dwutygodnik internetowy
14.05.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kto się boi chińskiej salsy?

Chińskiej obecności w Ameryce Łacińskiej mogą obawiać się co najwyżej Europejczycy. Jeśli współpraca gospodarcza między Chinami a Ameryką Łacińską będzie rozwijać się tak szybko, pewnego dnia może okazać się, że Ameryka Łacińska stoi już pełnym frontem do Azji, do Europy zwrócona plecami.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Azjatyckie tournée prezydentów Kolumbii i Peru to dobra okazja do zastanowienia się nad tym, co rozwój współpracy z Chinami oznacza dla Ameryki Łacińskiej, a co dla Europy.

 

Redaktor Wu, szef tygodnika China Today na Amerykę Łacińską, przywitał mnie u wejścia do jednego z nowoczesnych wieżowców w centrum komercyjnej dzielnicy Meksyku. Z powodu wczesnej pory, żaden z jego meksykańskich pracowników nie pojawił się jeszcze w biurze. Pan Wu sam przygotował dzbanek herbaty jaśminowej i dopiero gdy nalał ją do porcelanowych filiżanek, mogliśmy spokojnie rozpocząć rozmowę.

Meksyk to w całym regionie latynoskim jeden z nielicznych krajów, dla których Chiny nie są (póki co) istotnym partnerem handlowym. Meksyk wchodzi w skład Północnoamerykańskiej Strefy Wolnego Handlu (NAFTA) i prawie wszystko eksportuje do Stanów Zjednoczonych i Kanady. Do Chin wędruje zaledwie 1,2% jego eksportu. Do niedawna Meksyk narzekał nawet na szybki wzrost Chin. To dlatego, że w przeciwieństwie do Argentyny, Brazylii czy Wenezueli, specjalizujących się w eksporcie surowców naturalnych i żywności, gospodarka meksykańska od lat opiera się o przemysł przetwórczy, wymagający taniej siły roboczej. Dekadę temu firmy samochodowe i tekstylne zaczęły masowo ograniczać produkcję w Meksyku, zamiast tego otwierając nowe fabryki w Chinach – gdzie siła robocza była jeszcze tańsza.

 

Dziś jednak nawet Meksyk z zainteresowaniem spogląda w kierunku Chin. Zdał sobie sprawę z tego, że i on ma do zaoferowania Chińczykom obfite złoża ropy naftowej oraz żywność. A poza tym firmy, które wcześniej ograniczały produkcję przemysłową w Meksyku, teraz zaczynają wracać: bo koszty siły roboczej w Państwie Środka zdążyły już wzrosnąć, a przy tym dostrzeżono, że środkowoamerykańskie państwo posiada niepowtarzalny atut w postaci łatwego dostępu do rynku Stanów Zjednoczonych.

Pośród Meksykanów zaczyna teraz przeważać opinia, że wzrost Chin może się jednak opłacić. Wychodzę od redaktora Wu z poczuciem, że nie może być inaczej.

 

Kolumbia śladami Chile

W czerwcu cztery najbardziej otwarte gospodarki latynoskie, Meksyk, Kolumbia, Peru i Chile, mają podpisać traktat ustanawiający Unię Pacyfiku. Wówczas staną się najważniejszym blokiem gospodarczym w regionie: pod względem wartości handlu zagranicznego już teraz wyprzedzają Rynek Ameryki Południowej (Mercosur, złożony z Argentyny, Brazylii, Paragwaju i Urugwaju).

Przywódcy państw Unii Pacyfiku nie ukrywają, że ich zamiarem jest stworzenie rynku, który nie tylko byłby w stanie przyciągnąć uwagę Chińczyków, ale też samym Latynosom zapewniałby silniejszą pozycję w negocjacjach z gospodarkami azjatyckimi. Po dekadzie błyskawicznego wzrostu wymiany handlowej między Chinami i Ameryką Łacińską, w świecie latynoskim zaczyna przeważać opinia, że to, czy Chiny okażą się dla tego regionu „aniołem czy diabłem”, zależeć będzie głównie od tych krajów.

