dwutygodnik internetowy
21.05.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kto przytuli tygrysa?

Jako odkrywcy nie chcemy już więcej jeździć i zaliczać kolejnych atrakcji. Chcemy, żeby nasze podróże miały sens, wspierały fair trade, lokalnych przedsiębiorców – generalnie żeby miały na coś wpływ, najlepiej pozytywny. Z tej potrzeby narodziła się wolonturystyka, czyli połączenie wypoczynku z ochotniczą pracą. Pomoc stała się produktem, który świetnie schodzi z półek zachodniego świata.

tygrys_ilu

ilustr.: Zuzia Wojda

Wyobraźmy sobie, że grupa amerykańskich turystów przyjeżdża do Krakowa. Oprócz zwiedzania Wawelu i obowiązkowych pierogów na obiad jadą jeszcze w odwiedziny do domu dziecka. Tam czeka na nich występ w strojach krakowskich przygotowany przez dzieci, potem zwiedzanie całego budynku, grupowe zdjęcia, przytulanie, oglądanie pokoi dzieci i ich książek do szkoły, a potem jeszcze zbieranie dobrowolnych datków. Brzmi absurdalnie, jeśli pomyślimy, że to się może dziać w Polsce, ale wydaje się zupełnie normalne w Kambodży czy Nepalu.

1.

Dziś już nikt nie chce być po prostu turystą. Wyjazdy stały się wyprawami, my coraz częściej tytułujemy się podróżnikami. Jako odkrywcy nie chcemy już więcej jeździć i zaliczać kolejnych atrakcji. Chcemy, żeby nasze podróże miały sens, wspierały fair trade, lokalnych przedsiębiorców – generalnie żeby miały na coś wpływ, najlepiej pozytywny. Z tej potrzeby narodziła się wolonturystyka, czyli połączenie wypoczynku z ochotniczą pracą. Jej początki można zauważyć już w latach 70., kiedy duże organizacje zajmujące się pomocą humanitarną i rozwojową zaczęły organizować wyjazdy dla chętnych, którzy w miejscach dotkniętych problemami mogli pomóc swoją pracą. Potem tę rolę przejęły biura turystyczne, często skrywające się za szyldem organizacji, fundacji czy projektów międzynarodowych. Pomoc stała się produktem, który świetnie schodzi z półek zachodniego świata.

„Nie masz doświadczenia medycznego ani studiów, które umożliwiłyby Ci pracę w szpitalu? Placówki w Peru mogą dać Ci jedyną w życiu szansę na pracę wśród chorych! Niezależnie od posiadanego doświadczenia, jedynym koniecznym do spełnienia warunkiem jest znajomość języka hiszpańskiego w stopniu umożliwiającym komunikatywność z pacjentami”. Tak brzmi ogłoszenie na stronie jednej z najbardziej rozpoznawalnych firm zajmujących się wysyłaniem wolontariuszy za granicę. Jako medyk bez kwalifikacji, jedynie z podstawową znajomością języka, mogę zostać wolontariuszką na oddziale ginekologii, położnictwa czy nawet chirurgii. Firma zapewnia, że osoby bez doświadczenia nie muszą się martwić – dzięki sumienności, rzetelności oraz pasji w pewnym momencie zostaną mi powierzone bardziej samodzielne zadania. Wspomina o tym wolontariuszka, której relacja jest dostępna na stronie internetowej operatora. Kinga, licealistka z Poznania, marzy o studiach medycznych. Podczas dwutygodniowego wolontariatu w Peru nauczyła się nie tylko mierzyć ciśnienie, lecz także zszywać rany.

