dwutygodnik internetowy
25.06.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Krzyżyk na kibicach

W kibicowskiej religii, w której najświętsza jest idea klubu, niczego bowiem nie brakuje. Jest bóg – czyli klub. Są symbole – herb, barwy czy szaliki. Jest misterium – czyli mecz, odbywający się w świątyni, której rolę przejął stadion. Kibice mają również swoich męczenników – niekiedy kolegów, którzy siedzą w więzieniu lub stracili życie w obronie barw, a także świętych: zasłużonych i wiernych zawodników, trenerów czy działaczy.

ilustr.: Olga Micińska

 

Od kiedy Maradona pozwolił sobie nazwać swoją dłoń „ręką Boga”, żadne powiązanie futbolu i religii dziwić już nie powinno. Okazuje się jednak, że to, co w wypadku Maradony przybrało formę zwykłej buńczuczności po dokonanym oszustwie, może równie skutecznie zmienić stadion w świątynię, mecz w misterium, a ideę klubu w boga. I wtedy nie jest już jasne, gdzie tkwi granica między tym, co święte, a tym, co tylko piłkarskie.

 

Gdy tak ważna postać polskiego Kościoła, jak kardynał Stanisław Dziwisz, gotowa jest przekonywać, że to dzięki wstawiennictwu błogosławionego Jana Pawła II, Tytoń obronił karnego, warto zadać pytanie, jak daleko w naszym myśleniu piłka nożna nabrała cech sakralnych. Również wykonywanie przez piłkarzy gestów religijnych może budzić bowiem wątpliwości. – Z jednej strony każdy ma prawo demonstrować swoją religijność, także w życiu zawodowym czy w sporcie – mówi ksiądz profesor Andrzej Draguła, teolog i kibic. – Z drugiej, trzeba bardzo uważać, by takie gesty nie nabrały cech magicznych. Znak krzyża nie jest „zaklinaniem piłki” toczącej się do bramki.

Dla niektórych chyba jednak jest. Po której stronie „gra” Pan Bóg? jest pytaniem nie tylko nienowym, lecz także nie całkiem, jak widać po zachowaniu piłkarzy czy kibiców, bezzasadnym. Prowadzi jednak do absurdalnych i dalekich od teologicznej poprawności konsekwencji: jeśli bowiem, jak chciałby kardynał Dziwisz, Jan Paweł II wspierał Tytonia przy obronie karnego przeciwko Grekom, to dlaczego nie udało nam się wygrać kolejnego spotkania? Czyżby Boża opatrzność nas opuściła? Czemu nie opiekowała się Karagounisem? Jak przekonuje ksiądz Draguła, uproszczone podejście do podobnych pytań może prowadzić do fetyszyzowania religii na boisku. Dobry tego przykład mieliśmy również przy okazji tegorocznego Bożego Ciała, w trakcie którego niektóre ołtarze sprawiały wrażenie postawionych raczej piłce nożnej, a nie Bogu. O ile jednak fetyszyzowanie religii może odbywać się w zasadzie każdej sferze życia (czyż takiego wymiaru nie miewają pielgrzymki maturzystów do Częstochowy i modlitwy o wygraną w Totka?), o tyle w przypadku piłki nożnej jeszcze ciekawsze jest przyjrzenie się sytuacji, w której mamy do czynienia nie z fetyszyzowaniem „starej” religii, a z powstawaniem nowej.

 

Wiara, która przetrwała

– Wiara w sacrum i świętą ideę klubu oraz wspólnotowość kibicowska nadają społecznemu fenomenowi kibicowania niezwykle religijny charakter – przekonuje doktor Dominik Antonowicz, socjolog sportu z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Na trybunach formuje się, w postaci atawistycznych zachowań, wspólnych śpiewów, rytmicznych okrzyków, oklasków, czy podskoków, wspólnota niewidzialnej religii.

Gdy zatem kibice Falubazu zawiesili na figurze Chrystusa w Świebodzinie szalik swojego klubu, mieliśmy do czynienia już nie z mieszaniem religii do sfery sportu, a raczej z wykorzystaniem symbolu jednej religii przez wyznawców drugiej. Gdy co tydzień na stadionach zobaczyć można transparenty z wypisanymi hasłami: „Wiara, która przetrwała – Zagłębie”, „Raków – The Religion” czy „Przenajświętszy Falubaz”, warto przyjrzeć się temu fenomenowi bliżej.

W kibicowskiej religii, w której najświętsza jest idea klubu, niczego bowiem nie brakuje. Jest bóg – czyli klub. Są symbole – herb, barwy czy szaliki. Jest misterium – czyli mecz, odbywający się w świątyni, której rolę przejął stadion. Kibice mają również swoich męczenników – niekiedy kolegów, którzy siedzą w więzieniu lub stracili życie w obronie barw, a także świętych: zasłużonych i wiernych zawodników, trenerów czy działaczy. Obrzędy odbywają się w takt kalendarza liturgicznego, obejmującego piłkarski sezon. Nie brakuje również kapłanów, których rolę spełniają najzagorzalsi kibice. Parę lat temu, w czasopiśmie „To My Kibice Plus”, tak opisano ich wejście na stadion na jednym z argentyńskich stadionów: „Sektor był już gotowy na przyjęcie hinchadas, czyli najgorętszych fanatyków! Weszli na stadion zwartą grupą, z wielką pompą, wraz z rytmem bębnów i innych instrumentów. […] Cały młyn rozstępuje się wówczas na boki, robiąc im przejście”.

