dwutygodnik internetowy
2.05.2016
magazyn papierowy


Legenda o dobroczynnym państwie

Problemem nie jest to, że państwo nie działa, lecz raczej to, że działa. Za jego ważną funkcję bierzemy obronę praw, które w istocie zostały mu wydarte w toku walki. Są one jednak ciągle zagrożone przez Lewiatana, który nigdy nie śpi, czuwając przede wszystkim nad tym, aby trzoda nie poszła samopas.

korona miecz pastoral

ilustr.: Marta Zawierucha

Artykuł pochodzi z 30. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Dobra wspólne”. Razem z tekstem Remigiusza Okraski stanowi dwugłos o wpływie państwa na wspólnoty obywatelskie.

***

Literatura poświęcona relacjom państwo-społeczeństwo, państwo-wspólnota czy państwo-naród jest ogromna. Wszystko, co najważniejsze w tej sprawie, wydaje się, zostało już powiedziane, a wszelkie zróżnicowane stanowiska ujawnione. Tym niemniej pojawiają się coraz to nowe konteksty, związane choćby z procesami globalizacji, masowymi migracjami, ciągle pogłębiającym się międzynarodowym podziałem pracy, presją demograficzną i nakładającym się na nią kryzysem ekologicznym – klimatycznym ociepleniem. W tym ostatnim przypadku, niezależnie od tego, co myślimy na temat jego przyczyn (czy mają one charakter antropogeniczny, czy nie), zmiana klimatu w istotny sposób może wpłynąć nie tylko na polityczną mapę świata, ale na same instytucje społeczne – w socjologicznym rozumieniu tego słowa – czyli także na państwo.

Etnogeneza w służbie kapitału

Z relacjami państwo-społeczeństwo wiąże się przede wszystkim szereg mitów, w tym także tych na temat budowania wspólnoty narodowej. Mit etnogenezy przenika do różnych współczesnych, politycznych dyskursów na temat pochodzenia państwa, ale ma zdecydowanie konserwatywny charakter. Jest raczej hegemoniczną ideologią istniejących struktur władz państwowych, niż opisem historycznej realności. Przykładowo – dla państw takich jak Polska, Czechy czy Węgry kluczową rolę odgrywa narracja o założycielskim charakterze trzech dynastii wywodzących się z wczesnego średniowiecza: Piastów, Przemyślidów i Arpadów. Wielu historyków jest zgodnych, że wymienione państwa dynastyczne powstały bynajmniej nie na skutek umowy społecznej, czy jakiejś naturalnej ewolucji (jeżeli taką byśmy zakładali), ale w wyniku podboju zewnętrznego, jak państwo Arpadów, albo wewnętrznego, jak państwo Przemyślidów i Piastów. Koncentracja środków przymusu w rękach wąskiej drużyny wodza umożliwiła podporządkowanie sobie pokrewnych lub obcych etnicznie plemion na danym terenie. Jeżeli zatem u zarania naszej państwowości leży wspólnota etniczna, to raczej wymuszona mieczem przez złodziei bydła i handlarzy niewolnikami – jakimi wedle historycznych badań byli nasi domniemani protoplaści.

Ciekawie o roli podboju w budowaniu państw pisze także Michel Foucault w zbiorze wykładów wydanych pod znamiennym tytułem „Trzeba bronić społeczeństwa”. Rola najazdów w kształtowaniu się „świeżych” państwowości, wydawałoby się, jest powszechnie znana i oczywista, a nawet gloryfikowana przez szereg narodowych legend. Przechodzi się jednak gładko obok problemu, że uznanie tej roli stoi jednocześnie w sprzeczności z ideą pochodzenia państwa jako gwaranta powszechnego spokoju społecznego i bezpieczeństwa. Jego pierwszorzędną funkcją nie była bynajmniej obrona, ale atak, napad, grabież.

Także dziś jednorodność etniczna w obrębie danego państwa jest oczywiście bardziej wyjątkiem niż regułą. Wystarczy przytoczyć dobrze znany argument. Okazuje się, że na świecie mamy 1500 „jednostek” narodowościowych. Ludzie mówią od trzech do sześcioma tysiącami języków, a każdy z nich może odpowiadać przynajmniej jednej „jednostce” etnicznej. Z drugiej strony, istnieje tylko około dwustu państw i jeszcze mniej języków o charakterze urzędowym.