Na dwa tygodnie można wyjechać również jako wolontariusz i pomagać w świetlicach środowiskowych, przedszkolach czy w centrach dziennego pobytu dla dzieci. Przez dwa tygodnie przyjezdni mogą bawić się z dziećmi, a czasem nawet uczyć je angielskiego. Jak przekonują organizatorzy, nie trzeba mieć żadnego wcześniejszego doświadczenia. Wystarczy chęć, a twoja troska i miłość pomoże dzieciom w nauce, rehabilitacji czy życiu codziennym. Co prawda po fali ujawnionych przypadków pedofilii oraz krytyki, która udowodniła, że za niektórymi sierocińcami (zwłaszcza w Azji Południowo-Wschodniej) stoi wielki biznes, wiele organizacji świadomie zrezygnowało z wolontariatu w domach dziecka, w zamian stawiając na przedszkola i świetlice, ale nie rozwiązuje to problemu. W tak krótkim czasie nie da się przekazać dzieciom wiedzy, którą organizacje często obiecują rodzicom. Dla wolontariusza wiele wyjazdów ma być przygodą na całe życie, niesamowitym doświadczeniem, szansą na zdobycie doświadczenia zawodowego. Jednak niewiele organizacji zastanawia się nad konsekwencjami dla społeczności lokalnej. Czy dla niej ciągłe dwutygodniowe rotacje niewykwalifikowanych wolontariuszy, przyczyniające się do wzrostu bezrobocia i powstawania sytuacji patologicznych, też będą niesamowitą przygodą?

2.

Alicja Kosińska jest koordynatorką projektu Zanim Pomożesz, realizowanego przez Fundację Go’n’Act. W 2012 roku pojechała na wolontariat do Kambodży. Na miejscu okazało się, że zamiast zajmować się dziećmi będzie uczyć angielskiego. Niezależnie od swoich kompetencji stwierdziła, że zakasze rękawy i zabierze się do działania. Wyjazd przebiegł świetnie, po pół roku Alicja postanowiła wrócić ponownie na wolontariat do tego samego miejsca, tym razem jednak na własną rękę. Okazało się, że ubrania i książki, które sama dokupiła dla sierocińca – zniknęły. Zniknęły także meble oraz część dzieci.

Jak się potem okazało, częstym procederem jest przenoszenie dzieci z jednego sierocińca do innego, by uniknąć konsekwencji prawnych czy problemów z rodzinami podopiecznych. O problemie tak zwanej turystyki sierocej zrobiło się głośno po wyemitowanym przez Al-Jazeerę dokumencie poświęconym sierocińcom w Kambodży i biznesowi zbijanemu dzięki wolontariuszom. Według danych UNICEF na świecie około ośmiu milionów dzieci przebywa w sierocińcach i podobnych placówkach. Dane pokazują jednak, że 77% dzieci znajdujących się w kambodżańskich sierocińcach ma przynajmniej jednego rodzica. Dlaczego tak się dzieje? W wielu sytuacjach czynnikiem determinującym odebranie potomka są złe warunki materialne, w których żyje rodzina. Rodzice są zachęcani do oddania dziecka do sierocińca czasowo lub na stałe, a w tej decyzji ma im pomóc zapewnienie o dobrych warunkach na miejscu. W ich oczach taki pobyt jest także szansą dla dziecka na lepsze życie.

Niestety turystyka sieroca, która polega na odwiedzaniu sierocińców przy okazji podróżowania po krajach zmagających się z ubóstwem (zarówno w formie jednorazowej wizyty, jak i dłuższego pobytu w ramach wolontariatu), napędza koniunkturę. Każdy z odwiedzających bowiem zostawia pieniądze – czy to z własnej woli, poruszony losem dzieci, czy wręcz po pewnym szantażu emocjonalnym, związanym z tragicznymi warunkami panującymi w sierocińcu. Niewystarczający okazuje się światowy trend (obecny również w Europie) na rzecz takich form wspierania rodzin zagrożonych rozpadem, które nie zakładają umieszczania dzieci od razu w sierocińcu. Niepokojące jest, że tak wielu obywateli bogatszej części świata wyrusza w podróż i jednocześnie wspiera finansowo ten sierocy biznes. Dostępny w internecie film „The Orphan Bussines” pokazuje od środka, że przyjeżdżający z bogatej Północy turyści na początku dostają do podpisania akt darowizny, a potem mogą iść pobawić się z dziećmi. Nikt nie sprawdza dokumentów, nie spisuje danych. Nikt nie wie, czy do kontaktu z dziećmi właśnie nie zaprosił pedofila.

3.

