu. W badaniu sprawdzającym, czy zdaniem pacjentów lekarze udzielają zrozumiałych wyjaśnień, Polska także zamyka listę. I wreszcie – tylko 33,6 procent Polaków zadeklarowało, że lekarze dają pacjentom możliwość zadawania pytań i przedstawiania wątpliwości. Dla porównania, w Belgii taki pogląd wyraziło aż 97,7 procent ankietowanych.

Do niedawna w programach nauczania większości szkół medycznych w Polsce próżno było szukać zajęć poświęconych kompetencjom komunikacyjnym. Jeśli były – to figurowały jako zajęcia nieobowiązkowe. Studenci nie mieli nawet szansy, by nabyć czy trenować te umiejętności. Na szczęście – idą zmiany. Ich inicjatorzy potrafią patrzeć w dobrym kierunku, najczęściej na Zachód i na Północ, gdzie nauczanie komunikacji zostało wprowadzone na uczelniach medycznych jakieś dwadzieścia-trzydzieści lat temu.

Na własnej skórze

„Medycyna jest w dużej mierze zawodem rzemieślniczym. Uczymy się przez naśladownictwo. Studenci przejmują od starszych kolegów i koleżanek metody pracy, sposoby radzenia sobie ze stresem i postępowania z pacjentami” – tłumaczy Anna Kocurek, radiolożka, nauczycielka akademicka i współtwórczyni przedmiotu Laboratoryjne Nauczanie Umiejętności Klinicznych. To nowy, czteroletni kurs na Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przyszli lekarze i lekarki uczą się na nim między innymi tego, jak poprawnie zebrać wywiad medyczny, jak komunikować się z pacjentami i ich bliskimi oraz jak przekazywać informacje medyczne – także te złe. Część zajęć odbywa się z udziałem aktorów odgrywających role chorych lub ich bliskich. Studenci mają też zajęcia w tak zwanej sali symulacji wysokiej wierności. To przestrzeń, która dobrze oddaje realia pracy na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. „Uczymy, że komunikacja medyczna nie jest enigmą – komentuje Kocurek. – Pokazujemy, że istnieją stosunkowo proste narzędzia komunikacyjne. I one, wraz z odpowiednim nastawieniem i wiedzą medyczną, pomogą tym młodym ludziom zrealizować marzenia o byciu dobrymi lekarzami”.

Anna Kocurek zainteresowała się komunikacją medyczną po tym, jak sama zachorowała na nowotwór. „Lekarze nie potrafili wprost poinformować mnie o trudnych sprawach – opowiada. – Unikali konfrontacji, nie radzili sobie z własnymi emocjami. Zarazem chcieli mnie dowartościować jako lekarkę i włączali mnie w proces leczenia. Byłam kompletnie zagubiona”. W końcu pojechała na konsultację u wybitnej specjalistki w Londynie. „Przeżyłam szok – wspomina. – To była pierwsza osoba, która odpowiadała mi wprost na zadane pytania. Pomyślałam: «To tak się da!». Po powrocie do pracy powiedziałam moim przełożonym na Collegium Medicum, że musimy uczyć naszych studentów i studentki, jak komunikować się z pacjentami. Odpowiedzieli: «Zrób to!»”. Pierwszy semestr zajęć, w których rozszerzono wątki komunikacji medycznej, ruszył w 2013 roku. Do zespołu wykładowców dołączały kolejne osoby, a począwszy od 2014 roku program uległ wydłużeniu o kolejne semestry.

Metoda

Jednym ze współtwórców krakowskiego programu jest Stanisław Górski. Na przełomie 2013 i 2014 roku pracował dla Lekarzy bez Granic w Sierra Leone. Był odpowiedzialny za modernizację i przeszkolenie pediatrycznego oddziału ratunkowego. „Dziennie umierało tam od pięciorga do siedmiorga dzieci. Krzyk zrozpaczonych bliskich było słychać w całym szpitalu – opowiada Górski. – Była jednak pewna różnica pomiędzy tym, jak na wiadomość o śmierci dziecka reagowali bliscy, którzy dowiadywali się o tym późniejszym popołudniem, a jak ci, których dziecko umierało przed godziną 15. Ci drudzy wydawali się w swoim bólu bardziej ukojeni, spokojniejsi. Działo się tak za sprawą jednego człowieka, którego dyżury kończyły się właśnie o 15. Pochodził ze Sierra Leone, skończył ledwie szkołę podstawową. Po wojnie domowej pracownicy zachodnich organizacji pozarządowych przeszkolili go w zakresie metod pracy z osobami po traumie. I ten człowiek, nie mając żadnych studiów medycznych i stosując bardzo konkretne narzędzia komunikacyjne, potrafił rozmawiać z pacjentami i ich rodzinami w sposób, w jaki nie potrafili tego robić lekarze wyszkoleni na światowych uniwersytetach”.