Współczesna Polska jako państwo wyjątkowo etnicznie i narodowo jednorodne, powstała w efekcie wymordowania Żydów przez faszystów oraz powojennych masowych przesiedleń i deportacji, które objęły kilka milionów ludzi. Jednorodność ta została zatem okupiona wyjątkowym cierpieniem. Jednocześnie nie jest ona czymś trwałym. W zależności od swoich, najczęściej ekonomicznych, potrzeb państwo raz szczelnie zamyka, innym razem otwiera swoje granice dla różnych grup społecznych, nie zważając często na ich pochodzenie etniczne. Tak było zawsze. Żydzi nie znaleźli się w obrębie państwa polskiego podstępem, ale w przeszłości pojawili się tu za zachętą i aprobatą – jak się to określa – suwerennych władz. Tych samych, których przedstawicieli wynosimy jako patronów na ołtarze narodowej wspólnoty. Z kolei kapitalistyczna gospodarka państw Europy Zachodniej ciągle była i pozostała łasa na usługi tanich robotników. Po II wojnie światowej od około 10 do 20% siły roboczej w takich państwach jak Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Szwajcaria stanowią obcokrajowcy. Przy czym ich prawa obywatelskie są oczywiście ograniczane.

W istocie to nie naród tworzy państwo, ale państwo naród. Państwo narodowe jest de facto tworem względnie niedawnym, liczącym około dwu i pół stulecia. Jego spoiwem był kapitalizm funkcjonujący w ramach odrębnych gospodarek narodowych (jednocześnie zachowujący swoje międzynarodowe koligacje), powszechny obowiązek służby wojskowej, powszechne szkolnictwo, biurokracja i urzędowy język. Etnogeneza jest co najwyżej mitem potrzebnym dla zachowania, z jednej strony, względnej wewnętrznej spójności, a jednocześnie, z drugiej, wyodrębnienia „narodowego rdzenia” i hierarchicznych struktur, potrzebnych między innymi dla segmentacji rynku pracy („tuziemcy” versus „cudzoziemcy”) i okresowego wydzielania grup o różnym statusie, zarobkach i prawach obywatelskich. Kiedy dzisiejszy kryzys ekonomiczny doprowadził do kryzysu politycznego i systematycznej pauperyzacji klasy średniej, liberałowie wskazują jako winnych wszelkiej maści „nierobów” (rasizm ekonomiczny), a nacjonaliści i konserwatyści – imigrantów.

Państwo kruchsze niż człowiek

Kolejny mit to stabilność struktur państwowych, która miałaby być gwarantem wspólnotowych interesów. Czy możemy liczyć na „własne państwo”? Uświadomiłem sobie względnie niedawno, że moi dziadkowie nie żyli w jednym systemie, a przynajmniej w kilku, często radykalnie odmiennych. Przeżyli wiele rewolucji i wojen, które zmieniały ich otoczenie, wpłynęły na ich losy. Ojciec mojej matki, Walenty Borkowicz, był zwykłym robotnikiem. Urodził się jeszcze w czasach zaborów, wychował i dorastał w okresie międzywojennym, walczył, a potem przeżył okupację, założył rodzinę w czasach PRL, aby pożegnać się ze światem pod rządami III RP. Gdy umarł, miał ponad osiemdziesiąt lat. Żył w czterech (nie licząc okupacji) różnych państwach, nie tylko pod względem ustrojowym, ale też różnych granic, choć teoretycznie nie ruszał się z Polski.

