dwutygodnik internetowy
2.07.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kto przegrał w Kolumbii

W niedzielę 17 czerwca po raz pierwszy w historii demokratycznej Kolumbii lewicowy kandydat, unikający jakiegokolwiek flirtu z neoliberalizmem, przeszedł do drugiej tury wyborów. Gustav Petro zmierzył się z ultraprawicowym Ivanem Duque o stanowisko prezydenta. Neoliberał wygrał z wynikiem 55 procent, Petro poparło 41 procent głosujących.

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

Ivan Duque, popierany przez jednego z najbardziej wpływowych polityków Kolumbii, Alvaro Uribe, wygrał wybory. Jednak sam fakt, że do drugiej tury przeszedł kandydat otwarcie lewicowy, jest dla Kolumbijczyków wydarzeniem historycznym, trudno bowiem o wizje na rozwój kraju bardziej odległe niż te, które mieli dwaj rywale.

Choć wyborcy Duque chcą wierzyć w samodzielność kandydata, nawet oni nie mają złudzeń, że nowy prezydent zakończy prześladowania przeciwników politycznych i aktywistów, z których zasłynęły rządy Uribe (2002–2006 i 2006–2010). Ten ostatni znany jest ze skandali związanych z poważnymi naruszeniami praw człowieka i prześladowaniem opozycji. Priorytetem jego rządów była walka z Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii (FARC) – największą kolumbijską grupą rebeliancką, uznawaną również za najbogatszą partyzantkę na świecie. W tym celu zalegalizował grupy paramilitarne, dzięki czemu mogły one korzystać ze środków przeznaczonych dla wojska kolumbijskiego. Wiążą się z tym skandale z pozajurysdykcyjnymi egzekucjami osób niemających z FARC nic wspólnego, opisane między innymi przez Artura Domosławskiego w „Wykluczonych”. Środki zagraniczne na walkę o pokój zostały wtedy wykorzystane do opłacenia eliminowania domniemanych rebeliantów. Za zamordowanie członka FARC wojsko otrzymywało zapłatę. Degenerująca polityka doprowadziła do zabójstw niewinnych „wykluczonych”: osób ubogich, bezdomnych, chłopców ze wsi – tych, o których nikt by się i tak nie upomniał. Wojskowi przebierali ich w partyzanckie mundury, mordowali i otrzymywali pieniądze za skuteczną walkę z FARC. Skandal ujrzał światło dzienne dzięki jednej z matek zamordowanych, która udowodniła, że jej syn nie mógł być szefem gangu, ponieważ był niepełnosprawny i wymagał opieki specjalistycznej.

Uribe to polityk skrajnie neoliberalny. Rozwój kraju promuje, skupiając się na statystykach ekonomicznych i wzroście produktu krajowego brutto, pomijając zupełnie kwestię nierówności społecznych. Jednym z silnie forsowanych przez niego projektów była budowa największej tamy w Kolumbii – Hidroituango. Jest to projekt, który od początku budził ogromne kontrowersje, zarówno ze względów środowiskowych i wpływu na społeczności, jak i historii tego obszaru, na którym w wyniku wojny domowej znajduje się wiele niezidentyfikowanych ciał. O wspomnianych kontrowersjach pisano nawet w prasie zagranicznej, na przykład w Le Monde Diplomatique („Inna wojna w Kolumbii”, sierpień 2017). W tym roku tama Hidroituango wróciła na pierwsze strony gazet z powodu największej w historii Kolumbii tragedii na zaporze wodnej, z powodu której ewakuowanych zostało 16 tysięcy osób. Uribe oraz firma odpowiedzialna za budowę do tej pory przedstawia informacje na temat domniemanego zbawiennego wpływu tej inwestycji na gospodarkę kraju. Notowane są zastraszenia i morderstwa członków ruchu Rios Vivos, sprzeciwiającego się budowie elektrowni wodnych i nagłaśniających tragiczne skutki realizacji tej i podobnych inwestycji. Według aktywistów zapotrzebowanie Kolumbii na energię jest zaspokojone i to popyt na energię na rynkach zagranicznych i chęć sprzedaży jest powodem budowy elektrowni wodnych.

Cień wojny

Kwestią silnie niepokojącą przeciwników nowo wybranego prezydenta są jego zastrzeżenia do procesu pokojowego podpisanego z FARC. Próby zmian w umowie mogłyby doprowadzić do zerwania traktatu pokojowego, kończącego 52 lata wojny domowej. Według oficjalnych danych konflikt ten pochłonął 200 tysięcy ofiar i spowodował jedne z największych na świecie przesiedleń, które przekroczyły 6,5 miliona osób. Wojna domowa doprowadziła też do ogromnych podziałów – część społeczeństwa straumatyzowana jest przez działania lewicowych guerilli, kolejna przez grupy paramilitarne walczące z guerillą, a jeszcze inni przez pozostałe strony konfliktu. Patową sytuację dodatkowo komplikuje kwestia wzrostu popytu na eksport kokainy do krajów zachodnich. FARC stało się najbogatszą partyzantką na świecie, przejmując kontrolę nad plantacjami w celu uzyskania środków na dalszą walkę. Rabowane były tereny pod uprawy, ludność rdzenna i wiejska pozbawiona została żyznych terenów. Część rdzennych mieszkańców uciekła do lasów, zaś rolnicy często osiedlali się w miastach, tworząc nowe dzielnice, zamieszkałe przez osoby naznaczone traumą powojenną, bez pracy i bez perspektyw.