Po powrocie do kraju Górski zaczął szukać informacji. Tak trafił na kurs prowadzony przez Jonathana Silvermana, współtwórcę cenionej na świecie metody Calvary Cambridge. Metoda ta – w dużym uproszczeniu – zakłada, że w czasie konsultacji medycznej nie chodzi jedynie o biomedyczną treść, lecz także o relację z pacjentem i o właściwą komunikację. Oferuje bardzo konkretne techniki i strategie komunikacyjne, wyuczalne i możliwe do sprawdzenia na egzaminie praktycznym. Zaraz po kursie Górski został zatrudniony na Collegium Medicum. Zbiegło się to w czasie z pierwszym kursem komunikacji medycznej prowadzonym tam przez Annę Kocurek. Do zespołu dołączył Łukasz Małecki, lekarz i psycholog, który pomagał adaptować metodę Silvermana do polskich warunków. Wraz z Agatą Stalmach-Przygodą, lekarką rodzinną zafascynowaną znaczeniem relacji międzyludzkiej dla procesu terapeutycznego, wprowadzili do programu zajęcia z pacjentami symulowanymi. Obecnie uczelnię opuszczają pierwsze roczniki, które przeszły przez czteroletni program nauczania kompetencji komunikacyjnych.

Porządek

Marta Shaw jest mamą dwóch chłopców. Starszy, niespełna dwulatek, wylał na siebie gorącą herbatę: oparzenia ręki drugiego i trzeciego stopnia, dwa tygodnie na oddziale chirurgicznym jednego z krakowskich szpitali. „Zmiana bandaży. Lekarze wahają się, czy robić ją pod narkozą – wspomina Marta. – Nikt nie wyjaśnia nam, jakie są za i przeciw. W końcu zapada decyzja: bez narkozy. Idziemy na zabieg. Każą mi trzymać dziecko. Zrywają mu te opatrunki razem ze skórą, on krzyczy tak, że ciarki przechodzą. Lekarka przeklina pod nosem. Mój syn po tym zabiegu nie śpi przez trzy noce. Kiedy płacze pierwszego dnia, nie woła «mama», tylko «baba». Ja kojarzę mu się z bólem”.

„Czuliśmy się, jak gdyby naprawiano nam samochód, a nie dziecko – opowiada dalej Marta. – Otrzymywaliśmy informacje dotyczące stanu jego zdrowia i kolejnych etapów leczenia. Ale wszystko było techniczne i pozbawione jakiejkolwiek empatii” – dodaje. Szybko okazało się, że opieka nad starszym synkiem to nie jedyna sprawa, która stanowiła w tym szpitalu wyzwanie. Pobyt w szpitalu trwał zbyt długo, by Marta mogła rozdzielić się z młodszym, kilkumiesięcznym synkiem. Karmiła piersią. Postanowiła, że będzie to robić na oddziale. Skonsultowała się z teściem, profesorem anatomii w USA, oraz z jego byłą studentką, pielęgniarką pracującą na oddziale oparzeniowym w jednym z tamtejszych szpitali. Ta powiedziała: „Tutaj to norma. Jeśli stan dziecka na to pozwala, na oddziale mogą przebywać także inni członkowie rodziny”. Marta: „Przeczytałam, co o tym mówi fachowa literatura, i zdecydowałam. W ciągu dnia mały będzie przy mnie i przy starszym bracie”. Lekarze zaoponowali. Pielęgniarki pokazywały palcem na regulamin. Była uparta, a w nich coś zaczęło pękać. Najpierw dały jej ustronniejsze miejsce, po trzech dniach przestały komentować obecność niemowlaka. Lekarze nie ustępowali. W końcu spotkała się z dyrektorem. „Był pierwszą osobą, która porozmawiała ze mną po ludzku. Powiedziałam mu: «To wasz regulamin jest zły, a nie ja». Mały będzie tu ze mną za dnia”. „Ochrony przecież do pani nie wezwę” – odpowiedział dyrektor. Od tej rozmowy Marta na każdy komentarz ze strony lekarzy odwoływała się do słów dyrektora. „Nikt nie zdecydował się na wyrzucenie karmiącej matki siłą” – mówi. Jednak na dalej idące zmiany zapewne trzeba będzie jeszcze zaczekać. Przynajmniej dopóki pokutować będzie opinia, którą wobec Marty wyraziła jedna z pielęgniarek: „Kiedyś nie było tu rodziców i był porządek”.