Można oczywiście powiedzieć, że wiek XX uchodzić może za wyjątkowo niespokojny, ale jeśli sięgniemy wstecz, głębiej, do XIX stulecia i jeszcze dalej, odkryjemy to samo – państwo jest czymś nad wyraz niestabilnym i przemijającym. Jest ono bardziej kruche niż niejedno ludzkie życie. Wystarczy spojrzeć, jak Europa trzeszczy dziś w szwach. Jej dotychczasowe ramy polityczne i administracyjne z trudem wytrzymują próbę czasu. Powracają kontrole na granicach, odżywają europejskie demony szowinizmu i wojny. Czy państwo zatem cokolwiek nam gwarantuje? Państwo raczej stara się ustabilizować swoją sytuację i bije się zaciekle o przetrwanie. Nieustająca walka wewnętrzna o władzę, systematyczne (większe i mniejsze) wybuchy społecznego niezadowolenia, strajki generalne, policyjnie tłumione rewolucje, międzynarodowa rywalizacja o uznanie, zbrojne interwencje, wreszcie otwarta wojna. Czy fakt, że przez 65 lat nikt nie zbombardował naszych wiosek i miast nie uznaje się za szczególne szczęście i historyczny ewenement? Czy jednocześnie nie przyznaje się, że było to możliwe tylko pod warunkiem zbombardowania innych wiosek i miast – w imieniu „naszego” państwa i czasami rękoma „naszych” żołnierzy? I czy teraz nie przeszywa nas lęk, że rodziny tych ofiar zechcą wziąć na nas odwet?

panstwo tekst

ilustr.: Marta Zawierucha

Wspólnota poza państwem

Państwo wydaje nam się jednak – to kolejny mit – niezbędne. Większość z nas spodziewa się, że – pomimo wszystkich zastrzeżeń – gdyby państwo przestało istnieć, to nasza wspólnota rozpadłaby się w drobny mak. Będziemy jak te barany i owce bez pasterza – pogubimy się, wpadniemy w przepaść albo rozszarpią nas wilki. Na okładce pierwszego wydania „Lewiatana” (z 1651 roku) Thomasa Hobbesa widzimy alegorię państwa: postać z koroną na głowie, w prawej ręce dzierżącą miecz, a w lewej pastorał. Perspektywa Hobbesa jest dobrze znana i zaważyła na współczesnych doktrynach państwotwórczych, zakładających niezbędność władzy. Doczekała się też szeregu oponentów, począwszy przede wszystkim od Piotra Kropotkina. Dyskusja nie ogranicza się jednak tylko do środowisk anarchistycznych. Wspomnijmy tutaj choćby zmarłego dwa lata temu amerykańskiego ekonomistę Jamesa M. Buchanana – noblistę, libertarianina i twórcę tak zwanej „hipotezy Lewiatana”, zgodnie z którą instytucje państwowe z uwagi na wady procesów wyborczych oraz zachowania polityków i urzędników, stale się rozrastają i ograniczają wolności obywatelskie. Dodajmy jednak, że wywodząca się ze „szkoły chicagowskiej” krytyka państwa, dziś – po ponad czterech dekadach dominacji neoliberalizmu – kojarzy się nam z najbardziej ordynarną reakcją i atakiem na prawa socjalne, bez których wolności obywatelskie pozostają często jedynie pustym frazesem.

Jednocześnie, ukoronowany Lewiatan jest uosobieniem klasy rządzącej, sprawującej kontrolę i czerpiącej zyski z istnienia klasowych podziałów, na których straży stoi właśnie instytucja państwa. Jak napisze historyk Antoni Mączak – w odniesieniu do czasów wczesnonowożytnych – urząd często traktowano jak przedsiębiorstwo, którego przychody starano się powiększać. Wielkość dochodu urzędnika zależała od sytuacji rynkowej i jego zręczności w „wyszukiwaniu punktu maksymalnego zysku na krzywej popytu”. Czytając Mączaka ma się nieodparte wrażenie, że jego uwagi dotyczą nie XVI czy XVII wieku, ale czasów nam współczesnych.

