dwutygodnik internetowy
13.03.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Krótka historia pewnego grobu

Według przeprowadzonych w 2014 roku badań statystycznych ponad połowa dorosłych Rumunów uważała Nicolae Ceaușescu za dobrego przywódcę. Jak to możliwe, że tak szybko zapomnieli oni o horrorze, jakim było życie pod władzą dyktatora?

okladkadladsh-01

Polityka Nicolae Ceaușescu spowodowała w latach 80. całkowitą zapaść gospodarki narodowej. Rumuński dyktator nie liczył się ze społecznymi kosztami swojej rozrzutnej polityki. W kraju panowała atmosfera despotyzmu, a każdy postrzegany był jako potencjalny donosiciel. W latach 80., z racji ograniczeń w dostawach energii, zimą temperatura w mieszkaniach zwykłych ludzi nie przekraczała 12 stopni Celsjusza, a po godzinie 18. wyłączano prąd i całe miasta pogrążały się w ciemności. Gospodarka niedoboru kontrastowała z megalomańskimi zapędami dyktatora, który w okresie największego kryzysu zdecydował o budowie niezwykle kosztownego Domu Ludu. Niezadowolenie budziło także zachowanie jego małżonki, która nie oszczędzała na własnych luksusach oraz rościła sobie prawo do współrządzenia z mężem. Nic zatem dziwnego, że frustracja w społeczeństwie narastała.

Odwilż przyszła zimą

Jesień narodów, jak nazywa się proces demokratyzacji bloku komunistycznego, choć z opóźnieniem, dotarła także do Rumunii. Gdy 9 listopada 1989 roku upadał mur berliński, nic nie wskazywało na rychły koniec dyktatury Ceaușescu. Jeszcze w grudniu udał się on z wizytą do Moskwy, a następnie do Iranu, lekceważąc protesty w Timișoarze spowodowane ograniczeniem działalności pastora László Tőkésa przez Securitate. Poparcie dla demonstrantów wśród Rumunów rosło, dlatego po powrocie z Iranu 21 grudnia podczas specjalnie zwołanego wiecu dyktator próbował potępić bunt „chuliganów z Timișoary”. To wówczas wybuchła rumuńska rewolucja.

Nicolae i Elenę Ceaușescu aresztowano podczas próby ucieczki. Uformowana w niezwykłym pośpiechu Rada Frontu Ocalenia Narodowego, na której czele stanął Ion Iliescu, dawny działacz komunistyczny i późniejszy prezydent, podjęła decyzję o przeprowadzeniu procesu sądowego. W zaledwie jeden wieczór zwołano Nadzwyczajny Trybunał Wojskowy, którego zadaniem było osądzić dyktatora i jego małżonkę. Wiele wskazuje na to, że wyrok zapadł jeszcze zanim uformował się sędziowski skład. Nicolae i Elena Ceaușescu zostali oskarżeni o ludobójstwo 60 tysięcy osób, burzenie podstaw państwa, grabież mienia, niszczenie publicznych dóbr materialnych, zapaść gospodarczą, próbę ucieczki i defraudację miliarda dolarów.

Po zaledwie kilkudziesięciu minutach procesu trybunał wydał jednomyślny wyrok – kara śmierci i konfiskata mienia. Egzekucję przeprowadzono niemal natychmiast, Elena miała powiedzieć: „Chcę umrzeć razem z mężem, nie chcę żadnego aktu łaski!”. Miała też krzyczeć do męża: „Popatrz na nich, to nasze dzieci, to myśmy ich wychowali. Oni nas mordują? W naszej Rumunii?”. Egzekucja odbyła się w Târgoviște 25 grudnia 1989 roku około godziny 15, a ciała złożono w oddzielnych grobach na peryferyjnym bukareszteńskim cmentarzu Ghencea. Nagrobki oznaczono tylko drewnianymi krzyżami. W Rumunii nastały rządy postkomunisty Iona Iliescu, a obywatele dość szybko zorientowali się, że prowadzona przez niego polityka jest daleka od ich oczekiwań.