„Co to w ogóle znaczy «porządek»?” – pyta Anna Stolaś, psycholożka w Ginekologiczno-Położniczym Szpitalu Klinicznym Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Dobrze zna statystyki: im mniej dany kraj jest rozwinięty, tym mniejsze panuje w nim zaufanie na linii personel medyczny – rodzice. „Coś sprawia, że tym dwu grupom trudno się spotkać. A obydwu chodzi przecież o dobro dziecka” – dodaje. Personel często traktuje rodziców, jak gdyby byli nieroztropni, w efekcie zaś ci czują się jak goście lub wręcz zbędni. Tymczasem na przykład w Skandynawii już wiedzą: rodzice są pełnoprawnymi członkami zespołu terapeutycznego, o szczególnej roli i odpowiedzialności. „W pierwszej kolejności dziecko jest członkiem swojej rodziny, dopiero potem pacjentem – tłumaczy Stolaś. – Również rodzeństwo czy dziadkowie są zaangażowani w jego chorobę i leczenie. Każde z nich powinno mieć swoje miejsce w szpitalu”.

Klątwa

Magda Hueckel i Tomasz Śliwiński o komunikacji z lekarzami wiedzą więcej, niż wielu z nas dowie się przez całe życie. Osiem lat temu urodził się ich syn, Leo. Ciąża zdrowa, poród rodzinny, wszystko takie, jakie miało być. Przez chwilę. Po porodzie położne zabrały Leo na dodatkowe badania, chłopiec wydał się niedotleniony. Pierwszą noc cudem przeżył, oddychając sobie tylko znanym wysiłkiem, następną spędził już podłączony do maszyn oddychających za niego. Przewieziony do warszawskiego Centrum Zdrowia Dziecka, wkrótce otrzymał diagnozę: zespół wrodzonej ośrodkowej hipowentylacji, czyli tak zwana klątwa Ondyny. Złożona, nieuleczalna choroba objawiająca się między innymi tym, że dotknięty nią człowiek podczas snu „zapomina” o oddychaniu. Szacuje się, że dotyka jedną na dwieście tysięcy urodzonych osób.

Magda i Tomasz pierwsze pół roku życia synka spędzili w szpitalu. Potem musieli nauczyć się, jak w domu pielęgnować dziecko, które potrzebuje znacznie więcej niż mleka i zmiany pieluchy. Na przykład respiratora, który waży więcej od niego, plątaniny rurek i ciągłej czujności. Rodziców Leo nie budził w nocy płacz synka, ale wycie maszyn, na dźwięk których trzeba było natychmiast oprzytomnieć i działać. „Wciąż mam w głowie okrutne słowa, które usłyszeliśmy od lekarzy” – opowiada Magda. Po tej nocy, którą jej syn ledwie przeżył, z samego rana przyjechał do niej Tomek. Siedzieli razem, zapłakani, na sali, na której cztery inne matki karmiły piersią swoje zdrowe, różowe maluchy. Nagle na salę weszła pielęgniarka i kazała Tomkowi natychmiast opuścić oddział. „Odwiedziny są od 15” – powtarzała, choć nawet sąsiadki Magdy wstawiały się za nimi. „Umiera nam synek” – prosili. Mimo to Tomka z sali wyprowadziła ochrona.

Albo inne niepotrzebne słowa, niepodparte rzetelną wiedzą o chorobie Leo: „Nigdy nie wstanie z łóżka. Nie będzie chodził ani mówił. Najdalej wyjdziecie z nim na balkon”.