Niezmiennie popularny jest wolontariat polegający na pracy w ośrodkach dla dzikich zwierząt. Małe lwiątka i piękne tygrysy to obiekt pożądania wielu wolontariuszy, tym bardziej że ochrona zwierząt i pomoc dla nich znajdują się dzisiaj w nurcie proekologicznych trendów. Jednak w wielu sytuacjach możemy spotkać się z krzywdą wyrządzaną zwierzakom. Ich przytulanie tylko uniemożliwi im powrót do natury: jeśli wrócą na wolność, oswojone z człowiekiem, nie będą bały się podchodzić do okolicznych osad, co stworzy zagrożenie zarówno dla nich samych, jak i dla ludzi. Innym problemem jest wspieranie centrów, które pod osłoną ośrodków opiekuńczych dla zwierząt zajmują się hodowlą na odstrzał. Tak jest chociażby w RPA, gdzie lwy w ośrodkach hodowli przeznaczane są do tak zwanych polowań zagrodowych. Myśliwy zawczasu wybiera sobie zwierzę, które wypuszczane jest na ogrodzony wybieg, dzięki czemu może być praktycznie pewien sukcesu. Wielu z hodowców zarabia na przyjeżdżających wolontariuszach, mają w nich bowiem bezpłatną siłę roboczą, a następnie czerpią dodatkowy dochód ze sprzedaży lwów. Oczywiście nie wszystkie ośrodki działają w ten sposób istnieje wiele działań dla osób zainteresowanych przyrodą, inicjatywy te jednak nie są aż tak spektakularne. Bo czy żmudne badania albo udział w projekcie edukacyjnym będą tak samo ekscytujące jak wyprowadzanie na spacer tygrysa na łańcuchu w Tajlandii?

Innym popularnym ostatnio typem wolontariatu jest wolontariat medyczny. To możliwość spełniania swoich marzeń, którą oferuje się niedoszłym lekarzom. Bez doświadczenia, bez przygotowania – wystarczy chęć i można zszywać rany, uczestniczyć przy odbieraniu porodu, robić wywiady lekarskie. – Problemem jest to, że na takie wolontariaty jadą osoby, które nie mają absolutnie żadnej wiedzy medycznej – mówi Alicja Kosińska. – Niestety działa to tak, że klinika dostaje około stu dolarów za obecność wolontariusza, dlatego szpitale są chętne, by ich przyjmować. Żeby dostarczyć gościom jak najciekawszych doświadczeń, dopuszcza się ich do pacjentów. Kończy się to tym, że szesnastolatkowie szyją rany, biorą udział w zabiegach aborcji czy pomagają nastawiać kończyny. Jest to potwornie szokujące. W tym przypadku najbardziej dosadnie widać to, co leży u podstaw nieetycznego wolontariatu – że ma ono być przygodą dla wolontariusza. Masz robić coś, czego wcześniej nigdy nie robiłeś.

4.

Jak znaleźć wolontariat, który jest etyczny? Czy wszystko już stracone i każdy wyjazd skończy się pogłębianiem bezrobocia wśród lokalnej społeczności bądź powielaniem zachowań neokolonialnych? Czym w ogóle jest etyczny wolontariat? – Etyczny wolontariat to taki, który ma na celu pomoc i uwzględnienie lokalnych potrzeb bardziej niż uwzględnienie potrzeb wolontariuszy.odpowiada Alicja. – Poza tym współpraca powinna być partnerska i dawać lokalnej społeczności większe poczucie sprawczości i samodzielności, a nie zależności. Etyczny wolontariat to wolontariat, w ramach którego podejmujemy działania, do jakich mamy kompetencje. A jeśli ich nie mamy, to jesteśmy gotowi się uczyć od lokalnej społeczności.

Od pewnego czasu widać krytyczne podejście do współczesnych form wolontariatu zagranicznego. Osoby wyjeżdżające do krajów globalnego Południa nierzadko pogłębiają stereotypy oraz nasilają zjawisko neokolonializmu – chociażby w sytuacji, w której biały człowiek, przyjeżdżając do nieznanego sobie kraju azjatyckiego, chce zajmować się pracą, do jakiej ze względu na brak umiejętności nigdy nie zostałby dopuszczony u siebie. Niestety wciąż obecne jest (zarówno wśród beneficjentów, jak i wolontariuszy) pewne przeświadczenie o wyższości kompetencji zagranicznego turysty nad kompetencjami lokalnego specjalisty. Sam fakt, że wolontariusz pochodzi z kraju o wyższym standardzie życia, lepszej opiece medycznej, stawia go wyżej niż lokalnego nauczyciela, lekarza lub budowniczego po studiach czy z wieloletnim doświadczeniem. A to skutkuje nieustannym pogłębianiem bezrobocia. Po co zatrudniać lokalnego nauczyciela angielskiego, skoro można przyjmować darmowych wolontariuszy z zagranicy? Po co zlecać odbudowę domów miejscowym ekipom budowlanym, pochodzących na przykład z innych części kraju niedotkniętych kataklizmem, skoro na ich miejsce mogą przyjechać wolontariusze? Niekoniecznie kompetentni, ale darmowi?

