dwutygodnik internetowy
22.09.2014
magazyn papierowy


Krótki zasięg polskiego Kościoła

Biskupi preferują antyliberalne postrzeganie rzeczywistości, w którym nie ma miejsca na kompromis czy debatę. Nie ma tym samym miejsca na „dobro wspólne”.

ilustr.: Antek Sieczkowski

Biskupi preferują antyliberalne postrzeganie rzeczywistości, w którym nie ma miejsca na kompromis czy debatę. Nie ma tym samym miejsca na „dobro wspólne”.

 

Kolejny raz wypowiedzi hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego (Krk) w Polsce budzą emocjonalny sprzeciw. Powoli staje się to „znakiem czasu”, który wymaga zastanowienia. Nie chcę ani powtarzać argumentów pochodzących z zewnątrz Krk (społecznych, psychologicznych, biologicznych, etycznych), ani proponować emocji w miejsce namysłu. Po ostatnim wystąpieniu kard. Dziwisza, który w ostrych i pryncypialnych słowach potępił metodę in vitro i związki partnerskie, a także po werdykcie abp. Jędraszewskiego, który skazał ateistów na życie pozbawione sensu, zadałem sobie pytanie o to, co niepokoi mnie najbardziej w relacji Krk – społeczeństwo polskie. Pełna odpowiedź wymagałaby pewnie napisania książki. Wskażę więc tylko na trzy kwestie: zakładaną w tych (i podobnych) pouczeniach teologię laikatu, podług której świeccy to tyle, co nie-duchowni, kłopot ze zrozumieniem specyfiki refleksji moralnej oraz na rezygnację z dialogu i prób zrozumienia przemian zachodzących w świecie współczesnym.

 

Kler i laicy

 
Współczesna teologia laikatu pojawiła się wraz z ożywczym duchem aggiornamento. I wraz z tym duchem zginęła. Na Zachodzie pozostawiła jednak trwałe ślady w postaci publikacji teologicznych, by wspomnieć choćby „Jalons pour une théologie du laïcat” Yvesa Congara OP (wciąż nie spolszczonej!) czy odpowiednich fragmentów nauczania Soboru Watykańskiego II. To smutne, iż trzeba było tyle wieków, by przypomnieć o tym, że na mocy chrztu wszyscy chrześcijanie są równi w Chrystusowej misji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej. Jeszcze bardziej smutne jest to, że Krk nie skorzystał z szansy konsekwentnego przemyślenia na nowo swojego nauczania społecznego, w tym sposobu ujmowania roli, jaką we wspólnocie pełnią świeccy z jednej, a duchowni ze strony drugiej. Na przeszkodzie stanęła zapewne niejasność samych dokumentów kościelnych. Trzeba bowiem pamiętać o tym, że i w tekstach Soboru, i w nauczaniu posoborowym obok teologii Ludu Bożego zachowano także wcześniejszą, negatywną definicję osoby świeckiej jako nie-duchownej. Duchownego zaś określono jako wierzącego powołanego na mocy szczególnej łaski. Potwierdziło to asymetrię między świeckimi a duchownymi. Asymetrię, która nie wynika z pełnienia różnych funkcji w Kościele, ale której źródłem jest fundamentalna różnica między laikatem a duchownymi. Jednoznacznie wyraził to Nowodworski w Encyklopedii Kościelnej” z 1911 roku, pisząc, że świeccy nie powinni mieszać się w sprawy wewnątrzkościelne!
 
