dwutygodnik internetowy
8.08.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

ks. Kopp: Droga na Wschód

Często jestem świadkiem, jak ludzie w ciszy odkrywają dla siebie nowe znaczenia tekstów Pisma Świętego, często słyszanych słów liturgii bądź starych modlitw. Szansa płynąca z religijnej różnorodności leży w tym, aby, patrząc na „inne”, zobaczyć bogactwo „swojego” świeżym okiem. I w ten sposób „inne” już zawsze widzieć jako część „swojego”.

ilust.: Martyna Wójcik-Śmierska

ilustr.: Martyna Wójcik-Śmierska

Z księdzem Johannesem Koppem SAC, pallotynem i mistrzem medytacji Zen, rozmawiają Konstancja Święcicka i Ignacy Dudkiewicz. Wywiad pochodzi z 23. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Post-turysta”.

***

IGNACY DUDKIEWICZ, KONSTANCJA ŚWIĘCICKA: Wielu polskich księży i przedstawicieli środowisk katolickich publicznie przestrzega przed praktykami duchowymi Wschodu, ostrze swoich zarzutów kierując często również w stronę jogi czy wschodnich sztuk walki. Czy słusznie się ich obawiają?

KS. JOHANNES KOPP SAC: Na każdej drodze czai się niebezpieczeństwo. Pewna dawka niepokoju jest do jakiegoś stopnia również zabezpieczeniem przed fałszywym poczuciem pewności siebie. Bez doświadczania strachu nie ma zaufania. A „zbawienny strach” prowadzi do wielkiego zaufania.

Wracając jednak do tych konkretnych praktyk…

Doświadczenia z jogą mam nikłe, a ze sztukami walk żadne. Moją jogą służę Oddechowi, aby zbliżyć się do „wielkiego Oddechu”, Świętego Oddechu, a więc po prostu Ducha Świętego. Nawet moje nikłe doświadczenie wystarczy jednak, żebym mógł powiedzieć, że to wspaniała i dana od Boga możliwość. Zagrożenie może tkwić zaś w łączeniu ćwiczeń z praktykami i modlitwami innej religii. To samo trzeba zresztą powiedzieć o drodze Zen. Zen może być dla chrześcijan z ich dobrymi pobudkami wspaniałą drogą ku pogłębieniu wiary i samoświadomości.

A co jeżeli w ogóle nie będziemy się modlić?

Mój Mistrz, Yamada-Koun-Roshi, wielokrotnie wzywał tych chrześcijan, którzy powierzyli się jego przewodnictwu, aby modlili się na swój sposób. Każdy, kto chce iść tą droga, musi powiedzieć swojemu nauczycielowi, czego oczekuje i na co ma nadzieję. Jeżeli chce na tej drodze doświadczyć swojej wiary i żyć nią, musi się też w pełni odpowiedzialnie upewnić, że jego nauczyciel jest gotowy i zdolny do tego, by go tą drogą poprowadzić.

W ten oto sposób, poprzez duchowe praktyki Wschodu, można uzyskać dostęp do samego siebie – co jest ważnym warunkiem tego, by otworzyć się także na własną tradycję religijną, na własne możliwości, aż do fascynacji „skarbem ukrytym w roli”. Świadkiem tego jest ojciec Lasalle, który był misjonarzem w Japonii, a Yamada-Koun-Roshi czcił go jako „pioniera Zen dla chrześcijan”.

ilust.: Martyna Wójcik-Śmierska

ilustr.: Martyna Wójcik-Śmierska

Rzeczywistość bez zewnętrza

W nocie Kongregacji Nauki Wiary dotyczącej poglądów ojca Anthony’ego de Mello, bardzo przecież wobec niego krytycznej, padają słowa o „doniosłych elementach mądrości wschodniej, które mogą pomóc w osiągnięciu panowania nad sobą, zburzyć owe więzy i uczucia, które przeszkadzają w byciu wolnymi, zmierzeniu się w pokoju z różnymi wydarzeniami pozytywnymi i negatywnymi w życiu człowieka”. Pytamy księdza jako kapłana katolickiego i mistrza Zen: jakie to elementy?

