dwutygodnik internetowy
06.01.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Lars von Trier. Nimfomanka

Seligman wypowiada najważniejszą kwestię filmu – „Czy mogę już ci współczuć?”. Jego zachowanie, pełen dziwactw sposób bycia są nie tylko sympatyczne, ale też godne podziwu.


Jeśli nic się nie zmieni, 2014 ma szansę być najlepszym rokiem filmowym od bardzo dawna. Nie minęła jeszcze połowa stycznia, a już możemy cieszyć się dwiema genialnymi premierami. Najpierw „Wilk z Wall Street” Martina Scorsese, a teraz „Nimfomanka, cz.1” Larsa von Triera udowadniają, że starszy mistrzowie są w znakomitej formie.
 
Joe (Charlotte Gainsbourg) pewnego, niezbyt pięknego dnia, pobita i krwawiąca, zostaje znaleziona na ulicy przez Seligmana (Stellan Skarsgård). Zabiera on bezbronną kobietę do domu, a gdy ta dochodzi do siebie, opowiada mu historię swojego życia – pełną seksu, eksperymentów, nihilizmu. I nieszczęścia.
 
Jeśli ktoś śledził kampanię reklamującą „Nimfomankę” (a ciężko było jej nie zauważyć), łatwo mógł dojść do wniosku, że oto obcować będzie z czymś, co z braku lepszego określenia nazwać by można „artystyczną pornografią”. Nic bardziej mylnego. Z tych dwóch słów, tylko jedno pasuje do filmu von Triera i jest to zdecydowanie przymiotnik „artystyczny”. Nie znaczy to oczywiście, że nie czekają na nas różnego typu, w różnych miejscach i pozycjach stosunki seksualne. Ale tak naprawdę stanowią one drugi, mało znaczący plan. Najważniejsza jest tu bowiem Joe i jej podejście, do życia, ludzi oraz samej siebie. Uparcie podkreślająca, że jest złą osobą snuje opowieść o kolejnych etapach swojego życia. Jest to narracja pierwszoosobowa, więc w zasadzie nie można mieć pewności, czy pokazane wydarzenia rzeczywiście tak wyglądały. Może to przez to, że Joe jest przekonana o swej nikczemności celowo pokazuje się w jak najgorszym świetle? A może myśli tak dlatego, że tak jej każe kultura i obyczaj, w którym żyjemy? W każdym razie ciężko nie być zafascynowanym jej historią, ciężko też jest potępiać bohaterkę, a wręcz warto starać się ją zrozumieć, współczuć jej i, na swój sposób chyba można ją nawet polubić.
 
Podobnie jest z Seligmanem. To człowiek uczony, związany z tak zwaną kulturą wyższą. Stara się szukać analogii do opisywanych przez Joe stosunków, czy szerzej relacji międzyludzkich – w literaturze, muzyce klasycznej, a nawet w łowieniu ryb. Na wszystko stara się patrzeć z różnych perspektyw, udowadniając, że nie ma jednego sposobu na zrozumienie ludzkiego zachowania, nie ma żadnych norm, które jednoznacznie można by przypisać do każdego przypadku. To w końcu on wypowiada jedną z ważniejszych kwestii filmu – „Czy mogę już ci współczuć?”. Jego zachowanie, pełen dziwactw sposób bycia są nie tylko sympatyczne, ale też godne podziwu.
 

Wszystko to jest perfekcyjnie zrobione – „Nimfomanka” imponuje realizatorską wirtuozerią. Poczynając od świetnego tempa, które ani przez chwilę nie pozwala się nudzić, przez przemyślane zdjęcia, skupiające się przede wszystkim na twarzach i goszczących nań emocjach bohaterów, po fantastyczne wykorzystanie muzyki – czy to klasycznej, czy tej granej przez zespół Rammstein. Von Trier panuje w swoim dziele nad każdym aspektem, idealnie łączy ze sobą dramat i komedię. Bo „Nimfomanka” jest bardzo zabawna, tyle, że to humor groteskowy, absurdalny, podszyty często tragedią właśnie. Co równie ważne film jest genialnie zagrany. Chociaż nie należę do fanów Charlotte Gainsbourg tutaj chylę przed nią czoła, bo jest wspaniała. Także Stellan Skarsgård nie zawodzi, a na drugim planie brylują Shia LaBeouf, Christian Slater i Uma Thurman. Prawdziwą rewelacją jest jednak Stacy Martin. Jako młoda Joe jest to zjawiskowa, to tajemnicza, skromna albo pewna siebie. Martin pokazuje tyle emocji, do tego w tak subtelny, minimalistyczny wręcz sposób, że ma się wrażenie, iż jest bardzo doświadczoną aktorką. Tymczasem to jej debiut!
 
Dwie rzeczy wydają mi się jeszcze szalenie istotne, jeśli chodzi o “Nimfomankę”. Pierwsza to wspomniana wcześniej kampania reklamowa, po której większość ludzi wyrobiło sobie jeśli nie opinię, to jakieś oczekiwania względem filmu i tego, jak będzie wyglądać. W pewnym momencie Seligman mówi – „Nie, nie wierzę w to, co mówisz. To zbyt nieprawdopodobne.”, bo kłóci się to z jego wyobrażeniem i światopoglądem, a Joe odpowiada – „Czy nie będzie lepiej, jeśli mi uwierzysz? Nie wyniesiesz wtedy więcej z tej opowieści?”. No właśnie – polecam wszystkim wybrać się do kina, odłożyć na bok dotychczasowe myśli o filmie von Triera i dać się porwać historii Joe. Ja tymczasem już nie mogę doczekać się drugiej części.