Wyraźne nastawienie klerykalne pogrzebało możliwość spojrzenia na wspólnotę katolicką jako na wspólnotę ludzi sobie równych, także w różnorodnych formach powołania. Podtrzymały przeświadczenie o tym, że nierówność ludzi wynika „z natury rzeczy”. Utrwaliły sztywny podział na nauczający kler i nauczany laikat. Ma to swoje rozliczne konsekwencje. Jedną z nich jest wyraźnie klerykalny model teologii, który funkcjonuje w Krk. Jak sądzę, jest on jednym ze źródeł całkowitego niezrozumienia przez kler w Polsce współczesnego świata. Dlaczego? Dlatego że – a podejmuję tu argument Michaela Novaka – życie kleru (diecezjalnego i zakonnego) ulegało zdecydowanie mniejszym zmianom niż życie ludzi świeckich. Laikat doświadcza zmian z pokolenia na pokolenie, z godziny na godzinę, spotykając się w codziennym życiu z wyzwaniami gospodarczymi, ekonomicznymi, egzystencjalnymi, duchowymi itd. Niekiedy gwałtownym zmianom podlegają i oczekiwania ludzi, i sposób pojmowania przez nich wolności, co w konsekwencji doprowadza do przekształcania się wspólnot tak, by pełniej służyły zarazem ochronie prywatności i intymności jednostek, jak i efektywnemu tworzeniu więzi społecznych. Co ciekawe, mimo wspomnianej dynamiki, gros ludzi żywi się wiarą, dowodząc tym samym aktualności chrześcijaństwa. Teologia, która nie towarzyszy tym przemianom, ale budowana jest w oparciu o statyczny i mało elastyczny świat feudalnych zależności i hierarchii, nie jest dobrym przewodnikiem dla tych, którzy współczesnych ludzi chcą pouczać.
 
Lepsze wrogiem dobrego
 
Przedstawiciele polskiego Krk (być może jak żadnego innego) przywiązani są do refleksji uprawianej w duchu tomistyczno-arystotelesowskim. Jest to jednak przywiązanie wybitnie wybiórcze. Jako przykład może służyć dominujący w Kościele sposób nauczania moralnego. Krk przyjął wprawdzie arystotelesowską etykę cnót, pominął jednak fundamentalną tezę Arystotelesa, która mówi, że etyka jest domeną zmienności i prawdopodobieństwa, nie da się w niej bowiem formułować tez uniwersalnych i apodyktycznych, tak jak robi się to w dziedzinie poznania teoretycznego. Poznanie moralne wiąże się raczej z rozsądkiem (phronesis), czyli zdolnością „rozpoznawania i czynienia właściwych rzeczy we właściwym czasie i we właściwy sposób”, bez aspirowania do tego, że zbuduje się uniwersalny algorytm zachowań. Refleksja moralna domaga się nie tyle czy nie tylko podstaw teoretycznych, ale doświadczenia życiowego i życiowej mądrości. Nie stanowi tedy domeny przemocy, narzucania własnych poglądów innym ludziom, ale domenę dialogu, praktyki konsensu i tolerancji. Domenę, w której lepsze jest wrogiem dobrego, a społeczny konsens można łatwo pogrzebać tylko z tego powodu, że w zbyt nikłym stopniu przypomina normatywny ideał. Za przykład służyć może narastający kościelny sprzeciw wobec ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, którą uchwalono na drodze trudnych negocjacji. Dogmatyczne stanowisko osób związanych z Krk skutecznie blokuje także próby uregulowania procedury in vitro, powodując, że panuje w tej kwestii prawdziwa „wolna amerykanka”.
 
Wiąże się to w końcu z brakiem zrozumienia dla historycznego charakteru doktryny chrześcijańskiej w ogóle, a katolickiej w szczególe. Prace z historii dogmatyki pokazują niezbicie, w jak meandryczny sposób kształtowały się zręby nauki chrześcijańskiej. Siłą pierwszych chrześcijan było (być może) to, że nie obawiali się „znaków czasu”, a rodzące się pilne problemy traktowali serio – jak powód do namysłu, a nie bezrefleksyjnej i emocjonalnej negacji. Niech przykładem będzie tu nauka o Duchu Świętym, która kształtowała się niezwykle długo i w trosce o nierozerwanie wspólnoty chrześcijan, vide koncyliacyjna działalność Bazylego Wielkiego. „Zaznaczyło się to – pisze Henryk Paprocki – w sposobie redakcji formuł tego soboru, w których Duch Święty nie jest nazwany ani «współistotnym», ani też «Bogiem». Był to zarazem rodzaj finezyjnej sieci, za-rzuconej przez ojców soboru na swych współbraci duchoborców. Sam św. Bazyli Wielki głosił pewien maksymalizm doktrynalny, polegający na przyjmowaniu tych, którzy nawet nie nazywają Ducha Świętego «Bogiem». Dowodem faktycznej ustępliwości jest nienazywanie Ducha Świętego «Bogiem» w nicejsko-konstantynopolitańskim Symbolu Wiary”. Jeśli postawa otwartości i szukania rozwiązań kompromisowych, a więc takich, które nie wykluczają, mogła być obecna w praktyce dogmatycznej, dlaczego nie może być obecna dzisiaj w kontekście zagadnień moralnych? Zwłaszcza, że kwestie moralne także mają swoją historię i na różnych etapach rozwoju doktryny były rozmaicie rozwiązywane. Przykładem może być tu ważna kwestia celibatu księży, czy sprawa aborcji, dawniej traktowanej jako zabójstwo dopiero w momencie pełnego uformowania się płodu.
 