Nawet najkrótsza drzemka mogłaby skończyć się dla Leo tragicznie. Do piątego roku życia miał w gardle rurkę tracheotomiczną. Podczas operacji w Szwecji wszczepiono mu stymulator przepony – tak zwane pejsery. Pobyt w tamtejszym szpitalu był dla nich jak wizyta na innej planecie. „Byliśmy traktowani jak partnerzy – mówi Magda. – Pytano nas prawie o wszystko, co dotyczyło opieki nad Leo, tłumaczono nam sprawy, których nie rozumieliśmy. Po operacji współdecydowaliśmy o tym, kiedy Leo może zacząć pić, czy może być przykryty kocem, kiedy może czytać. Personel wiedział, że znamy i czujemy nasze dziecko”. Model, którego Magda i Tomek doświadczyli w Szwecji, ma swoją nazwę i metodologię. Opieka skoncentrowana na rodzinie (family-centred care) jest dziś standardem w zachodnich szpitalach. Zakłada, że rodzice są członkami zespołu terapeutycznego. Ten model wyrasta ze świadomości, że rodzina jest równie niezbędna małym pacjentom w procesie powrotu do zdrowia jak kroplówki i lekarstwa. By się przyjął, potrzeba zarówno zmiany procedur, jak i całej filozofii opieki nad dzieckiem na oddziale szpitalnym.

„Często, gdy trafiamy do szpitala, nie wiem, co się dzieje z Leo. Jest gdzieś za drzwiami, ma przetaczaną krew albo zatrzymane krążenie. I o każdą informację muszę walczyć jak lwica” – opowiada Magda. Pamięta sytuacje, które jeszcze szerzej otworzyły jej oczy na to, jak wygląda idealna komunikacja z pacjentem. I że czasem jest to… brak komunikacji. „Kiedy Leo w Szwecji dochodził do siebie po operacji, personel wchodził na salę z latarkami, żeby nie budzić nas podczas sprawdzania parametrów” – opowiada. Dwa lata po wszczepieniu Leo pejserów Magda zaszła w drugą ciążę. W ósmym miesiącu okazało się, że ma złośliwy nowotwór piersi. Zadziałała błyskawicznie: operacja, dziewięć dni później cesarskie cięcie i pierwsza chemia. W trakcie leczenia kolejna bomba: okazało się, że Leo musi mieć wstawiony rozrusznik serca. Operowano go tu, w Polsce. Magda: „Nasza sytuacja była ekstremalnie trudna. W domu niemowlę, ja w trakcie leczenia, Leo przez miesiąc w szpitalu dochodził do siebie. Młodszego synka przerzucaliśmy jak paczuszkę między sobą i rodziną. Z Leo na zmianę spędzaliśmy czas na oddziale, śpiąc oczywiście na podłodze. I regularnie zdarzało się, że po ciężkiej nocy, kiedy wreszcie jemu i mnie, wymęczonej sytuacją i własną chorobą, udało się zmrużyć oko – trzask! – o 5 rano otwierały się drzwi i zapalały światła, zrywając mnie na baczność. A nad głową słyszałam: „I co, jeszcze sobie śpicie?!”.

Lepszy model

Polskie Towarzystwo Komunikacji Medycznej działa od dwóch lat, a już udało się wokół niego zbudować prężne środowisko. Na większości uczelni medycznych w Polsce pracują związane z nim osoby. Do programów nauczania stopniowo włączane są zagadnienia z zakresu komunikacji. „Chcemy stworzyć program szkoleń dla przedstawicieli wszystkich zawodów medycznych, od pielęgniarek po rehabilitantów” – mówi Aldona Jankowska, prezeska PTKM. Pracuje w Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy. „Dzięki wsparciu pani dziekan wydziału lekarskiego powołaliśmy Pracownię Komunikacji w Medycynie. Uczymy studentów, że posiadanie kompetencji komunikacyjnych pozwala lepiej opiekować się pacjentami, ale też lepiej funkcjonować w tym trudnym zawodzie” – podkreśla.

