dwutygodnik internetowy
26.05.2014
magazyn papierowy


Ks. Szczepaniak: Święci. Gra drużynowa.

Należy wystrzegać się politeistycznego podejścia do świętych. Oni mają nam pomagać w drodze do tego, który jest naprawdę święty. A nie koncentrować uwagę na sobie.

iliustr.: Anna Libera

Należy wystrzegać się politeistycznego podejścia do świętych. Oni mają nam pomagać w drodze do Tego, który jest naprawdę święty. A nie koncentrować uwagę na sobie.

Z ks. dr. Sławomirem Szczepaniakiem rozmawia Stanisław Zakroczymski.

 

Mam poczucie, że w nauczaniu Kościoła o świętości jest pewna sprzeczność…

Jaka?

 

Chociażby podczas Mszy Świętej nie przeszkadza nam, że w jednym miejscu śpiewamy: „tylko Tyś jest święty“, podczas gdy z drugiej strony modlimy się do różnych świętych patronów. Jak to pogodzić?

Zacznijmy więc od tego, co to właściwie znaczy święty. Święty to ktoś wyjęty, oddzielony od świata, w którym my żyjemy. Świętość to inna forma istnienia. W tym rozumieniu całkowicie święty jest oczywiście tylko Bóg. Tak się jednak zdarzyło, że poprzez wcielenie, Pan Bóg ze świętości swojego bytu wszedł na trwałe w naszą rzeczywistość. Nie żeby się pochwalić swoją wspaniałością, ale aby pochylić się nad naszą słabością i nas podnieść. Czyli w Chrystusie ta świętość rozlewa się na wszystkich ludzi i my mamy w niej udział. I dlatego chrześcijan, którzy uczestniczyli w całej Mszy Świętej i przyjęli Komunię, nazywano w pierwotnym Kościele świętymi.

 

Wszystkich, którzy przystąpili do Komunii?

Tak, bo wszyscy, którzy mają w sobie Chrystusa, są świętymi. A więc cały Kościół, jeśli nie jest splugawiony przez grzech, jest święty.

 

Skąd więc się wzięła taka instytucja jak kanonizacja, która zakłada, że niektórzy są święci szczególnie?

Początkowo „wyróżniano” tylko męczenników.

 

Dlaczego?

Bo oprócz świętych pozostających w jedności z Chrystusem, była w Kościele masa ludzi, którzy popadli w jakiś grzech, przez co się od niej oddalili. Wytworzyła się ciekawa praktyka: w momencie, gdy męczennicy szli na śmierć, ci pokutujący grzesznicy prosili ich: „Ofiaruj męczeństwo za mnie, abym mógł mieć zgładzone moje grzechy i mógł przystąpić do społeczności świętych”… To była ich bardzo głęboka wiara.

 

A od kiedy zaczęto uznawać, że nie tylko męczeństwo daje szczególne „predyspozycje do świętości”?

Pierwszym świętym niebędącym męczennikiem był święty Marcin. Cuda, które czynił, uzdrowienia, których dokonywał i całe jego życie było czymś tak bardzo niezwykłym dla ludzi jego czasów, że przychodzili do niego z pielgrzymkami, prosząc o wstawiennictwo. Myślę, że mechanizm jest taki, że jeśli człowiek czuje się oddalony od Boga, albo zupełnie niegodny obcowania z Nim, jeśli ma wyobrażenie, często mylne, że Bóg się nie pochyli nad nim, to idzie do tego, kto jest mu bliższy. Do drugiego człowieka, i mówi „musisz mi pomóc, bo ja sam biedny, nie dam rady”. To bardzo ludzkie.


Trochę na zasadzie gry drużynowej…

Albo gry na lidera. To jest przekonanie, że drugi człowiek jest bliżej i łatwiej zrozumie moje problemy. Boję się pójść do Pana Boga, więc idę do tego męczennika, wyznawcy, świętego i proszę go o wstawiennictwo. Oczywiście, wszystko może zostać karykaturalnie zrozumiane. W średniowieczu na przykład ilość relikwii decydowała o potędze władcy…

 

No właśnie. Marcin był uznany za świętego, bo wszyscy widzieli, jak on wspaniale żyje. To piękne. Ale aktualnie mamy do czynienia z formalizacją procesu kanonizacji. Jest ona regulowana odpowiednią konstytucją apostolską i przepisami prawa kanonicznego. Jak możemy być pewni, że ktoś został zbawiony?

