dwutygodnik internetowy
12.12.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Ks. Puzewicz: Wolontariat znaczy obecność

Jednym z moich obowiązków w dzieciństwie było zaniesienie kanki z mlekiem do sąsiadów, którzy mieli ośmioro dzieci. Wydawało mi się, że wszyscy na świecie tak robią, że wszyscy noszą to przykładowe mleko. I nie nazywam tego wolontariatem. To normalna, ludzka solidarność.

ilustr.: Joanna Grochocka

ilustr.: Joanna Grochocka

Z księdzem Mieczysławem Puzewiczem rozmawia Ignacy Dudkiewicz. Wywiad pochodzi z 25. numeru Magazynu Kontakt pod tytułem ,,Niemoc Pomocy’’.

IGNACY DUDKIEWICZ: Czy wolontariat powinien być bezinteresowny?

KS. MIECZYSŁAW PUZEWICZ: Ze swej istoty chyba tak. Jestem przekonany, że wszelkiego rodzaju punkty, które można zdobyć na różnych etapach kształcenia, psują wolontariat, wpisując weń formułę zysku. Oczywiście, przy sensownym przepracowaniu postaw można to jeszcze wyprostować, ale boję się sytuacji, w której ktoś sobie kalkuluje, co też mu ten wolontariat da. Dlatego w Centrum Wolontariatu w Lublinie wydajemy zaświadczenia dopiero po dwóch miesiącach zaangażowania. Oczywiście, zdarza się, że i po tym czasie ktoś odchodzi, ale są to rzadkie przypadki.

Dzieje się tak może dlatego, że na długo przed powstaniem ustawy o wolontariacie dbaliśmy o pewne standardy.

Jakie?

Przede wszystkim zakotwiczamy wolontariat głębiej – w idei, której uczyłem się od Jana Pawła II, którą mocno zaakcentował w 1991 roku na Światowym Dniu Młodzieży w Częstochowie. Skierował wtedy do młodych ludzi mocne wezwanie: budujcie cywilizację miłości. I, co ciekawe, podczas ostatniego spotkania z młodzieżą, w Toronto w 2002 roku, to wezwanie powtórzył, mówiąc wprost, że budowa cywilizacji miłości to zadanie właśnie dla ludzi młodych. To dziedzictwo, które możemy podjąć.

I właśnie w tej wizji zakorzeniacie wolontariat?

Naszym celem jest przede wszystkim przebudowa świata. I odkrywamy, że jedną z możliwych formuł zaangażowania na tym polu jest właśnie wolontariat. Wydaje mi się to bardzo ważne. Jeżeli ktoś robi coś dla innych, niezależnie od tego, czy pracuje z chorymi dziećmi, bezdomnymi czy więźniami, musi wiedzieć, że uczestniczy w większym dziele, w czymś istotniejszym. Zna pan opowieść o robotnikach, których dziennikarz spotkał na placu budowy?

Nie słyszałem.

Często ją powtarzam. Dziennikarz po kolei zadaje pytanie murarzom: „co pan tutaj robi?”. I pierwszy odpowiada: „zamiast iść do więzienia, odpracowuję wyrok w ramach prac społecznych”. Drugi: „jestem podwykonawcą firmy, która zdobyła kontrakt na tę budowę”. A trzeci odpowiada: „ja buduję katedrę”. Wszyscy trzej układali cegły, ale tylko jeden miał pełną świadomość tego, w jakim projekcie uczestniczy. I nam też chodzi o to, żeby poprzez wolontariat przekonywać ludzi do nowego spojrzenia na całą rzeczywistość. Wprost mówimy ludziom, że nie zapraszamy ich tylko do wolontariatu. Zapraszamy do o wiele ważniejszego dzieła.

Czy to jest zrozumiałe i przekonujące też dla osób niewierzących?

Tak. Wśród nas są i osoby niewierzące, i wyznawcy bardzo różnych religii. Cztery podstawowe prymaty cywilizacji miłości: być nad mieć, etyka nad techniką, człowiek przed rzeczą, miłosierdzie przed sprawiedliwością, nie mają wymiaru doktrynalnego w sensie religijnym. Są pewną koncepcją życia i urządzenia cywilizacji, która jest do przyjęcia zarówno w ramach chrześcijańskiego, jak i humanistycznego rozumieniu świata.

Jak to się przekłada na codzienność?