 

Ortodoksi i ateiści

Warto jednak od razu zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze, powyższa charakterystyka nie dotyczy zawodów, w których uczestniczą reprezentacje narodowe. Kibicowanie im, niekiedy ponad klubowymi podziałami, jest efektem doznań patriotycznych, a nie sakralnych. Gdy tysiące gardeł śpiewało: „Polska, biało-czerwoni”, kibice dawali upust swojemu przywiązaniu do ojczyzny i barw narodowych, kształtowanemu od dziecka przez rodziców, szkołę i państwo, nie zaś wierności wybranemu przez siebie klubowi. Po drugie, może się wydawać, że w powyższej wyliczance religijnych atrybutów kibicowania brakuje tego, co zdaje się najważniejsze, czyli sportowców. Okazuje się jednak, jak piszą Dominik Antonowicz i Łukasz Wrzesiński, że: „Dla kibiców zawodnicy, trenerzy są jedynie temporalnym, z natury swej przemijającym, niedoskonałym oraz grzesznym urzeczywistnieniem świętej, nieskazitelnej i nieśmiertelnej idei klubu”.

Wszystko to nie dzieje się przypadkiem. Jeżeli największym ciosem, jaki można zadać kibicowi, jest profanacja jego świętych symboli – podeptanie szalika czy wywieszenie zdobytej flagi do góry nogami; jeżeli największą zbrodnią, jaką może popełnić zawodnik, jest zmiana klubu, zwłaszcza na wyjątkowo znienawidzony; jeżeli wreszcie naukowcy skłaniają się ku klasyfikowaniu społeczności kibiców przy użyciu nazw takich, jak: fundamentaliści, ortodoksi, małej wiary, wierzący niepraktykujący, dewoci czy ateiści; to jest to efekt szerszego trendu, w ramach którego sekularyzacja nierzadko nie oznacza pozbycia się ze swojego życia sfery sacrum czy zaprzestania poszukiwań religijnej tożsamości, a raczej przesunięcie owych religijnych uczuć i potrzeb poza krąg kościołów i związków wyznaniowych, w stronę sfery dotąd przez religijność niezagospodarowanej. Dziać się tak może zarówno w wypadku sportu, muzycznej subkultury czy choćby grupy zwolenników określonej sprawy i ideologii.

 

Kibol z misją

Odłóżmy przez chwilę na bok patologie – kibolstwo czy powiązania środowisk kibicowskich i przestępczych – dość już o tym napisano. Podobnie jak o próbach zbijania kapitału politycznego wokół środowiska kibiców. Za mało jednak, jak się zdaje, napisano i powiedziano o społecznych pozytywach kibicowania, także tego klubowego. Pytanie, jakie w tym kontekście naprawdę warto postawić, brzmi zatem: co można zrobić, by potencjał tworzących się wokół klubów sportowych wspólnot, tak podobnych do religijnych, najlepiej wykorzystywać? – Kibice tworzą wspólnotę anachroniczną, bo wspólnoty w dzisiejszym indywidualistycznym oraz zmaterializowanym świecie są anachroniczne – przekonuje Antonowicz. – Wyjazdy kibiców z Torunia do Rzeszowa czy ze Szczecina do Lublina po to, by wspierać swoją drużynę w z góry przegranym meczu, oglądać mecz w najgorszym możliwym sektorze stadionowym, czy wreszcie narażać się na niebezpieczeństwa, ataki innych kibiców, nieporozumienia z policją czy służbami ochrony, są niezrozumiałe dla osób spoza kibicowskiego środowiska.

Warto jednak, nawet nie rozumiejąc, dostrzec wyraźne plusy takich zachowań. Religia, jaka by nie była, może prowadzić zarówno do zła, jak i do szlachetności. Podobnie jest ze wspólnotą kibiców, która bardzo często pozostaje nią nie tylko na stadionie, ale także poza nim. Okazuje się, że więź klubowa jest niejednokrotnie silniejsza niż relacja sąsiedzka czy nawet rodzinna. Zapalony kibic, który wpadnie w życiowe tarapaty, choćby zdrowotne, ma na kogo liczyć – pomogą mu jego współwyznawcy. Dowodem na to mogą być dość powszechnie podejmowane starania środowisk kibicowskich, by w meczach, zarówno „u siebie”, jak i wyjazdowych, uczestniczyć mogli także kibice niepełnosprawni. Widok ogolonych osiłków (czyli „klasycznych kiboli”), których nie chcielibyśmy spotkać w ciemnej uliczce, niosących przez całą trybunę kolegę na wózku, by ten mógł obejrzeć spotkanie ukochanego klubu, potrafi skruszyć niejeden stereotyp. Wśród kibiców są bandyci, są rasiści i nacjonaliści, niejednokrotnie organizacje kibiców są jednocześnie organizacjami przestępczymi, trudniącymi się choćby handlem narkotykami. Ale nie należy tego stereotypu rozszerzać nie tylko na wszystkich kibiców, ale nawet na tych najzagorzalszych z nich.