Jak podaje francuski historyk, Fernand Braudel, pewni piemonccy inżynierowie odnotowali w XVIII wieku na jednej ze swoich map Sardynii: „Nurra, lud niepodbity, który wcale nie płaci podatków”. Wymowne! Karol Marks, wygłaszając referat podczas zebrania Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników w 1865 roku, twierdził, że renta gruntowa, procent i zysk są trzema przejawami wyzysku. Tym samym wskazywał, kto oszkapia robotników: obszarnik, bankier i fabrykant. Kilka zdań dalej powie do zgromadzonych, że, jeżeli pragną, można do tego grona dodać również „poborcę podatkowego”. To ważne dopowiedzenie. Wyzysk bowiem wymaga funkcjonowania sprawnego aparatu ucisku, który trzeba sfinansować. Wojsko i policja każdego roku pochłaniają w Polsce około 1/5 wszystkich wpływów do budżetu państwa – zdecydowanie więcej, niż wynoszą wpływy z podatku dochodowego od osób fizycznych. Dodatkowo, kupując towar na rynku, płacimy rocznie kilka miliardów złotych agencjom ochrony, wynajętym bezpośrednio przez obszarników, bankierów i fabrykantów. Koszt ich usług został wkalkulowany w cenę towaru. Dodajmy do tego koszty funkcjonowania sądów, komorników, policji municypalnej czy organizacji paramilitarnych sponsorowanych przez państwo. Marks o tezie, jakoby podatki miały wykańczać pracodawców, napisze, że w istocie rzeczy te podatki służą właśnie temu, żeby mogli utrzymać się w charakterze klasy panującej. Dlatego też – w tym ujęciu – wspólnota nie konstytuuje się w ramach państwa, ale raczej poza nim czy przeciw niemu.

Zawiedzione oczekiwania

Czy jednak państwo, ze swoimi zasobami materialnymi i organizacją, nie przydaje się przynajmniej w okresach kryzysu, kiedy dochodzi na przykład do katastrofy? Czy nie po to ono istnieje, aby nieść pomoc zagrożonym i poszkodowanym? Pytanie to jest jak najbardziej zasadne w dobie ewidentnego już wzrostu liczby takich zjawisk jak powodzie czy huragany, a przypisywanego coraz częściej zmianom klimatycznym.

Jak wykazuje wiele analiz socjologicznych, państwo w takich okolicznościach bywa wyjątkowo zawodne. Przede wszystkim dlatego, że instytucje państwowe działają stereotypowo – w duchu Lewiatana. Obawiają się wybuchu paniki i żywią przekonanie, że ofiary są sparaliżowane strachem, w obliczu klęski przejawiają niskie morale, panuje wśród nich rozprężenie i niezdolność do podjęcia działania, co z kolei skutkuje apelami o silną władzę. Szereg badań socjologicznych i z zakresu psychologii społecznej dowodzi czegoś wręcz przeciwnego: społeczności dotknięte klęskami żywiołowymi wcale, jak pisze Krzysztof Kaniasty, „nie popadają w masową panikę, a ich aktywność nie jest chaotyczna czy zdezorganizowana”. W ogarniętym powodzią Wrocławiu w 1997 roku przestępczość była bardzo niska. Kluczowego znaczenia w takich warunkach nabiera społeczna samoorganizacja i kropotkinowska pomoc wzajemna.

Jak dowodził wrocławski socjolog Wojciech Sitek, klęski żywiołowe powodują wprawdzie rozkład ładu instytucjonalnego, ale też natychmiastowe, spontaniczne pojawienie się w jego miejsce ładu wspólnotowego. Następuje przełamanie dotychczasowych barier ról i statusów, a na przykład mieszkańcy dotkniętego klęską Wrocławia ruszyli „do obrony przed powodzią, tworząc rozbudowaną sieć bezpośrednich stosunków interpersonalnych”. „Policjant – jak obrazowo przedstawia to cytowany autor – wykonywał polecenia cywila, prezydent miasta nosił worki, drobny pijaczek stawał się bohaterem. (…) Władzy jako takiej właściwie nie ma, są tylko ludzie”. Sitek dowodził, że destrukcja ładu instytucjonalnego nastąpiła błyskawicznie i miała swoje dramatyczne przejawy, kiedy na przykład w podwrocławskich miejscowościach odmawiano przeprowadzenia ewakuacji. Także inni socjologowie w książce „Naturalna katastrofa i społeczne reakcje. Studia nad przebiegiem i następstwami powodzi na Opolszczyźnie w 1997 roku” potwierdzali, że „sprawność władz centralnych, administracji rządowej oraz władz lokalnych na obszarach objętych powodzią w całej Polsce, pozostawiała wiele do życzenia”. Egalitarna, spontaniczna wspólnota jest w takim przypadku nawet nie tylko możliwa, ale konieczna. Przywracaniu natomiast „normalności”, czyli ładu instytucjonalnego, towarzyszy odtworzenie dawnych społecznych podziałów i powrót państwa.

