dwutygodnik internetowy
12.01.2015
magazyn papierowy


Ksiądz Zieja. Prorok na dzisiejsze czasy

Bogactwo Kościoła i jego polityczna potęga bywają nie tylko zgorszeniem dla przysłowiowych ‘maluczkich”, ale zatruwają myślenie samych jego sług.

ilustr.: Rafał Kucharczuk

Bogactwo Kościoła i jego polityczna potęga bywają nie tylko zgorszeniem dla przysłowiowychmaluczkich”, ale zatruwają myślenie samych jego sług.

 

„Czym jest Kościół, czym jest chrześcijaństwo, czym jest wiara, poznajemy patrząc na ludzi, którzy tę wiarę wyznawali, którzy wedle tej wiary żyli, którzy tej wierze dawali świadectwo, patrząc na świętych i męczenników, na apostołów i proroków, na biskupów zarządzających sprawami Kościoła, wreszcie na ludzi – powiedzmy – zwykłych , bo całym życiem dawali świadectwo wierze. Widzimy tych ludzi w przeszłości, w historii Kościoła, w świecie, czy też w naszym własnym kraju, spotykamy ich – jeśli mamy szczęście – żyjących pośród nas.

Do takich ludzi należy […] ksiądz Jan Zieja, chłop z Opoczyńskiego, ze wsi Osse” – słowa te napisał ponad ćwierć wieku temu redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” Jerzy Turowicz. Są fragmentem wstępu do książki: „Jan Zieja. Życie Ewangelią spisane przez Jacka Moskwę”. Opracowana przy moim współudziale, stanowi kronikę życia tego niezwykłego kapłana, który nie doszedł do wysokich funkcji kościelnych ani nie założył zgromadzenia zakonnego, a mimo to wywarł silny wpływ na wielu swoich współczesnych, Jednocześnie jest jego testamentem, który zyskuje nową aktualność w czasie pontyfikatu papieża Franciszka i wyraźnego kryzysu polskiego Kościoła.

Nie ma tu miejsca na szczegółowy szkic biograficzny o tej niezwykłej postaci kapłana urodzonego w 1897 roku. Zainteresowanych odsyłam do „Życia Ewangelią”. Dwa wydania tego wywiadu-rzeki ukazały się na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku w „Éditions du Dialogue”, oficynie polskich pallotynów we Francji, wielce zasłużonej dla otwartego katolicyzmu i kultury niezależnej. W warunkach odzyskanej wolności znaczna część nakładu mogła już dotrzeć do kraju. Później książka stała się trudno osiągalna, zdarzało się, że robiono z niej kseroksowe kopie, a fragmenty cytowano na internetowych portalach poświęconych temu kapłanowi. Ksiądz Zieja po swojej śmierci w październiku 1992 roku stał się bowiem legendą. Wielokrotnie zdarzało mi się spotkać świeckich i duchownych zafascynowanych jego przesłaniem, wśród nich kilku księży piszących o nim prace magisterskie, a nawet doktorskie. „Życie Ewangelią” zostało wznowione przez Krakowski „Znak” w roku 2010 i też nieźle się rozeszło. Egzemplarze z drugiego polskiego wydania można jeszcze znaleźć w niektórych księgarniach czy w Internecie.

Życiorys księdza Zieji wydaje się pełen sprzeczności. Zafascynowany we wczesnej młodości, właściwie jeszcze w dzieciństwie, Ewangelią, wyciągał z niej skrajnie radykalne wnioski. Było to przede wszystkim dążenie do ubóstwa, własnego, ale także całego Kościoła. Po drugie, integralny pacyfizm, który głosił nawet wtedy, gdy przyszło mu być kapelanem wojskowym podczas wojen 1920 i 1939 roku, a później duszpasterzem Szarych Szeregów, Komendy Głównej Armii Krajowej i batalionu „Baszta” w Powstaniu Warszawskim. Po trzecie wreszcie, jego niemniej integralny ekumenizm, obejmujący nie tylko wszystkich chrześcijan, niezależnie od obrządku, ale także wyznawców judaizmu – zwłaszcza ich – ale też islamu.