Doktor Jankowska pamięta rozmowę ze studentami w Klinice Pediatrii, Hematologii i Onkologii UMK. „Mieli przeprowadzić wywiad medyczny z rodzicami dziecka, które zachorowało na białaczkę. Rodzice przed chwilą się o tym dowiedzieli. I od tych studentów usłyszałam: «Pani doktor, nikt nie uczy nas, jak rozmawiać z pacjentami w tej sytuacji». Zaczęłam sprawdzać, jak jest wydziałach lekarskich na świecie i zobaczyłam, ile w tym temacie już się dzieje. Pojechałam na Cambridge i Harvard, przypatrywałam się tamtejszym wzorcom i zaczęłam dostosowywać je do naszych programów” – opowiada. Obecnie pracuje nad autorskim modelem uczenia komunikacji medycznej „Copernicus”, opartym o symulację medyczną oraz elementy medycyny narracyjnej. Kluczowe będą zajęcia w klinikach, w trakcie których studenci wejdą w bezpośredni kontakt z pacjentami. Jankowska: „Mam nadzieję, że wypracujemy trwałą zmianę”.

Aby to się udało, najpierw trzeba zburzyć kilka starych modeli. Pierwszy zakłada, że lekarz sprawuje nadrzędną rolę nad pozostałymi członkami zespołu terapeutycznego. Anna Kocurek tłumaczy: „Należy się raczej zwracać w stronę układu zespołowego: lekarka, pielęgniarka, psycholog, dietetyk i fizjoterapeutka zbierają informacje, które następnie łączone są w całość wiedzy o stanie pacjenta i planach na jego leczenie. Dzięki temu ów pacjent może lepiej zrozumieć zalecenia, a co za tym idzie – mieć dodatkową motywację, żeby się do nich stosować”. Drugi model, który musi ulec zmianie, zakłada, że lekarz ma się całkowicie poświęcić pacjentom. Tu nie ma miejsca na superwizję ani na higienę pracy. „U niektórych kończy się to wypaleniem zawodowym, u innych – wypracowaniem przedziwnych strategii radzenia sobie ze stresem. A dobry lekarz czy lekarka musi też umieć zadbać o siebie – podkreśla Kocurek.

Potwierdza to Anna Stolaś: „Aby budować dobry kontakt z pacjentami, trzeba najpierw mieć dobry kontakt ze sobą. A bywa tak, że na oddziale przez kilka tygodni leży dziecko. Wszyscy się z nim zżywają. Dziecko umiera. W żadnym znanym mi szpitalu nie ma kompleksowej opieki psychologicznej dla personelu. Nie ma jak przepracować emocji, a w inkubatorach czekają kolejne dzieci”. Mówię o tym Lucynie Iwanow, absolwentce pielęgniarstwa na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym i członkini Wydziałowego Zespołu ds. Zapewnienia i Doskonalenia Jakości Kształcenia. „Jedyny przypadek, o którym słyszałam, żeby personel medyczny miał zapewnioną opieką psychologiczną, to stanowisko dyspozytora medycznego – mówi. – W pracy doświadcza tylko nieszczęść: ktoś umiera, ktoś został pobity, gdzieś zdarzył się wypadek. Tymczasem przeciętny lekarz i przeciętna pielęgniarka też spotykają się z całym spektrum ludzkich emocji, w tym z rozpaczą, ze złością, z agresją”. I dodaje: „Wielu medyków doskonale pamięta pierwszego pacjenta, który umarł na ich oczach czy pierwszą nieudaną reanimację. Ja sama do dziś widzę tę kobietę i tego mężczyznę. Nikt nigdy ze mną tego nie omówił, nie pomógł mi się z tym uporać. Dlatego wielu z nas wypracowuje coś, co pacjenci biorą za znieczulicę”.

Aldona Jankowska chce, by rozmowa informująca pacjenta o poważnej chorobie była standardową, profesjonalnie przeprowadzaną procedurą medyczną. Tak samo jak na przykład punkcja lędźwiowa. „Jeśli w taki sposób ją zdefiniujemy, wówczas będziemy musieli znaleźć dostateczną ilość czasu w programach nauczania” – tłumaczy. Jankowska jest onkologiem dziecięcym i z doświadczenia wie, ile emocji pojawia się zarówno po stronie pacjenta, jak i po stronie lekarza w chwili przekazywania złych informacji. A przecież sytuację, w której bez odpowiedniego przygotowania musi się przekazać takie informacje, można porównać do tej, w które przy stole operacyjnym stanąłby ktoś, kto nigdy wcześniej nie trzymał w ręce skalpela.

Nie psuć już więcej

Historia mojego syna kończy się dobrze. Trafiliśmy do gabinetu neurolożki, która odpowiedziała na każde nasze pytanie. Dowiedzieliśmy się, że nasz syn ma dużo lepsze rokowania, niż początkowo sądziliśmy. I, póki co, jej optymistyczne prognozy się sprawdzają.