Wspomniany już psycholog społeczny, Krzysztof Kaniasty, jest z pewnością jednym z najlepszych znawców zachowań ludzkich podczas klęsk żywiołowych. Z wielu badań, o których pisze w swoich książkach, wynika, że choć mamy przekonanie, iż w takich okolicznościach to państwo powinno w głównej mierze brać na siebie ciężar walki z żywiołem i nieść pomoc ofiarom, to dzieje się zazwyczaj dokładnie odwrotnie. Ludzie sami sobie pomagają w kryzysowych okolicznościach, a faktyczne wsparcie państwa jest jedynie przysłowiowym „czubkiem góry lodowej” jego oczekiwanego zaangażowania. W rzeczywistości zawodzi nawet w takiej sytuacji. Jest jednak wyjątek. Jeżeli przyczyna katastrofy ma charakter androgeniczny, czyli w istocie często została wywołana działaniami państwa (przykładowo: katastrofa czarnobylska), to rola państwa jest wówczas większa, a bywa, że nawet wiodąca. Słowem: państwo nawykło ewentualnie do walki z klęskami, za które samo odpowiada.

Złudzenie państwa socjalnego

W kontekście tego wszystkiego pojawia się dylemat, czym jest „państwo opiekuńcze” czy „państwo socjalne”, którego tak często chcielibyśmy bronić. Podstawową przesłanką powołania, zaciekle dziś przez liberalizm atakowanego, „państwa socjalnego” było, jak przekonuje Jerzy Woś, jedynie to, by „zapobiec defektom rynku, nie naruszając w żadnym mierze podstaw systemowych”. W rzeczywistości miało ono uchronić ustrój kapitalistyczny przed ewentualnymi zmianami.

Pouczające, że pierwsze ustawodawstwo socjalne, wprowadzone w Niemczech pod koniec XIX wieku, skierowane było nie do całego społeczeństwa, ale, jak podsumowuje to Veronika Ziegelmayer, do „pracowników przemysłowych skłonnych do zrzeszania się i wzniecania konfliktów”. Prace brytyjskich autorów Richarda Titmussa i Juliana Le Granda dowodziły z kolei, że powojenne brytyjskie państwo socjalne w rzeczywistości nie służyło redystrybucji, lecz cementowało raczej zastane różnice klasowe, a korzyści z z niego czerpały przede wszystkim warstwy średnie. Często to biedni finansują gros pomocy innym biednym.

Pojawienie się prosocjalnej polityki keynesowskiej miało de facto ścisły związek z cyklami koniunkturalnymi kapitalizmu, których negatywny wpływ na stabilność systemu państwowego chciano minimalizować. Cykle te były i pozostają związane także z wahaniami natężenia konfliktu społecznego. Zarówno Wielki Kryzys 1929 roku, jak też fala protestów pracowniczych i społecznych w pierwszej połowie XX wieku, stanowiły bezpośrednią przyczynę przyjęcia modelu państwa socjalnego przez kraje Ameryki Północnej i Europy. Jego koszt okazał się jednak dla kapitału zbyt duży, zatem w poszukiwaniu wzrostu rentowności ostatecznie system na powrót zdestabilizowano. Złudzeniem było to, że jest to model docelowy.

***

Moje uwagi z pewnością nie wyczerpują tematu. Zakreśliłem tu tylko kilka rozpowszechnionych przekonań na temat państwa i starałem się z nimi polemizować. Konkludując, należy moim zdaniem stwierdzić, iż problemem nie jest to – jak sądzi większość – że państwo nie działa, lecz raczej to, że działa. Dokonuje ono ciągle „podboju” czy, jakby to ujął Jürgen Habermas, kolonizacji naszego codziennego życia. Często za jego ważną funkcję bierzemy obronę w istocie wydartych mu w toku walki i podczas demokratycznych przemian praw: prawa do strajku, wolności słowa czy swobody zgromadzeń. Są one jednak ciągle zagrożone przez Lewiatana, który nigdy nie śpi, czuwając przede wszystkim nad tym, aby trzoda nie poszła samopas.