Wolontariat kształtuje postawy, które przenoszą się na całe życie. Jeżeli wolontariat nie pozostanie działaniem mechanicznym, tylko będzie zakorzeniony w szerszej wizji, to pewna wrażliwość w człowieku pozostaje, nie znika.

W jaki sposób ją kształtować?

Z ludźmi młodymi przede wszystkim trzeba dużo rozmawiać. Trzeba im pokazać, jak świat wygląda naprawdę. Źle by było, gdyby myśleli, że świat wygląda tak, jak pokazuje go telewizja albo Internet. Potrzeba sporego wysiłku, żeby pokazać im, jaki naprawdę jest. Potem trzeba go trochę uporządkować. Czasami ze zdumieniem odkrywam, jak fragmentaryczną wiedzę mają niektórzy licealiści czy studenci. Trzeba więc pokazać im na przykład, skąd biorą się pewne rzeczy, na przykład zjawisko bezdomności, i wytłumaczyć, dlaczego właściwie wychodzimy do ludzi bezdomnych na ulicę.

Co dalej?

Potem trzeba ich mocno „odsłuchiwać”, żeby po zderzeniu – niekiedy bardzo mocnym – z pewnym doświadczeniem opowiedzieli o tym, co przeżyli i jak to przeżyli. Nazywam ten proces „umojeniem”.

Czyli?

Rzecz w tym, by wolontariusz poczuł w pewnym momencie, że sprawa, którą się zajmuje, to jest naprawdę jego sprawa. Że to nie jakiś abstrakcyjny „ktoś”, ale właśnie on może i chce coś z tym zrobić. Od jesieni ubiegłego roku prowadzę grupę solidarności globalnej. Zaczynałem od przypomnienia liczby kontynentów…

Nie brzmi obiecująco.

Potem nauczyłem ich, gdzie mają szukać wiedzy o świecie – żeby nie szukali jej na Onecie, tylko włożyli trochę wysiłku i posłuchali na przykład Al Jazeery po angielsku.

Jakie są efekty?

Skończyli właśnie projekt budowy studni w Kazachstanie w rejonie zamieszkanym przez byłych polskich uchodźców. W tej chwili przygotowują się do misji w Afryce, na Kaukazie, większość już była albo będzie jechać z pomocą powodzianom w Serbii. Ale dzieje się tak także dlatego, że przeszli właśnie ten proces poznawania rzeczywistości i jej zrozumienia.

Jedno to zrozumienie, drugie to fundusze…

Obecnie bardzo łatwo zdobywać pieniądze – Polska jest krajem w globalnej perspektywie bardzo bogatym, często nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo. A oni potrafią użyć tych narzędzi i zdobyte środki przekuwać na bardzo określone dobro.

A jak ten proces „umojenia” przebiegał u księdza?

Zaczął się już w domu. Kiedy jako kilkulatek umiałem już chodzić, to jednym z moich obowiązków było zaniesienie kanki z mlekiem do sąsiadów, którzy mieli ośmioro dzieci. Przyjmowałem to za zupełnie naturalne. Wydawało mi się, że wszyscy na świecie tak robią, że wszyscy noszą to przykładowe mleko. Skoro nas było dwoje, a obok było więcej dzieci, tośmy się tym mlekiem dzielili. Po prostu.

Wielu ludzi takiego sąsiedzkiego wsparcia – na przykład pomocy w odrabianiu lekcji dziecku sąsiadki – nie nazwałoby wolontariatem.

Ja też tego nie nazywam wolontariatem. To normalna, ludzka solidarność. Ale spotykamy teraz kolejne pokolenia, które od dzieciństwa były zorientowane tylko i wyłącznie na robienie własnej kariery. Wychowujemy dzieci w warunkach, w których tego czasu dla innych praktycznie nie ma, ponieważ cały tydzień jest zorganizowany przez rodziców. Dwa języki, kółko takie, kółko inne, zajęcia owakie… Trudno w tym odnaleźć powołanie do działania dla innych. Ale kiedy pytam ludzi, czy wolontariat wspiera ich poczucie sensu życia, prawie zawsze odpowiadają, że tak. Ta potrzeba, żeby zrobić coś bezinteresownie dobrego, pięknego, sensownego, wciąż jest żywa. Mimo wszystko.

Jaki był kolejny etap księdza formacji?