W dyskusji o etyce wolontariatu często pojawia się także kwestia opłat za wyjazd. – Funkcjonuje uproszczenie, że duża firma, która wymaga opłat, jest zła, a mała, niezależna firma: dobra. I że jeśli znajdę sobie sama wolontariat, bez pośrednika, to automatycznie będzie etyczny, a jeśli pojadę z pośrednikiem i zapłacę, to nieetyczny. To jest dosyć szkodliwe uproszczenie, ponieważ możesz pojechać z płatnym pośrednikiem na wolontariat, który odpowiada twoim kompetencjom, i być na miejscu przez odpowiednio długi czas, lub pojechać bez kompetencji na miesiąc do sierocińca, który znalazłaś w internecie. Opłaty nie są tu kluczowe. – Alicja podaje także przykład informatyka. – Jeśli pojedzie on na dwa tygodnie prowadzić warsztaty z budowania stron internetowych, to w trakcie pobytu osiąga realny cel, ma do tego know-how. Nawet jeśli jest na miejscu krótko, to przekazał uczestnikom konkretną wiedzę. Nawet jeśli pojedzie z drogim pośrednikiem, to trudno stwierdzić, że to nieetyczne czy nieefektywne. Z kolei jeśli ktoś pojedzie do sierocińca na miesiąc i w dodatku nie ma żadnych kompetencji do zajmowania się dziećmi, to bez większego znaczenia jest to, czy wybierze się tam z pośrednikiem, czy na własną rękę.

5.

Sytuacja nie jest jednak jeszcze dramatyczna. Magda spędziła dwa lata na Kubie i dwa lata w Argentynie. Wyjechała ze wspólnotą Domy Serca, która skupia się na spędzaniu czasu z samotnymi ludźmi, pomocy dzieciom w trudnych sytuacjach rodzinnych czy wspieraniu osób niepiśmiennych przy załatwianiu urzędowych spraw. Wspólnota z założenia nie pomaga materialnie. Żeby wyjechać na wolontariat, trzeba zdecydować się na co najmniej roczny pobyt w danym miejscu. Sama rekrutacja jest dosyć wymagająca. Trzeba zaświadczyć o swojej niekaralności oraz dobrym stanie zdrowia psychicznego i fizycznego, a następnie uczestniczyć przez dziesięć miesięcy w przygotowaniach do wyjazdu. Przyszli wolontariusze mają przed sobą trzy spotkania weekendowe oraz dziesięciodniowy staż. Każdy jest objęty indywidualną opieką i wsparciem. Wspólnota nie wysyła wolontariuszy do krajów, o których marzą; można zaznaczyć swoje preferencje, ale to kompetencje oraz predyspozycje decydują o tym, dokąd kto pojedzie. Organizatorzy starają się, żeby był to układ korzystny dla obu stron. Nie liczy się tylko przygoda wolontariusza i spełnienie jego podróżniczych marzeń o egzotyce – równie ważne jest dopasowanie jego kompetencji do potrzeb danej społeczności.