 

O ile Meksyk i Kolumbia dopiero odkrywają uroki gospodarczej współpracy z Chinami, Peru i Chile upajają się nią już od lat. Chiny są głównym partnerem handlowym Chile (tak samo jak Brazylii), a niedługo osiągną ten sam statut w przypadku Peru. I z Chile, i z Peru, Chińczycy zdążyli już podpisać układy o wolnym handlu, znacznie usprawniające współpracę.

Teraz o coś podobnego stara się Kolumbia, pragnąca odtworzyć chilijski sukces gospodarczy. W ostatnich dniach prezydent Manuel Santos rozmawiał z władzami Pekinu o perspektywach podpisania umowy wolnohandlowej. Namawiał też Chińczyków do zaangażowania się w wielkie inwestycje infrastrukturalne – takie jak budowa szlaku naftowego wiodącego z Karaibów nad Pacyfik, a także kolejowej alternatywy dla Kanału Sueskiego, przecinającej terytorium Kolumbii i zwanej „suchym kanałem”. Obydwoma projektami Pekin jest żywotnie zainteresowany, bo chce mieć jak najłatwiejszy dostęp do ropy naftowej z Wenezueli.

 

Chińska pułapka?

W tym samym czasie, gdy Europa i Stany Zjednoczone zmagają się z kryzysem finansowym, kraje latynoskie rozwijają się w tempie ponad 5%. Latynosi są świadomi, że w dużej mierze zawdzięczają tę sytuację Chińczykom, których rozpędzona gospodarka zgłasza coraz większy apetyt na latynoskie surowce oraz żywność.

Ale istnieje też druga strona medalu. W skierowanym do Chin eksporcie krajów Ameryki Łacińskiej dominują pojedyncze surowce. Chile sprzedaje przede wszystkim miedź, Argentyna soję, a Wenezuela i Kolumbia ropę naftową. To rodzi dwa niebezpieczeństwa. Po pierwsze, wpływy z eksportu surowców mogą prowadzić do wystąpienia tak zwanej holenderskiej zarazy. Uruchamiają mechanizmy inflacyjne w gospodarce, czyniąc pozostałe sektory mniej konkurencyjnymi. Problem ten dał się już we znaki Brazylii i Argentynie.

 

Po drugie, wymiana handlowa oparta o eksport surowców a import produktów przemysłowych może utrwalić niekorzystne miejsce krajów latynoskim w międzynarodowym podziale pracy. Oczywiście, wiele zależy od tego, jak poszczególne rządy zagospodarują wpływy z eksportu. Chile, podobnie jak Norwegia, przedstawiane jest od lat jako wzorzec do naśladowania. W obu krajach przeznaczono dochody z eksportu surowców na inwestycje w nowoczesne sektory przemysłu oraz zabezpieczenie społeczne przyszłych pokoleń. Nie wiadomo jednak, czy pozostałe kraje latynoskie dysponują już na tyle dojrzałymi systemami politycznymi, aby były w stanie podjąć równie mądre działania. Populizm prezydenta Wenezueli, Hugo Chaveza, oraz rządzącej Argentyną Christiny Kirschner każą w to powątpiewać.

Kraje latynoskie zakładają, że model wymiany gospodarczej między Ameryką Łacińską a Chinami w najbliższych latach ulegnie zmianie. Spodziewają się włączenia do skupionego wokół Chin globalnego łańcucha wartości dodanej: jako miejsce lokalizacji fabryk, centrów usługowych, czy nawet centrów badań i rozwoju. Brazylia i Chiny już teraz prowadzą szeroką współpracę badawczą, m.in. w lotnictwie. Chińskie firmy zaczynają też, wspólnie z miejscowymi partnerami, pracować nad produktami przeznaczonymi na specyficzne rynki Azji i Ameryki Łacińskiej.