Później niewątpliwie wielką szkołą był dla mnie czas zaangażowania w podziemie w czasach komuny oraz okres „Solidarności”, a jeszcze bardziej stanu wojennego, kiedy trzeba było się już tą solidarnością – pisaną przez małe „s” – bardzo mocno wykazywać na co dzień, organizując na przykład pomoc dla rodzin internowanych. Nie ukrywam też, że moje powołanie i spojrzenie na życie zawdzięczam w dużej mierze Janowi Pawłowi II. Jestem jego wiernym czytelnikiem, przeczytałem chyba wszystko, cokolwiek powiedział. A Jana Pawła II mamy nie tylko nieodrobionego, ale nawet niedoczytanego.

Niektórzy przekonują, że te punkty przy rekrutacji do liceum czy też programy „obowiązkowego wolontariatu”, jakkolwiek by to bzdurnie nie brzmiało, mogą być pierwszym krokiem do tego „umojenia”, o którym ksiądz mówi. A może tego rodzaju wynagradzanie za „dobre uczynki” przynosi odwrotny efekt, wbijając młodym ludziom do głów jeszcze mocniej ich egoizm?

Pewnie różnie bywa. Znane mi są oczywiście przypadki, kiedy ktoś zaczynał od tego „obowiązkowego wolontariatu” czy szukał punktów, a później odnalazł w tym siebie, przekonał się i na trwałe zaangażował. Rozumiem podobne intencje, ale myślę sobie, że to wszystko trzeba jednak uprościć. Tak, jak to mówi Ewangelia: niech nie wie jedna ręka, co czyni druga. Człowiek naprawdę potrzebuje, żeby tak po prostu pomóc innym.

Skąd ta potrzeba? Co człowiekowi daje wolontariat?

Przede wszystkim poczucie sensu życia. Wiele razy obserwowałem też niezwykłe dojrzewanie ludzi do odpowiedzialności, kiedy ktoś zaczynał jako zwykły wolontariusz, później podsuwał jakiś swój pomysł, co jeszcze można by było zrobić, potem stawał się autorem programu, znakomicie realizował się w formule organizatora pewnych przedsięwzięć. Taka działalność rozwija ludzi w ekspresowym tempie.

ilustr.: Joanna Grochocka

ilustr.: Joanna Grochocka

Czy nie przesuwamy jednak zbytnio akcentów w stronę osobistego rozwoju? W karcie wolontariusza bardzo dużo napisano o rozwijaniu zainteresowań, o budowaniu doświadczenia, a dużo mniej o prawdziwej misji.

Jeszcze zanim powstała karta wolontariusza, napisałem własny etos wolontariusza, w którym skoncentrowałem się przede wszystkim na wymiarach egzystencjalnych i etycznych wolontariatu.

Ale czy na co dzień w konsekwencji naszego wyobrażenia o świecie ten drugi człowiek, któremu pomagam, ostatecznie nie staje się niejako narzędziem mojego rozwoju?

Gdyby tak się działo, byłoby to koszmarem.

Jeśli nie o rozwój, to o co w tym wszystkim chodzi?

O obecność. Podstawowym wymiarem wolontariatu jest obecność przy drugim człowieku, któremu dzieje się źle. Zgodnie z tym, co mówił Jan Paweł II, że w wielu miejscach na świecie cierpi człowiek i woła o drugiego człowieka. Wszystko inne jest naprawdę drugorzędne.

To bywa trudne.

Świadomym wolontariuszem jestem od ponad trzydziestu lat. Pierwsze moje kroki w wolontariacie też były bardzo trudne. Na początku zajmowałem się dziećmi w szpitalu, głównie z chorobami po Czarnobylu. Na Lubelszczyźnie był to niemały problem, oczywiście maskowany przez władze. Niektóre z tych dzieci umierały przy mnie. Podczas tej pracy nauczyłem się jednej rzeczy: wszystko, co jest potrzebne do wolontariatu, zawsze masz ze sobą.

To znaczy?

Poczynając od góry ciała, jest to sztuka patrzenia i widzenia tego, czego nie widać, przekazywania pewnych ważnych rzeczy za pomocą wzroku. Dalej, niezwykle ważna, sztuka słuchania, usłyszenia tego, co ludzie mówią, ale też tego, czego nie mówią. Wolontariat czasami ogranicza się tylko i wyłącznie do słuchania. Następnie sztuka mówienia – nie gadania, ale mówienia, czyli umiejętność zapakowania w słowa tego, co najważniejsze i przekazania wsparcia, nadziei, radości. Wreszcie sztuka dotyku, która jest bardzo ważna w kontakcie na przykład z dziećmi czy przy podawaniu ręki bezdomnym.