Jak widać, wciąż istnieją miejsca, które potrzebują wolontariuszy i które działają etycznie. Jak trafić na taką organizację i jak nie dać się nabrać oszustom? Jak podejść do wyjazdu odpowiedzialnie i na co zwrócić uwagę? – Przeanalizowałabym na początku własne kompetencje, to, w czym jesteśmy najlepsi – bo właśnie to możemy z siebie dać. Następnie musimy pomyśleć, ile mamy czasu; w przeciągu tygodnia lub dwóch możemy realnie pomóc, ale tylko jeśli dysponujemy odpowiednimi kompetencjami – wymienia Alicja. – Jeżeli nie mamy kompetencji, a bardzo chcemy pojechać, warto poszukać organizacji, które nie organizują stricte wolontariatu, tylko wyjazdy edukacyjne. Są one nastawione bardziej na partnerstwo, zakładają, że będziemy się uczyć i poznawać, a nie pomagać. Paradoksalnie bowiem to właśnie „pomaganie” jest chyba najbardziej problematycznym aspektem wolontariatu. Niesie za sobą ryzyko, że wolontariusz jedzie na miejsce z misją i z przekonaniem, że bez niego lokalna społeczność sobie nie poradzi. A tak naprawdę trafia do środowiska, które często nie potrzebuje jego obecności. W dużej mierze jest to więc kwestia przemyślenia, czym w ogóle jest dla mnie pomoc. Gdy już przemyślimy kwestie czasu i kompetencji, warto poszukać organizacji, która weźmie pod uwagę nasze umiejętności i w której obowiązuje rygorystyczna rekrutacja. Nawet jeżeli mamy dobre intencje i kompetencje do zajmowania się dziećmi, to wyjazd z kimś, kto nie wymaga od nas żadnego dokumentu pozwalającego na pracę z nieletnimi, jest bardzo ryzykowny. Sami co prawda wtedy nie zaszkodzimy, ale wzmocnimy system, w jakim z dziećmi mają kontakt osoby, które być może nigdy nie powinny zostać do tego dopuszczone.

6.

Niestety świadomość dotycząca negatywnych zjawisk i skutków ubocznych związanych z wolontariatem wśród osób chcących wyjechać wciąż jest zbyt niska. Wolontariat nadal funkcjonuje jako świetna przygoda, którą można przeżyć wśród slumsów.

Świadomość ludzi w kwestii wolontariatu zagranicznego faktycznie powoli rośnie. – przyznaje Alicja Kosińska. – Z drugiej strony jednak widzę, że ludzie lubią usprawiedliwiać swoje postępowanie. W pewnym sensie jest to zrozumiałe. Kiedy po powrocie z Kambodży zrozumiałam, że sama padłam ofiarą manipulacji, naprawdę strasznie ciężko było mi przepracować w swojej głowie to, że pojechałam na miejsce z dobrymi intencjami, a wzięłam udział w czymś, co przypomina wyzysk. W takiej sytuacji bardzo łatwo się usprawiedliwiać, mówić sobie: „przecież chciałam dobrze, moja praca na pewno przyniosła efekty”. Często się z tym spotykam, że wolontariusze szukają wytłumaczenia dla swoich działań. Mówią: „JA pojechałem do tego sierocińca i JA widziałem, że na miejscu potrzebują pomocy”. A to, co widzą, jest niestety czasami bardzo złudne i dobrze wyreżyserowane. Poza tym – chcąc jechać na wolontariat, najczęściej sprawdzamy opinie innych wolontariuszy. Koncentrują się ona na wrażeniach danej osoby i jej emocjach. Łatwo jest wtedy ulec wrażeniu, że takie wolontariaty są skuteczne, ale w ten sposób nie znajdziemy opinii o tym, jakie były realne efekty pracy, co wskazała ewaluacja danego projektu. Wolontariusze niestety często mylą poczucie własnego spełnienia z wymiernym efektem swoich działań.

7.

Paulina na studiach pisała pracę magisterską o indyjskich wdowach. Ze względu na swój status takie kobiety są często wykluczone z własnego środowiska, odrzucone nawet przez rodzinę. Wiele z nich przyjeżdża do miasta Vrindavan, gdzie mogą liczyć na wsparcie różnych organizacji pozarządowych. Paulina trafiła na chwilę do organizacji White Rainbow Project – chciała spotkać się z wdowami. Studiowała indologię, zna język i realia Indii. Swoją obecność na miejscu tłumaczy bardziej badaniami terenowymi niż pragnieniem podjęcia wolontariatu. W dniu jej wyjazdu, Asha, koordynatorka White Rainbow Project zapytała: „Co dla nas zrobisz po powrocie do Polski?”.

I to jest kolejne pytanie, które warto sobie zadać jeszcze przed wyjazdem.

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego internetowego wydania Kontaktu można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Sknera na wakacjach, czyli nie każde oszczędzanie to cnota

„Azja Express” – podróż do źródeł dominacji