Oczywiście, jedynym uzasadnieniem tej pewności może być uznanie władzy kluczy, jaką posiada Kościół, i autorytetu papieża. „Cokolwiek zwiążesz na tej ziemi, będzie związane w niebie…”. Ale myślę, że samo istnienie takich procedur jest zjawiskiem o tyle pozytywnym, że może pomóc wyłowić różne problemy i wątpliwości, które mogą stać na przeszkodzie uznaniu kandydata za świętego. Nie zapominajmy jednak, że proces kanonizacji wciąż jest właściwie oddolny…

 

Jak to?

Przecież, aby ktoś został wyniesiony na ołtarze, potrzebne jest udowodnienie, że jest obdarzany kultem, czcią. A to się może dziać prywatnie czy w małych wspólnotach. Na przykład w Laskach mamy matkę Różę Czacką i ojca Władysława Korniłowicza. To są kandydaci na ołtarze, ale aby zostali beatyfikowani, trzeba pokazać, że od ich śmierci istniał nieprzerwany kult – że byli ludzie, którzy za ich przyczyną prosili o coś i otrzymali łaski.

 

No i potrzeba udowodnić, że za ich pośrednictwem dokonał się cud…

Cud jest szczególnym rodzajem łaski, jest – można powiedzieć – potwierdzeniem, iż samo Niebo pokazuje, że dany człowiek może być wyniesiony na ołtarze. Należy jednak pamiętać, że przy uznawaniu cudów Kościół stosuje bardzo ostre kryteria. I na przykład wyzdrowienie z nowotworu według najnowszych instrukcji nie będzie już uznawane za cud, gdyż możliwe są późne nawroty tej choroby. Te sprawy są traktowane bardzo poważnie.

 

Przyznam, że mam problem ze swoim patronem. Prawda historyczna o świętym Stanisławie jest inna niż hagiograficzne legendy, którymi obrosła jego postać. Podobnie jest z wieloma innym świętymi, często kanonizowanymi z przyczyn politycznych. Czy musimy oddawać im kult?

Przede wszystkim należy pamiętać, że ten kult nie jest obowiązkowy. Sobór Watykański, zmieniając kalendarz liturgiczny, przypomniał, że nasza wiara musi być chrystocentryczna. Dominować więc muszą święta Pańskie, kult skoncentrowany wokół osoby Chrystusa, natomiast świętych właściwie nie czcimy, a wspominamy – po to, żeby byli inspiracją dla naszego życia. Oczywiście w teologii mamy jeszcze inną kategorię, obcowania świętych, czyli stwierdzenia, że oni i my wzajemnie sobie pomagamy. Że istnieje taki skarbiec, w którym są różnego typu zasługi, które święci zdobyli podczas swojego bogatego życia. Są to zasługi Jezusa, ale także ich osobiste, skoro sam Nauczyciel powiedział, że „w waszym życiu dokonacie znaków, jakich ja dokonałem i jeszcze większych dokonacie”. Jest więc również nadzieja, że możemy coś tam wnieść, pomimo naszej słabości. Z tego skarbca Kościół udziela nam darów, abyśmy mogli duchowo się rozwijać. Ten album świętych daje nam możliwość życia w dobrym towarzystwie. Trzeba jednak pamiętać, że najistotniejszym kultem jest kult Pana Jezusa, a świętych o tyle, o ile uczestniczą w Jego miłości.

 

Czyli towarzyszy z tego skarbca możemy sobie dobierać dosyć dowolnie?

Tutaj nie ma żadnego nakazu. Przecież faktem jest, że nawet Kościoły w różnych krajach oddają większą cześć jednym, a mniejszą innym świętym. Na przykład w Polsce nie ma wielkiego nabożeństwa dla świętego Henryka czy Norberta, którzy na nas najechali albo ograbili nas z diecezji…

 

W jaki sposób więc w ogóle mogli zostać świętymi?

Zawsze trzeba patrzeć z perspektywy, na ile święci rzeczywiście uczestniczą w postawie Chrystusa i są Jego uczniami. Można byłoby na przykład rozumować tak, że święty Henryk II próbował zbudować wielką wspólną Europę, Christianitas, tylko Polska mu się sprzeciwiała. Nic nie jest jednoznaczne…

 

Według jakich kryteriów czerpać więc ze „skarbca świętych”?