Niektórym trudno się przełamać.

Bo potworzyliśmy mury i zasieki.

Kiedy zaczynaliśmy naszą pracę z bezdomnymi, na początku zasypywali nas pytaniami: kto was przysłał? Kto wam za to płaci? Niekiedy ciężko było wytłumaczyć, że nikt. A później odkryłem, że to, że my im przywozimy kanapki, zupę, dajemy ubrania na zimę, to wszystko jest istotne, ale nie najważniejsze. Dla nich najważniejsze jest bowiem to, że my, ludzie z tak zwanego „normalnego świata”, przekroczyliśmy pewną granicę i jedziemy do miejsc, w których oni mieszkają. Te pięknie pachnące dziewczyny, eleganccy studenci, ten „normalny świat” przyszedł do nich. To jest najważniejsze. Reszta tej pomocy – w postaci posiłków, ubrań, czy lekarstw – to są ostatecznie niekonieczne rekwizyty.

Nie sposób takiego myślenia połączyć z oczekiwaniem prostego zysku czy z „obowiązkowością” wolontariatu, która kojarzy mi się głównie z czynem społecznym.

Niestety słusznie. Albo z tak zwanym nieobowiązkowym, a w rzeczywistości obowiązkowym harcerstwem. Pytanie, czy nie wychowamy kolejnych pokoleń zorientowanych tylko i wyłącznie na siebie samych? Oraz o to, kto i gdzie wychowa tych młodych ludzi do jakiejkolwiek solidarności?

A czy nie powinien tego robić na przykład Kościół?

Powinien.

Nie robi tego?

Nie ukrywam, że jestem krytyczny. W Polsce dobrze realizujemy pierwszą część przykazania miłości: „będziesz miłował Pana Boga swego”. Tych okazji do miłowania Boga w sensie sprawowania liturgii, nabożeństw, rekolekcji, jest rzeczywiście mnóstwo.

A co z drugą połową?

Potrzebujemy dużego przyspieszenia, jeśli chodzi o formację w duchu miłości bliźniego. Jan Paweł II w liście na rok Eucharystii pisał, że powinna ona być bodźcem do budowania społeczeństwa bardziej sprawiedliwego i braterskiego. Wprost pisze, że kryterium wartości i autentyczności celebracji eucharystycznej jest wzajemna miłość oraz troska o potrzebujących. Jej brak wręcz unieważnia wartość celebracji eucharystycznej. A to oznacza, że – obrazowo rzecz ujmując – połowę mszy powinniśmy odbywać w kościele, a drugą połowę na służbie – dopiero wtedy mamy pełnię Eucharystii. I brakuje nam tego, żeby w tym duchu uczyć, ale też w tym duchu po prostu się angażować.

Jak to się stało, że w kraju, w którym wciąż tak wiele osób przyznaje się do chrześcijaństwa i z nim utożsamia, miłość bliźniego – jak to ksiądz kiedyś ujął – traktowana jest jak nieszkodliwe hobby?

To bardzo smutne pytanie. Niestety tak jest. Myślę, że brakuje nam doczytania i zrozumienia Ewangelii. A przecież żadna ze scen Sądu Ostatecznego nie zawiera pytania o to, ile razy opuściłeś mszę, czy byłeś na rekolekcjach, czy odmawiałeś różaniec… Zamiast tego słyszymy: „byłem głodny, a daliście mi jeść, byłem spragniony, a daliście mi pić, byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”. Jeśli ktoś nas kiedyś będzie bronił podczas sądu, to z pewnością będą to ci, którym okazaliśmy jakąś miłość, coś z siebie dając…

Widzę, że te słowa budzą w księdzu emocje.

Może mam pecha, że wierzę w Ewangelię. Ale skoro już w nią wierze i staram się nią żyć, to naprawdę kocham tych swoich bezdomnych czy więźniów. Ten odruch solidarności, który wyniosłem z życia rodzinnego, został dodatkowo wzmocniony przez świadome odczytanie Dobrej Nowiny.

A czy w ramach zindywidualizowanego myślenia, odartego z solidarności, ktoś, kto poświęca swój czas i swoją energię dobrowolnie i bezinteresownie, nie jest po prostu frajerem?