Liberalne momenty doktryny
 
Polski Krk ma także wyraźny problem zaakceptowania instytucji demokracji liberalnej. Zasługą uznawanego za konserwatystę (!) Michaela Novaka jest próba pokazania, że nie da się postawić znaku równości między instytucjami liberalnymi a liberalizmem jako stanowiskiem filozoficznym (ideologicznym). Taki znak równości oznaczałby unieważnienie instytucji liberalnych, których zadaniem jest ochrona praw człowieka, w tym indywidualnych wolności, wśród których jest także wolność światopoglądowa. Związki Krk z liberalizmem są dziś niezwykle dwuznaczne. Mniej więcej do pontyfikatu Piusa XII liberalizm był gruntownie krytykowany i zdecydowanie odrzucany. Sytuacja zmieniła się za sprawą Jana XXIII i Soboru Watykańskiego II. Za ich sprawą prawa człowieka stały się inherentną częścią katolickiej doktryny, ale wprowadzono je „tylnymi drzwiami”, bez dokonania stosownego przekształcenia nauki społecznej. Mam wrażenie, że polski kler nie dostrzega ani momentów „liberalnych” w doktrynie Krk, ani napięcia, jakie rozsadza od środka katolicką naukę społeczną. Biskupi preferują antyliberalne postrzeganie rzeczywistości, w którym nie ma miejsca na kompromis czy debatę. Nie ma tym samym miejsca na „dobro wspólne”, którego kształt nie jest wypracowywany w oparciu o racjonalną deliberację, ale wyznaczany przez grupę społecznie bardziej silną. Pozwala to na lekceważenie faktu, iż biskup mówi w imieniu Kościoła a nie narodu, a więc, że jego zadaniem jest ukazywanie prawd wiary (mistagogia) osobom związanym z Krk, a nie uprawianie polityki, w której nie ma miejsca dla nie-katolików.
 
Warto w tym miejscu przypomnieć encyklikę Sollicitudo rei socialis” Jana Pawła II. Pozwala ona bowiem spiąć klamrą prowadzony przeze mnie wywód. Z tego długiego dokumentu wybieram trzy tezy, szczególnie ważne w kontekście obecności Krk w przestrzeni publicznej w Polsce.
 
Po pierwsze, papież przypomina, że nauka społeczna Krk nie należy do „dziedziny ideologii, lecz teologii, zwłaszcza teologii moralnej. Nauczanie i upowszechnianie nauki społecznej wchodzą w zakres ewangelizacyjnej misji Kościoła” [41]. Oznacza to, m. in., że Krk nie może proponować ani systemów politycznych, ani mechanizmów gospodarczych, ani technicznych rozwiązań dotyczących funkcjonowania społeczeństwa [41], powinien za to rozważnie rozeznawać znaki czasu w świetle Ewangelii i coraz pełniej odsłaniającej się prawdy o człowieku.
 