Wymieniłbym trzy „elementy”, których dotychczasowe lekceważenie w tradycji chrześcijańskiej oceniam jako duży deficyt: Ciało, Oddech i Sytuację. Uzyskanie świadomości i odpowiedzialności za te elementy jest niezbędne na drodze do samoświadomości, a więc także doświadczenia wiary.

Co one dokładnie oznaczają?

Karl Rahner mówił, że „ciało jest manifestacją ducha w czasie i przestrzeni”. Doświadczenie ćwiczeń medytacyjnych uczy zaś, że również w obrębie naszego ciała jesteśmy w pełni duchową mocą. A to ma niebagatelne konsekwencje, bo prowadzi do ciągłego przybliżania się ku zjednoczeniu odnajdywania samego siebie z odkrywaniem Boga. Podróż w głąb siebie i droga ku Bogu okazują się wspólną drogą.

Czy tę samą rolę przypisuje ksiądz Oddechowi?

Tak. To samo można bowiem powiedzieć o pobożności i zapominaniu się w Oddechu. Całe nasze ciało jest narządem oddechu, którym – poprzez nasze pojmowanie – zarówno przyjmujemy i dajemy, tak działa wdech i wydech. A przecież pole semantyczne słowa „oddech” rozciąga się aż do „Świętego Oddechu” – „Sanctus Spiritus”, a więc Ducha Świętego. Dzięki temu oddanie się Oddechowi może zamienić się w łaskę najgłębszej modlitwy i doświadczenia Boga.

Pozostało więc jeszcze wyjaśnienie znaczenia i wagi Sytuacji.

Należy ją rozumieć podobnie. Zjednoczenie się ze swoją Sytuacją oznacza akceptację tego, że jesteśmy niekończącą się opowieścią na drodze do samego siebie i do Boga. A Sytuacja to po prostu nasza rzeczywistość. Mój Mistrz często mówił: „Ty jesteś wszechświatem” – rzeczywistością bez zewnętrza. Jesteśmy w naszym ciele bazą danych wszystkich zdarzeń. Ostatecznie okazuje się, że zaakceptowanie siebie w Ciele, Oddechu i Sytuacji to jedno i to samo.

Jako chrześcijanie możemy z duchowości Wschodu zaczerpnąć więc, po pierwsze, integrację ciała jako duchowej mocy, po drugie, należącą do systemu religijnego samoakceptację jego rzeczywistości jako tajemnicy, a po trzecie akceptację codziennej Sytuacji w tym sensie, że każda Sytuacja jest równie wiele warta, choć nie tożsama. No i przekonanie o absolutnej konieczności codziennych ćwiczeń.

 

Udział w Świetle

Czym zatem różni się medytacja chrześcijańska od medytacji wschodniej?

Typowa dla Wschodu medytacja metafizyczna jest także drogą chrześcijańskiej mistyki. Niektóre słowa chrześcijańskich mistyków są nie do odróżnienia od słów z tradycji Zen. Kiedy pewnego razu podczas rozmowy przy herbacie zacytowałem założyciela mojej wspólnoty, świętego Wincentego Pallottiego, który mówił: „Moim ulubionym zajęciem jest widzieć Pełnię w Nicości”, Yamada-Roshi zakrzyknął: „To jest właśnie Kensho (Oświecenie)!”

Łącznikiem między medytacją chrześcijańską a buddyjską jest poznanie i doświadczenie bytu dane każdemu człowiekowi z osobna, a także rozumienie jego rzeczywistości jako Tajemnicy, która przekracza racjonalne rozumienie. Różnicę między nimi można widzieć w rozłożeniu akcentów między Agape i Gnosis – Miłość i Mądrość. Z buddyjskiego punktu widzenia, nacisk położony jest na Mądrość. Z chrześcijańskiego – na Miłość. Wszyscy chrześcijańscy mistycy podążali tą drogą.