Szukać takich świętych, którzy mogą swoim przykładem pomóc mi w kształtowaniu pewnej postawy, z którą mam problem. A jeśli mam problem z którymś świętym, to także warto zapytać, dlaczego…

 

A ksiądz ma z którymś problem?

Z Józefem.

 

Dlaczego?

Wydaje się niemrawy, małomówny… A podobno jest niezwykle mocnym opiekunem. Dzięki tym problemom ze świętymi, widać czasem, jakie my mamy problemy, od czego w życiu uciekamy, co jest trudne dla nas. To może być ciekawy test na to, jaka jest nasza wewnętrzna postawa.

 

A czy nie razi księdza w ogóle samo sformułowanie „kult świętych”? Mnie osobiście brzmi nieco bałwochwalczo…

Wszystko zależy, jak to będziemy rozumieć. Samo pojęcie „kult“ to nic więcej niż liturgia, która jest natomiast dziełem Jezusa Chrystusa. Kult świętych ma więc być rodzajem relacji pośredniej, gdyż czczenie ich jako osób byłoby pobożnością wysoce niewłaściwą..

 

Jakie są przykłady takiej pobożności?

Na przykład w Kościele włoskim była tradycja, że ludzie modlili się do świętego Antoniego o znalezienie jakiegoś przedmiotu. Kiedy modły nie odnosiły skutku, wystawiali figurkę świętego za okno, żeby zmókł. Takie podejście do świętych, próba wymuszania przez nich na rzeczywistości jakiejś zmiany, to traktowanie ich w sposób magiczny. To nie ma nic wspólnego z prawdziwą pobożnością, która jest budowana na Chrystusie i na uczestniczeniu w Jego życiu…

 

Takim praktykom bliżej raczej do politeizmu niż monoteizmu.

Oczywiście, to jest zresztą jeden z zarzutów protestantów wobec Kościoła katolickiego, że czcimy poszczególnych świętych jako przedstawicieli jakichś władz, potęg, żywiołów. Każdy jest za coś odpowiedzialny. Ten za zęby, tamten za kości… Te zarzuty należy traktować serio i wystrzegać się takiego, politeistycznego podejścia do świętych.

 

Ale czy tego się da uniknąć? Czy na przykład poprzez kult relikwii Kościół sam nie rozprasza naszej uwagi, nie odwraca jej od Boga?

Wydaje mi się, że i tu można znaleźć mądrość Kościoła. Myślę, że w tym kulcie jest wielka afirmacja cielesności człowieka. Pokazanie, że Kościół nie ma w pogardzie ciała, prostego życia, jego zwykłych trudności i problemów. Ta bliskość świętości, to „ocieranie się“ o relikwie też ma wartość, tylko trzeba dobrze na nie spojrzeć. Gdy chodzimy na cmentarz do naszych przodków, chodzi nam o zachowanie z nimi pewnej bliskości. I nie chodzi tu przecież tylko o bliskość duchową. Moim zdaniem jest w tym coś bardzo pięknego, ale oczywiście trzeba postępować tu ostrożnie, żeby cześć dla relikwii nie zamieniła się w bałwochwalstwo czy wiarę w amulety…

 

Ostatnio problem „politeizmu” wokół świętych dotyka też mocno polskiego Kościoła. Mówi, że staje się za bardzo „papieżocentryczny”, że postać Jana Pawła II jest na tyle silna, że wręcz nie toruje drogi do Boga, ale skupia kult na sobie…

Na pewno jest to problem. Już za życia papież zajmował większość sfery duszpasterstwa i intelektualnego podparcia wiary w polskim Kościele. Fakt, że była to postać wielka i wspaniała, ale dla budowania głębokiej wiary potrzeba czegoś więcej niż fascynacji osobowością. Myślę, że problem ten leży w naszej polskiej emocjonalności, nie chcę mówić – megalomanii. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że postać Jana Pawła II nie może zastąpić osobistej drogi do Pana Jezusa. A jeśli kult świętego nie wprowadza nas na tę drogę, to znaczy, że nam szkodzi.

 

Ksiądz Sławomir Szczepaniak jest rektorem kościoła Matki Bożej Anielskiej w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach, doktorem filozofii. Współpracuje z Univeristé Paris Est.