Sprawa traktatu pokojowego od początku była chwiejna. Obecny prezydent, Juan Manuel Santos, którego kadencja trwa do 7 września, będąc pewny głosów „za pokojem”, w październiku 2016 zorganizował w tej sprawie referendum. Ku jego zaskoczeniu, Kolumbijczycy zagłosowali przeciw. Powodami takiego obrotu sprawy były między innymi obawy przed włączeniem FARC w legalne życie polityczne, a także negatywna kampania prowadzona przez Alvaro Uribe, któremu Santos niejako ukradł sławę związaną z podpisaniem traktatu. Niedługo po fiasku głosowania Juan Manuel Santos dzięki kontrowersyjnej decyzji Komitetu otrzymał pokojową Nagrodę Nobla, o której mówi się, że miała go zmotywować do utworzenia drugiej wersji traktatu – i faktycznie został on podpisany jeszcze w grudniu tego samego roku. Niezależnie od dyskusji o braku drugiego referendum pewne jest, że choć oficjalnie konflikt się zakończył, przemoc w kraju jest wciąż obecna. Świadczy o tym zgłoszona niedawno w ONZ liczba 261 zamordowanych od tego czasu aktywistów, w tym wielu liderów pochodzących z ludności rdzennej. Jest to wynik dający Kolumbii niechlubne drugie miejsce w Ameryce Łacińskiej pod względem zabójstw aktywistów politycznych.

Lewicowa utopia w drugiej turze

Choć Petro przegrał drugą turę wyborów, jego kampania polityczna niewątpliwie była sukcesem ze względu na znaczącą liczbę głosów, które udało mu się uzyskać. Jest to wynik wielu czynników, ale najważniejszym wydaje się zmęczenie społeczeństwa skostniałą, skorumpowaną i oligarchiczną elitą polityczną oraz partiami tradycyjnymi, od dawna niezmiennie obecnymi na kolumbijskiej scenie politycznej. Wykształcony na Zachodzie Gustaw Petro, ze sztandarem „Colombia Humana” (Ludzka Kolumbia) wyszedł do marginalizowanych przez lata społeczności afro i grup rdzennych, postulując darmową edukację i decentralizację władzy. Jako jedyny spośród kandydatów sprzeciwiał się wielkim projektom wydobywczym (ogromnie korzystnym dla mniejszości rządzącej, a często niszczącym całkowicie środowisko lokalnych społeczności), zamiast mówić o wzroście ekonomicznym mówił o ludziach i dążeniu do sprawiedliwości społecznej.

Petro zbudował utopijny obraz przyszłości i przywrócił nadzieję, którą wielu już straciło. Trudno ocenić, które postulaty z mnóstwa rzuconych w tłum haseł ów kandydat faktycznie by zrealizował. Choć Petro jest od kilkunastu lat senatorem, był także burmistrzem Bogoty, zaprezentował się w kampanii jako postać sprzeciwiająca się elitom. Kolumbia to kolejny przykład kraju, w którym wykreowanie się na postać spoza establishmentu przynosi polityczne efekty. W tych wyborach kandydatów było wielu i wielu – tych, którzy nie uzyskali rozgłosu medialnego – odniosło porażkę. Przykładem jest choćby Umberto de la Calle, lewicowy polityk, który mimo rzetelnego programu otrzymał jedynie 2 procent poparcia. Nie mógł stać się ulubieńcem tłumów, gdyż zbyt wiele lat pracował w strukturach państwowych. Nie uzyskał także rozgłosu ani w mediach społecznościowych (co znakomicie udało się Petro), ani w mediach tradycyjnych.

Wielkim pytaniem było, jak siedemnastego czerwca zagłosują ci, którzy nie chcieli głosować radykalnie. W ostatnich dniach ważyły się przede wszystkim głosy grupy wyborców Sergio Fajardo – kandydata centrowego, który w pierwszej turze uzyskał 23 procent poparcia. Na czas wyborów zawarł on koalicję z Claudią Lopez, która w przypadku jego wygranej miałaby otrzymać stanowisko wiceprezydenta. W ostatnich dniach przed drugą turą reprezentanci uznawanej w Kolumbii (pomimo nazwy) za partię centrową Partido Verde – Claudia Lopez i Antanas Mockus – publicznie ogłosili, że nie użyją „głosu nieważnego”, a zagłosują właśnie na Gustava Petro. Ta deklaracja to znacząca zmiana, bo w wielu kwestiach Gustav Petro i nadmienieni politycy zupełnie się nie zgadzają. Z pewnością w Kolumbii zrodziła się nowa siła polityczna, nie będzie ona jednak jak na razie widoczna wśród rządzących. Kraj stoi teraz przed wieloma pytaniami: na ile rządy Ivana Duque będą sterowane przez przez Alvaro Uribe? Jakie zmiany nowy prezydent wprowadzi w traktacie pokojowym i jak wpłyną one na bezpieczeństwo? Czy podczas rządów Duque zginie tyle samo aktywistów, co podczas prezydentury Alvaro Uribe? Realizacje ilu z wydanych przez Uribe koncesji umożliwi nowy rząd i czy będą one tak samo tragiczne w skutkach jak promowana przez Uribe budowa tamy Hidroituango? Wreszcie: jak będzie działać opozycja i czy zjednoczy się na tyle, aby wygrać kolejne wybory?

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

 ***

Polecamy także:

Dzienniki nie-motocyklowe. Z ziemi polskiej do kolumbijskiej

Wenezuelska układanka