Skoro więc medytacja chrześcijańska i wschodnia są do siebie tak podobne, to skąd bierze się tak duża fascynacja medytacją Wschodu jako czymś szczególnym?

Wyjątkowość Wschodu polega prawdopodobnie na tym, iż stworzył on system pedagogiczny, uczący praktykowania Drogi, zgodnie z elementami, o których mówiłem, a także koniecznością codziennych ćwiczeń.

Jak zaczęło się księdza zainteresowanie medytacją Wschodu?

Gdy zobaczyłem i poznałem wspomnianego już ojca Lasalle’a, od razu wiedziałem, że to jest to. Mój Mistrz, który rozpoznał moją motywację, zadał mi jako Kōan na życie, a więc swego rodzaju ćwiczenie i zadanie, frazę: „Musisz sprawić, aby Jezus Chrystus był w tobie”. To samo z siebie zmotywowało mnie do praktykowania Zen w tym o wszystkim decydującym poczuciu wsobności, zgodnie z mottem naszego programu medytacji Zen, który prowadzimy w Essen, zaczerpniętym z Listu do Kolosan: „Jest (…) Chrystus pośród was – nadzieja chwały”.

Czy nie miał ksiądz problemów związanych ze swoją działalnością? Jak wiadomo, choćby ojciec Willigis Jäger miał ich niemało…

Stanowisko Willigisa Jägera jest dobrze znane dzięki jego licznym publikacjom. W moim przypadku było inaczej. Będąc w zupełnej zgodzie z celami ojca Lasalle’a, owym „pionierem Zen dla chrześcijan”, zostałem zarówno przez moją wspólnotę, jak i przez mojego biskupa, zachęcony do pójścia tą drogą. Zlecono mi wręcz uzyskanie odpowiedniego wykształcenia. Dostałem dotację na pobyty w Japonii na szkoleniu mistrzowskim aż do momentu uzyskania pozwolenia na nauczanie drogi Zen. Mój program, „Życie ze Środka – kontemplacja Zen”, jest w pełni zintegrowany z programem diecezjalnym i promowany przez kurię. Moja wspólnota pallotynów także widzi tę drogę jako przybliżenie do mistycznych przeżyć naszego założyciela, świętego Wincentego Pallotti. Jak więc państwo widzą, nie tylko nie miałem problemów, ale wręcz dostałem niemałe wsparcie dla swojej działalności.

Czy to również efekt Soboru Watykańskiego II? To na nim Kościół uznał, że Duch Święty działa we wszystkich religiach…

Rzeczywiście Sobór dokonał ogromnego zwrotu w relacjach między chrześcijaństwem a innymi religiami. Po raz pierwszy wyrażone zostało uznanie z naszej strony wobec tych religii – Sobór przyznał im udział w Świetle, „które oświeca każdego człowieka”. Zarówno moja własna droga, jak i powołany przeze mnie do życia program kontemplacyjny, bez Soboru byłyby niemożliwe.

ilust.: Martyna Wójcik-Śmierska

ilustr.: Martyna Wójcik-Śmierska

Na drodze do wspólnoty

Jakie skojarzenia i myśli wywołuje w księdzu termin „synkretyzm religijny”? Czy widzi w nim ksiądz, jak większość katolików, wyłącznie zagrożenie czy również szansę?

W zglobalizowanej społeczności ludzkiej, w której dziś żyjemy, oferta przedstawiana „poszukiwaczom sensu” stała się bardzo urozmaicona i barwna. Ale ostatecznie człowiek zazna wewnętrznego spokoju tylko wtedy, gdy zdecyduje się na jedną drogę i będzie się jej trzymał wraz z jej wszystkimi konsekwencjami. Do tego należy też odkrycie na nowo własnych korzeni religijnych i kulturowych. Często jestem świadkiem, jak ludzie w ciszy odkrywają dla siebie nowe znaczenia tekstów Pisma Świętego, często słyszanych słów liturgii bądź starych modlitw. Szansa płynąca z religijnej różnorodności leży w tym, aby, patrząc na „inne”, zobaczyć bogactwo „swojego” świeżym okiem. I w ten sposób „inne” już zawsze widzieć jako część „swojego”.