 

***

Gdy Antonowicz i Wrzesiński piszą: „Biorąc pod uwagę fakt, że religijne społeczności dwóch klubów z jednego miasta rzadko żyją w symbiozie, pomysł rozgrywania meczu na wspólnym stadionie można przyrównać do propozycji, aby irlandzcy katolicy i protestanci korzystali z jednej świątyni w samym centrum Belfastu”, warto zwrócić uwagę, że ani jeden (dotyczący stadionów), ani drugi (dotyczący świątyni) pomysł nie jest być może całkiem absurdalny. Ekumenizm może dotyczyć nie tylko wyznań chrześcijańskich, ale również wspólnot kibicowskich. Przed wszystkimi kibicami jeszcze daleka droga do tego, by stworzyć swoje własne podwaliny do pokojowej, choćby nawet dość gwałtownej, ale pozbawionej cielesnej agresji, koegzystencji. Ale już teraz warto dostrzec, że we wspólnocie kibiców tkwi większy potencjał – społecznikowski, obywatelski i samoorganizacyjny – niż bylibyśmy skłonni sądzić. – Widać to bardzo dobrze w przypadku klubów w małych miasteczkach i na wsiach, gdzie klub spełnia bardzo ważną rolę integracyjną – przekonuje ksiądz Draguła. – Myślę, że w Polsce nie docenia się tego społecznego potencjału, który tkwi w sporcie amatorskim. A wystarczy przejechać się w sezonie rozgrywek w niedzielę po wsiach i zobaczyć, ilu ludzi tam kibicuje i ilu jest zaangażowanych w życie klubu.

Antonowicz dodaje zaś: – Zjawisko kibicowania jest magiczne, niezrozumiałe, ale na tym też polega jego piękno, bo kibice idą pod prąd nowoczesnym trendom.

Ciekawe, w którą stronę pójdą dalej. Nie warto jednak stawiać zbyt wcześnie na nich i ich religii krzyżyka.

 

Korzystałem z tekstu „Kibice jako wspólnota niewidzialnej religii” (Dominik Antonowicz, Łukasz Wrzesiński, Studia Socjologiczne 2009, I (192))

 

  • Katarzyna Kucharska

    Szalik Falubazu w białe, żółte i zielone pasy, zawieszony w wyniku partyzanckiej akcji na figurze Chrystusa w Świebodzinie, można teraz oglądać w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej na ul. Pańskiej 3. Wystawa “Polska sztuka narodowa” to mix wspólnotowych mitów: powstańczych i katolickich oraz kibicowskich i smoleńskich. Serdecznie polecam. W następnym numerze “Kontaktu” ukaże się wywiad z kuratorami tej wystawy.

  • Michał T

    Fajne, celne! Ale przyczepiłby się do nazywania przedmaturalnego wyjazdu do Częstochowy “fetyszyzowaniem religii”. Wydaje mi się, że podchodząc do tego w ten sposób, każda modlitwa o coś bardziej przyziemnego i codziennego niż “bądź wola Twoja”, była by takim właśnie “fetyszyzowaniem”.

    Pozdrawiam Autora!

  • Bartek Wróblewski

    Ciekawe zestawienie: „[…] pomysł rozgrywania meczu na wspólnym stadionie można
    przyrównać do propozycji, aby irlandzcy katolicy i protestanci korzystali z
    jednej świątyni w samym centrum Belfastu”. Skutki mogłyby być jeszcze
    ciekawsze. Może ci katolicy i protestanci zaczęliby się przekrzykiwać, a nawet
    wymyślać przyśpiewki na siebie nawzajem, uległszy zwyczajom kibiców? A może
    wręcz przeciwnie, skupiliby się na modlitwie i pokornie przeżywali misterium?

    A granicy między tym, co
    święte a tym, co piłkarskie szukałbym chyba w eschatologii, bo mimo
    zewnętrznych podobieństw kultu Boga i klubu, kibice jednak nie wierzą, że
    jedynie kibicowanie ich klubowi zapewnia zbawienie czy jest receptą na
    szczęście. Nie odwołują się też do sił nadprzyrodzonych, a jeśli już, to
    czerpią je właśnie z religii lub innych systemów, w których takie siły
    występują, a nie do jakichś mitycznych duchów klubu, założycieli czy im
    podobnych.

     

    Interesujący tekst.

     

    Pozdrawiam!

  • Pingback: Dlaczego warto oglądać Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej Kobiet? | Magazyn Kontakt()