Magda Hueckel pamięta, że tuż po narodzinach synka, wśród wszystkich złych i bezmyślnych słów, które usłyszała od lekarzy, były i takie, które dały jej nadzieję. W gabinecie przyjęła ją jedna z lekarek: „Na tę chorobę nie ma lekarstwa. Kiedyś może go zoperujecie. Poprawicie mu jakość życia. I to życie, chociaż trudne, może być bardzo dobre” – powiedziała. Dziś Leo jest mądrym, aktywnym dzieckiem. Sprzętu, od którego zależy jego życie, jest już nieporównywalnie mniej. Chodzi do szkoły, rozwija, podróżuje. Wbrew temu, co zapowiedziała jedna z lekarek – znacznie dalej niż na balkon.

Marta Shaw jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu ponownie spotkała się z dyrektorem. Po tym spotkaniu napisała na Facebooku: „Dyrektor Naczelny szpitala zadeklarował podjęcie prac nad zmianą regulaminu, żeby w miarę możliwości pozwolić karmiącym matkom przebywać w szpitalu ze swoimi dziećmi. Takich rozwiązań wymaga nowoczesna medycyna”.

Kolejne uczelnie rozwijają swoje programy. Na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym funkcjonuje Studium Komunikacji Medycznej. To ogólnouczelniana jednostka, odpowiedzialna za wdrażanie zajęć z zakresu kompetencji komunikacyjnych na kolejnych kierunkach – od lekarskiego, przez pielęgniarstwo, położnictwo, ratownictwo, po dietetykę. Program, choć młody, intensywnie się rozwija. Ten tekst oddawany jest do druku w przeddzień III Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej „Komunikacja w medycynie”, organizowanej między innymi przez Studium Komunikacji Medycznej, Pracownię Komunikacji w Medycynie (Collegium Medicum UMK), Zespół Języka Medycznego Rady Języka Polskiego PAN i Polskie Towarzystwo Komunikacji Medycznej. W programie: sesje i warsztaty poświęcone nauczaniu komunikacji medycznej, relacji pacjentów z personelem szpitala czy przekazywaniu chorym złych informacji. Impuls do zmian idzie z samego środowiska, z rosnącej świadomości, że zdrowy kontakt z pacjentem znaczy równie dużo co trafna diagnoza.

***

Polecamy także:

Górski: Leczyć po ludzku

Jankowski: Specjalizacja – emigracja

  • Bart Bubak

    Jakbym czytał o Warszawskich szpitalach, niby budynki odnowione, niby komputery powprowadzali, najnowsze technologie i metody badań, a mentalność nadal “późny Gierek”. Wszędzie papier, wszędzie pieczątki, wszędzie godziny czekania na wypisanie jednego kwitka. “Proszę przyjść między 8 a 10”, a lekarz pojawia się z pretensjami 10:30. Żenada.

  • stasia

    O, tak, w Szpitalu Uniwersyteckim CMUJ wynik badań prenatalnych, wykazujących duże ryzyko zespołu downa u dziecka i konieczność wykonania amniopunkcji przekazano mi… w okienku. Bez słowa komentarza.

  • Wanda Szumiło Kulczycka

    To norma. Jesteśmy jak bezosobowe śmieci. – Wejść! Czego bluzki nie zdjęła?! No szybko! Potem tylko mówią między sobą i słyszysz – Wyjść! To się nazywa onkologia. Albo – Może się pani cieszyć. – Guz nie jest złośliwy? – Jest, ale nie jest taki znowu duży… Ciesz się człowieku…
    Albo – Trzeba było do mnie przyjść prywatnie, to byśmy dobrze tę operację zrobili,..a tak to trzeba będzie jeszcze raz operować…
    I wiele wiele innych. O krzyku, mówieniu, że zawsze przecież możesz naglę stracić przytomność i wtedy zrobią z tobą co chcą – czyli amputują nogę, mimo, że się nie zgadzasz. A przecież kiedy podają ci tabletki, czy kroplówki nie mówią co to jest. Kto wie, co podadzą..? Bo im przeszkadzasz na oddziale “jestes kłopotem”, “generujesz straty”. Jak zapytasz co to za tabletka, słyszysz – Na ból. – Ale co konkretnie? – To co lekarz przepisał…
    Taka “norma”.