Ksiądz profesor Tomáš Halik, mówiąc o dialogu chrześcijan z niewierzącymi, przekonuje, że powinien on być wspólną drogą „wgłąb”. Może można byłoby odnieść te słowa również do dialogu międzyreligijnego?

W moim odczuciu dialog międzyreligijny na poziomie doświadczeń realizuje się przede wszystkim w tym, że partnerzy dzielą się tym wszystkim, co się dzieje w nich. W ten sposób wzajemnie złowrogie nastawienie do siebie różnych religii, znane nam dobrze z dziejów człowieka, musi całkowicie zamienić się w zadawanie sobie pytań, słuchanie się, wzajemny szacunek, a w końcu religie te, zamiast stać w opozycji do siebie nawzajem, zaczynają dążyć do „pro-egzystencji”.

Poprosimy o konkretny przykład.

Dla Yamada-Koun-Roshi i ojca Lassalle’a, świadków katastrof w Hiroszimie i Nagasaki, nie było to jakimś pobożnym życzeniem, ale możliwością i warunkiem koniecznym przetrwania ludzkości. „Aby ludzkość przetrwała, niezbędny jest nowy sposób myślenia” – powiedział Albert Einstein. I ten „nowy sposób myślenia”, widzieli oni w poznawaniu natury ludzkiej, poprzez które ludzie mogą się wzajemnie zrozumieć i uczyć. Taką drogę widzieli w Zen, jako niezwiązanej z religią buddyjską „drodze poznania religijnego we wszystkich religiach”. Doświadczeni w tym poznaniu – są zgodni. To niedoświadczeni uczniowie i uczący odróżniają się od siebie i sobie wzajemnie zagrażają.

Czym wyraża się ta zgoda pomiędzy doświadczonymi?

Jest to często komunikacja bez słów. Zdarzyło mi się, że po długim, wspólnym kursie milczenia buddyjski mistrz, którego nie znałem, podszedł do mnie i mnie objął. Tam, gdzie ludzie oddają się całkowicie swojej wewnętrznej tajemnicy i gdzie przekraczają swoje ograniczone „ja”, tam doświadczają jedności z innymi, pozwalają sobie nawzajem żyć i przekazują sobie pokój.

Czy modlitwy o pokój w Asyżu są krokiem w kierunku tej jedności?

Spotkania modlitewne w Asyżu są konsekwentną realizacją odkrycia, że potencjał dla pokoju jest obecny we wszystkich religiach powszechnych. I jeżeli połączymy ten potencjał i pozwolimy mu działać, to na pewno będzie promieniować poprzez już dawno „przeterminowaną” zmianę w ludzkiej świadomości – odejście od wzajemnej opozycji i przejście do w istocie odpowiedniej dla natury ludzkiej wspólnotowości.

A może Boży plan jest wręcz taki, by wszystkie religie świata kiedyś zjednoczyły się w jedno – niekoniecznie poprzez nawrócenie, ale poprzez wspólne poszukiwanie Niepoznawalnego?

Edyta Stein mawiała, że „Kto szuka Prawdy, szuka Boga, czy o tym wie, czy nie”. „Katolickie” to wspaniałe słowo. Znaczy przecież tyle, co „wszystko obejmujące”, „samo-przekraczające”, „wszystkiemu służące”, „się oddające”. Oddające się, „aby [owce] miały życie i miały je w obfitości”. Wszystkie owce.

***

Ks. Johannes Kopp SAC jest niemieckim pallotynem oraz mistrzem Zen linii Sanbo-Kyodan, przedstawicielem pierwszej generacji katolickich nauczycieli zen w Europie. Autor książki „Schneeflocken fallen in die Sonne. Christuserfahrungen auf dem Zen-Weg”.

***

Współpraca: ks. Paul Rheinbay SAC. Tłumaczył Christoph Thun.