Po drugie, papież przypomina, że współcześnie odpowiednikiem pokoju stał się rozwój. Wejście na drogę (samo)rozwoju jest zatem celem społeczeństw, ale takim celem, wobec którego „narody same powinny określić własne priorytety i dobrze rozpoznać swoje potrzeby stosownie do konkretnych warunków ludności, środowiska geograficznego i własnych tradycji kulturowych” [44]. Możliwe jest to w takim systemie społecznym, który akceptuje instytucje demokracji, gwarantujące człowiekowi wolność (w tym wolność religijną i światopoglądową) i równość, które podlegają ochronie w perspektywie praw człowieka.
 
Po trzecie, papież jednoznacznie stwierdza, że w porządku społeczno-politycznym to nie duchowieństwo, ale świeccy mają do odegrania „przeważającą rolę” [47]. Na świeckich-katolikach spoczywa ciężar ożywiania „współczesnej rzeczywistości poprzez chrześcijańskie zaangażowanie: oni winni okazać się tu świadkami i tymi, którzy wprowadzają pokój i sprawiedliwość” [47]. Do nich też zasadniczo skierowane jest nauczanie społeczne Krk. Współczesne społeczeństwa nie składają się jednak wyłącznie z katolików, a i sami katolicy – kierując się swoim sumieniem – nie stanowią jednorodnej grupy. Oznacza to zatem konieczność budowania wspólnoty szanującej pluralizm, a więc takiej, w której problemy rozwiązuje się na drodze pokojowej, z poszanowaniem wolności i godności każdego człowieka.
 
Kończąc, w moim, napawającym mnie smutkiem, przeświadczeniu, Krk w Polsce stara się grać rolę przewodnika duchowego i moralnego drogowskazu. Stara się to robić, nie rozumiejąc współczesnej rzeczywistości. Tak jakby na temat „społeczeństwa ryzyka” i różnych postaci tego ryzyka nie powiedziano ani jednego słowa. Niedobra jest także proponowana przez Krk moralność, m. in. dlatego że jest „moralnością krótkiego zasięgu”, czyli odnosi się do bezpośrednich, bliskich skutków. Choćby jednoznacznie negatywna opinia na temat środków antykoncepcyjnych bierze pod uwagę tylko funkcje, jakie pełnią one w świadomym regulowaniu poczęć. Nie uwzględnia się tu kwestii bardziej odległych – takich jak wykorzystywanie środków antykoncepcyjnych w leczeniu bolesnego miesiączkowania czy wygaszania ognisk gruczolistości zewnętrznej pochwy. Równie krótkowzroczna jest kampania na rzecz „klauzuli sumienia” aptekarzy, w której chodzi o moralną satysfakcję pracownika apteki, a pomija negatywne skutki dla pacjentów małych miejscowości, w których funkcjonuje jedna apteka (czy punkt apteczny). Swoistą odmianą „etyki krótkiego zasięgu” są także akcje związane z „ochroną życia poczętego”. Mam wrażenie, że katolicka walka „o ochronę życia” kończy się w momencie poczęcia, na dalszych etapach pozostawiając rodziców i dziecko samym sobie. Musimy zdawać sobie sprawę, że dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej nasze działania mają „daleki zasięg” (czasowy, ale także przestrzenny). W refleksji moralnej bezpośrednie skutki naszych działań straciły więc uprzywilejowane miejsce.
 
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.
 

 

  • ppp

    Logika “Kontaktu” i jemu podobnych lo logika złodzieja, który okrada dom, a później wyśmiewa gospodarzy, że mieszkają w niedostatecznie zabezpieczonym domu. Gdybyście od wielu lat nie podkopywali Kościoła, to wielu problemów by nie było. I, o ironio, o problemy wywołane przez was obwiniacie Kościół.

  • ddr

    Pomieszanie z poplątaniem. Ale tak to bywa, gdy religią autora jest liberalizm, a nie katolicyzm.

  • Paweł

    Omawiany artykuł wygląda na jeden z szeregu paszkwili pisanych jak kalka na zamówienie, a przeznaczonych do programowania co poniektórych małych mózgowniczek

  • Pingback: Katolicyzm – poza prywatnym i publicznym | Magazyn Kontakt()

  • Pingback: Rok 2014 w ilustracjach „Kontaktu” | Magazyn Kontakt()