 

Kontestacja i wierność

Można powiedzieć, że Jan Zieja był w wielu swoich działaniach kontestatorem. Utrudniało mu to kościelną „karierę”. W latach dwudziestych XX ubiegłego stulecia ordynariusz diecezji sandomierskiej nie chciał powierzyć parafii księdzu, który programowo odmawia przyjmowania pieniędzy za posługi religijne, bo rzekomo będzie to „demoralizowało” zarówno wiernych, jak innych kapłanów. Prebendę dał mu dopiero biskup piński Zygmunt Łoziński, dziś kandydat na ołtarze. Wcześniej ksiądz Zieja zdobywał się na spektakularne gesty protestu, jak poprowadzenie pogrzebu domniemanej samobójczyni, przekraczanie bez paszportu granic w pieszej wędrówce do Rzymu czy pojawienie się wśród duchowieństwa w watykańskiej bazylice św. Piotra w szatach poleskiego żebraka. Głód sprawiedliwości społecznej zaprowadził go jeszcze przed II wojną światową w szeregi „Wici”, młodzieżowej organizacji chłopskiej o bardzo lewicowym i antyklerykalnym charakterze, w latach siedemdziesiątych XX wieku natomiast kazał mu wejść w skład Komitetu Obrony Robotników, złożonego z ludzi o różnej proweniencji i orientacji ideowej. Ksiądz Zieja należał do tych duchownych, którzy w obliczu totalitarnego sytemu dawali świadectwo prawdzie. Już w roku 1953 z ambony warszawskiego kościoła Wizytek mówił wiernym o internowaniu prymasa Wyszyńskiego, co kontrastowało z milczeniem, a później aprobatą tej decyzji władz, wyrażoną przez episkopat.

Zdarzało mu się jednak także w otwarty sposób krytykować poglądy wysokiej rangi hierarchów, nawet tegoż kardynała Wyszyńskiego (przy okazji dyskusji nad koncepcją duszpasterskiego programu Wielkiej Nowenny). Spotykały go za to przykrości. Nigdy jednak, nawet kiedy traktowano go surowo czy niesprawiedliwie, nie myślał o opuszczeniu Kościoła czy choćby stanu kapłańskiego. Jeśli krytykował – to od wewnątrz. Kościołowi pozostawał wierny, także wtedy, gdy spotkała go krzywda ze strony jego przedstawicieli.

Ksiądz Zieja nie pozostawił po sobie żadnej doktryny czy całościowego systemu ideowego. Głosił Ewangelię, jej prawdę poświadczając swoim postępowaniem. Wobec władz, tak państwowych, jak kościelnych, przyjmował postawę prorocką. Prorok – pisał Martin Buber w szeroko znanym eseju o Platonie i Izajaszu – „nie wierzy, że człowiek posiadający ducha jest powołany do sprawowania władzy. Sam jest człowiekiem wypełnionym duchem i pozbawionym jakiejkolwiek władzy. Być prorokiem oznacza być bezbronnym i własną bezbronność przeciwstawiać sile […]. Nie otrzymał [on] idei, otrzymał jedynie misję. Nie zamierzał tworzyć instytucji, zamierzał jedynie głosić Słowo. Jego oświadczenia posiadają naturę krytyczną i demaskatorską. Celem tego krytycyzmu jest uzmysłowienie ludowi i władcom realności niewidzialnego, Bożego patronatu. Stwierdza on [prorok], że tylko bezbronni mają prawo być rzecznikami Króla i jego żądań w stosunku do państwa. Tylko oni mogą przypominać narodowi i władcom o ich wspólnej odpowiedzialności wobec prawdziwego Króla. Człowiek pozbawiony władzy może tak czynić, gdyż jego życie jest mozolnym przedzieraniem się przez historie i nieustannym odczuwaniem nadchodzących kryzysów”.

Na czym polega szczególna aktualność prorockiej postawy księdza Zieji w dzisiejszym polskim Kościele?

 

W stronę Kościoła ubogiego

Pamiętając o poczynionym wyżej zastrzeżeniu, że ksiądz Zieja nie tworzył system ideowego, ani też nie budował instytucji, odnajdujemy jednak bardzo wyraźne linie przewodnie jego świadectwa. Zasadniczą jest odczytanie chrześcijaństwa w duchu radykalnego ubóstwa. Jest to myśl stara jak Kościół, bo zawarta explicite w samej nauce ewangelicznej. Stara i ciągle obecna, ale jednak raz po raz odsuwana na plan dalszy. Kościół ma tendencję do obrastania tłuszczem władzy i majątku. Reakcji na to zjawisko było w historii wiele. Wymieńmy tylko najbardziej znaczące, jakim było wystąpienie św. Franciszka z Asyżu i jego uczniów. Nieprzypadkowo ksiądz Zieja zareagował na walki bratobójcze związane z przewrotem majowym 1926, a a jednocześnie na 700-lecie śmierci świętego, artykułem o znamiennym tytule „Biedaczyna mówi”. Skierowany, jak wiele innych jego wystąpień, do braci kapłanów, zawiera on wezwanie do radykalnego uwolnienia się przez nich z pęt zależności materialnych.