 

Istnieje dość uzasadnione przekonanie o tym, że w miarę, jak wzrost Państwa Środka coraz mocniej opierać będzie się na pobudzaniu konsumpcji wewnętrznej, chińskie przedsiębiorstwa budowlane będą musiały znaleźć dla siebie nowe rynki. Kraje latynoskie liczą na to, że dzięki Chińczykom w końcu uda im się nadrobić luki w inwestycjach infrastrukturalnych. Póki co, brak odpowiednich dróg i portów stanowi główną barierę dla rozwoju handlu wewnętrznego i zagranicznego Ameryki Łacińskiej.

 

Czego więc się bać?

Jeśli tak, to chińskiej obecności w Ameryce Łacińskiej mogą obawiać się co najwyżej Europejczycy. Nie dlatego, aby Chiny w bezpośredni sposób nas z tego regionu wypierały. Handel Unii Europejskiej z regionem latynoskim nadal rośnie, tylko nie tak szybko, jak w przypadku Chin. Kraje europejskie są wciąż ważniejszym od Chin źródłem inwestycji bezpośrednich. Państwo Środka odpowiadało w 2010 r. za 9% FDI w regionie, podczas gdy Holandia za 13%, a Hiszpania i Wielka Brytania po 4%.

Ale jeśli współpraca gospodarcza między Chinami a Ameryką Łacińską będzie rozwijać się tak szybko, jak w okresie ostatnich pięciu lat, zaś Europejczycy nadal traktować będą region latynoski jako drugorzędny (o czym świadczą choćby przeciągające się negocjacje w sprawie traktatu handlowego UE-Mercosur), wówczas pewnego dnia może okazać się, że Ameryka Łacińska stoi już pełnym frontem do Azji, do Europy zwrócona plecami.

 

To zaś będzie miało konsekwencje zarówno ekonomiczne, jak i polityczne. W dyplomatycznych kuluarach mówi się o tym, że to Chińczycy stoją za decyzją Christiny Kirschner o nacjonalizacji argentyńskiej firmy naftowej YPF, która wcześniej w 51% należała do hiszpańskiego koncernu REPSOL. Po bankructwie z 2001 roku, i późniejszych sporach z wierzycielami, Argentyna ma trudności z pozyskaniem kredytu na międzynarodowych rynkach finansowych. Może liczyć na Chiny, ale to oznacza, że coraz częściej będzie ulegać Chińczykom w sprawach, którymi zainteresowani są również Europejczycy.

Istnieje też niebezpieczeństwo, że uzależnienie latynoskiego rozwoju od wzrostu gospodarczego Chin przełoży się na to, jak zachowywać się będą kraje Ameryki Łacińskiej na arenie politycznej, na przykład w kwestii przestrzegania praw człowieka i ewentualnych interwencji międzynarodowych – w Iranie, Syrii czy Korei Północnej. Wielu obserwatorów niepokoi brazylijska neutralność na forum ONZ w sprawie Libii i Syrii. Z reguły tłumaczy się ją tym, że Brazylia chce za wszelką cenę zademonstrować swoje ambicje mocarstwowe; gdyby natomiast docenić jej potęgę i włączyć do poszerzonej Rady Bezpieczeństwa ONZ, wówczas jej pozycja okazałaby się zbieżna z tą prezentowaną przez inne kraje Zachodnie: USA, Francję i Wielką Brytanię.

 

Może jednak być tak, że wraz z rozwojem gospodarczych więzów chińsko-latynoskich, kraje Ameryki Łacińskiej stopniowo przechodzić będą w orbitę sojuszników Chin. I że tak jak Państwo Środka oraz Rosja wspierać będą zasadę nieinterweniowania w sprawy wewnętrzne państw, choćby i najcięższych dyktatur. To zaś wróży ciężki okres dla globalnej polityki Zachodu.