Zdarza się, że wolontariusze, gdy „ujawnią się” ze swoim zaangażowaniem w swoim środowisku, spotykają się z taką reakcją. Chociaż bywa też, że owi prześmiewcy czy krytycy potem sami do nas trafiają. Ale rzeczywiście nie powiedziałbym, że ktoś towarzysko zyskuje na tym, że jest wolontariuszem…

Może w podobnej perspektywie chrześcijaństwo siłą rzeczy jest frajerskie?

Myślę, że ma pan rację. Ale zupełnie mi to nie przeszkadza.

Jakie projekty ksiądz teraz prowadzi?

Obecnie realizujemy niezwykły pomysł na pracę z młodymi więźniami. Inspirowaliśmy się francuskim projektem „Seuil” – „Próg”, który wymyślił pisarz i dziennikarz Bernard Ollivier. Młody człowiek, który wchodzi w konflikt z prawem, ma do wyboru: może wejść w program albo idzie do więzienia. A program polega na tym, że w towarzystwie opiekuna idzie pieszo od Pirenejów do Santiago de Compostela i z powrotem. Droga zajmuje około sześćdziesięciu dni. I proszę sobie wyobrazić, że ten prosty pomysł skutkuje ponad 70% wskaźnikiem niepowracalności na drogę przestępstwa.

A w Polsce?

Zaaplikowaliśmy ten projekt do lokalnych warunków. Dziesięciu więźniom z Lublina, którzy nie skończyli dwudziestu czterech lat, złożyliśmy propozycję, że jeśli wejdą w projekt, pójdą na zwolnienie warunkowe. W towarzystwie opiekunów szli pieszo z Lublina do Zgorzelca.

Ile to jest kilometrów?

Dziewięćset. Nigdy w życiu nie przeszedłem tyle. Trzydzieści dni wędrówki po trzydzieści kilometrów dziennie.

Kim są ci opiekunowie?

To bardzo różni ludzie. Był jeden ksiądz, byli biznesmeni, nauczyciele, były pracownik więzienia, przewodnik turystyczny… Jak do tej pory żaden z tych dziesięciu skazanych nie wrócił na drogę przestępstwa.

Wracamy do tematu obecności.

Owszem. Najistotniejsze jest to, że do resocjalizacji potrzebny jest człowiek, który wysłucha, podzieli się swoim doświadczeniem życiowym, coś doradzi. Nic więcej. Nie opracowaliśmy żadnego programu rozmów, zakładaliśmy, że podczas wędrówki wszystkie ważne tematy wyjdą same. I wyszły: rodzina, szkoła, przyjaźń, miłość, seks, sens życia… Chodziło o to, żeby ci młodzi ludzie mogli – w towarzystwie kogoś starszego i doświadczonego – przyjrzeć się swojemu życiu i zbudować jego nową wizję.

No i ktoś im zaufał.

Tak, przecież zawsze mogli uciec. Nocowali od parafii do parafii, w każdej musieli się odnaleźć, spotkać, poradzić sobie z nową sytuacją. Dochodzi do tego wysiłek fizyczny, który daje wiarę w to, że coś mogę. Jeżeli dałem radę przy takiej wędrówce, to nie dam sobie rady w życiu?

A co było dalej?

Mieliśmy środki finansowe, które po ukończeniu podróży pozwalały na odbycie szkolenia zawodowego, stażu i zapewnienia przez rok zatrudnienia wspieranego.

Opowiada ksiądz i opowiada. Ma ksiądz mnóstwo roboty.

Owszem.

Ale nie wydaje się ksiądz przytłoczony.

Nie. Ja ufam ludziom.

I przez te trzydzieści lat nigdy nie był ksiądz przytłoczony?

Czym?

Tym choćby, ile to wymaga wysiłku, czasu, energii. Tym, że przecież nie zawsze się udaje.

To prawda. Ale co z tego? Panu Jezusowi się udało? Na Dwunastu, których wybrał, jeden zdradził, drugi się zaparł, a pod krzyżem został tylko Jan. I co, miał nie zmartwychwstawać?

***

ks. Mieczysław Puzewicz – kapłan archidiecezji lubelskiej, społecznik. Między innymi założyciel i przewodniczący Rady Programowej Centrum Wolontariatu w Lublinie oraz Stowarzyszenia Solidarności Globalnej. Inicjator programów na rzecz pomocy bezdomnym, więźniom, uchodźcom, dzieciom ulicy, młodocianym przestępcom, chorym psychicznie, w ramach kampanii „Budujcie Cywilizację Miłości”.