Był to apel dotyczący nie tylko osobistego stylu życia duchowieństwa. Ten oczywiście był dla księdza Jana Zieji bardo ważny. Jak już wspomniałem, odmawiał on konsekwentnie przyjmowania pieniędzy za posługi religijne. Porzucił nowicjat u kapucynów, bowiem przekonał się, że dla siebie gotują oni zupę znacznie bogatszą i pożywną niż dla swoich podopiecznych biedaków.

Ubóstwo Kościoła, to jednak coś więcej, niż styl życia i osobista asceza: to wyrzeczenie się „środków bogatych”, sojuszu z władzą i pieniądzem, przyjęcia przez kler za swoją burżuazyjnej ideologii pomnażania majątku za wszelką cenę. W pierwszej połowie XX wieku był to problem niezwykle aktualny, podejmowany przez takich pisarzy katolickich jak Bernanos i Mauriac czy trudną do jednoznacznego sklasyfikowania wyznaniowego, ale jednak najbliższą chrześcijaństwu, Simone Weil.

Kościół we współczesnej Polsce, w której – podobnie jak w innych krajach regionu – przyszło po przełomie ustrojowym i likwidacji systemu „realnego socjalizm” odbudowywać gospodarkę rynkową, nie potrafił ominąć tej pułapki. Zbyt łatwo uznał, że oznaki potęgi materialnej są „na chwałę Bożą”. Zbyt łatwo uznał, że wiarę można krzewić środkami prawno-administracyjnymi. Tymczasem bogactwo Kościoła i jego polityczna potęga bywają nie tylko zgorszeniem dla przysłowiowych „maluczkich”, ale zatruwają myślenie samych jego sług.

Powrót do ewangelicznych źródeł jest dla Kościoła życiową koniecznością. Rozumiał to doskonale Biedaczyna z Asyżu. Rozumie to pierwszy papież, który po raz pierwszy w historii wziął po nim imię Franciszek.

Dotyczy to także katolików świeckich. Na tle ogólnej atrofii myślenia lewicowego w Polsce, uderza zupełny brak nurtu, który można by określić jako lewicę chrześcijańską, upominającą się o sprawiedliwość społeczną. Jest to poniekąd uzasadnione osławionymi próbami sztucznego jej kreowania przez władze komunistyczne. Tymczasem autentyczna lewica chrześcijańska ma piękne tradycje, nie tylko w Europie Zachodniej. Również w Polsce można znaleźć środowiska i osoby, które mogłyby stanowić jej patronów. Ksiądz Zieja do nich należy.

 

Sumienie i autorytet

Jest jednak inna jeszcze dziedzina, w której postawa księdza Jana Zieji może stanowić źródło inspiracji. Osoby, które bliżej interesowały się jego drogą życiową, często spostrzegały wspomnianą już sprzeczność między jego integralnym pacyfizmem a duszpasterską posługą jako kapelana wojskowego. Pozostając jeszcze pod wrażeniem rzezi jednej z bitew w wojnie z bolszewikami w 1920 roku, doszedł ksiądz Zieja do wniosku, że Boże przykazanie o zakazie zabijania obowiązuje bezwzględnie. Kiedy pytałem go, jak kształtował sumienia młodych ludzi z grup bojowych Szarych Szeregów, którzy na jego rekolekcje przychodzili często po akcjach, a potem znowu szli, by zabijać nieprzyjaciół, odpowiedział:

„Każdy człowiek musi wybierać za siebie. Nikt nie może mu dyktować, on sam ma podjąć decyzję. Chrystus mówi: Kto może pojąć, niech pojmuje «Nie będziesz zabijał» jako «Nie zabijaj nigdy nikogo»”. W tym cytacie chodzi o coś więcej niż o kwestię zabijania, czy szerzej chrześcijańskiej postawy „non violence”, bardzo dziś niemodnej wobec rozlewającej się na świecie fali przemocy. Myśl księdza Zieji może mieć bowiem odniesienie do sytuacji konfliktu sumienia, z którą mamy często do czynienia w Kościele współczesnym, nie tylko zresztą w Polsce. Kwestionowane są zwłaszcza normy dotyczące etyki seksualnej i życia rodzinnego, ale także w innych dziedzinach.

Kościół hierarchiczny, postawiony w tej trudnej sytuacji, zwiera szeregi i usztywnia stanowisko, kontynuując kazuistyczne, katechizmowe podejście do problemów moralnych. Tymczasem wydaje się, że nie ma innej drogi niż stawka na kształtowanie indywidualnych sumień w duchu ewangelicznej nauki Chrystusowej i na tej bazie przyznanie im prawa do indywidualnej decyzji. Tak właśnie, jak to robił ksiądz Zieja. Nie chodzi tu – broń panie Boże – o jakiś moralny leseferyzm, ale o to, że „Chrystus wskazuje drogę, a ty odpowiadasz i on odpowiada”.