Trudna wolność

Gdy atmosfera rewolucyjna nieco przycichła, przyszedł czas na refleksję i rozliczenia. Duża część społeczeństwa rumuńskiego krytycznie odnosiła się do pośpiechu i prowizoryczności procesu Nicolae i Eleny Ceaușescu. Dla wielu był to też znak, że zabijając dyktatora, pogrzebali szansę na odcięcie się od pięćdziesięciu lat polityki przemocy, a akt fundujący nową Rumunię odległy był od wartości demokratycznych. Sposób zarządzania państwem przez rząd postkomunistyczny doprowadził do silnych rozwarstwień społecznych, a polityka obfitowała w bezprawie, korupcję i głośne afery. Wiatrem w żagle miało być przystąpienie do NATO, które nastąpiło w 2004 roku i trzy lata później dołączenie do Unii Europejskiej. Pech chciał, że Rumuni trafili akurat na początek kryzysu ekonomicznego, który mocno zachwiał ich, i tak dość słabą, gospodarką. Do dziś Rumunia jest jednym z najbiedniejszych krajów wspólnoty. Na pytanie o największe życiowe marzenie, najczęściej padającą wśród jej obywateli odpowiedzią jest wyjazd z kraju. Nierozwiązane problemy gospodarcze, polityczne i społeczne, jak na przykład kwestia braku integracji mniejszości romskiej z resztą społeczeństwa, przekładają się na dość specyficzną nostalgię. Im więcej czasu mija od rewolucji 1989 roku, tym łaskawszym okiem Rumuni patrzą na epokę Nicolae Ceaușescu, używając argumentu, że za jego rządów każdy miał mieszkanie, pracę i zapewniony wakacyjny wyjazd.

Szlafrok dyktatora

Dobitnym przykładem tej tęsknoty było otwarcie dla zwie- dzających w marcu 2016 roku Willi Primăverii (Palatul Primăverii). Znajduje się ona w prestiżowej dzielnicy na północy Bukaresztu, nieopodal parku Herăstrău, sąsiaduje z polem golfowym i ekskluzywnym centrum medycyny estetycznej. To właśnie tam zamieszkiwał dyktator z małżonką i trójką dzieci. Ideą przyświecającą otwarciu muzeum było przypomnienie o historii komunizmu z lat 1965–1989, a także ukazanie „rozbieżności między teorią a komunistyczną codziennością, między propagandą i prawdą”. W rzeczywistości jednak wydźwięk wystawy jest zupełnie odwrotny od zamierzeń.

Za dość słoną opłatą można podziwiać przepych, w jakim żył dyktator, a także jego kiepski gust. Perskie dywany, fontanny, barwne mozaiki i meble wykonane z najdroższych materiałów wypełniają wnętrze większości pokoi znajdujących się w willi. Podziw wzbudzają także liczne podarki, które Nicolae Ceaușescu otrzymał od głów innych państw. Przechadzając się korytarzami, można zwiedzić salę kinową, osobiste apartamenty każdego z członków rodziny oraz zdobiony mozaikami basen wraz z częścią SPA, którą wyposażono w saunę i hydromasaże. W muzeum podkreśla się kosmiczne ceny, jakie zapłacono za poszczególne elementy zdobnicze, przy okazji dodając, że większość z nich to przykład wspaniałego rumuńskiego rękodzielnictwa. Zwiedzając idealnie utrzymaną willę można odnieść wrażenie, że jej mieszkańcy dopiero co ją opuścili – w garderobie nadal znajdują się wyprasowane koszule, na małżeńskim łóżku leżą piżamy, a w łazience wiszą szlafroki.

Według muzealnej narracji to właśnie chińskie wazy, kandelabry czy najdroższe futra są najlepszym świadectwem życia codziennego ostatnich dwóch dekad komunizmu w Rumunii. Na wystawie nie pokazano standardu życia zwykłych mieszkańców kraju, a podczas oprowadzania nie wspomniano o dyktatorskim charakterze polityki prowadzonej przez Nicolae Ceaușescu, ani o jego losach w czasie rewolucji. Historia Rumunii w okresie rządów dyktatora była przywołana jedynie na niewielkiej wystawie zdjęć ustawionej w dawnym basenie. Zaprezentowano w niej głównie fotografie Nicolae i Eleny Ceaușescu z zachodnimi politykami oraz zdjęcia przedstawiające rewolucję i zdawkowe informacje o represjach z grudnia 1989 roku. Z pewnością jest to sygnał, że twórcy muzeum czuli potrzebę poruszenia tematu komunizmu. Jednak umieszczenie ekspozycji w zdobionej mozaikami pływalni sprawia, że jej wydźwięk pozostaje kuriozalny.

W przeciwieństwie do ideowych założeń twórców wystawy, Willa Primăverii świetnie wpisuje się w nostalgiczny dyskurs o „prawdziwym” Ceaușescu, który polega na coraz śmielszym relatywizowaniu jego osoby. Nakreślona przez muzeum sylwetka dyktatora to postać z „ludzką twarzą”. Lubił oglądać wieczorem filmy, interesował się przyrodą, kochał ptaki, a w szczególności pawie (które można podziwiać w pałacowym ogrodzie). Często podkreślano podczas oprowadzania jego ciężką pracę i poświęcenie, jakie wkładał w rządzenie Rumunią. Nie powinien zaś dziwić luksus, zresztą w złym guście, widoczny w willi, ponieważ zdaniem wielu bukareszteńczyków: „jak na parę prezydencką, i tak żyli skromnie”.

Warto dodać, że muzeum jest przystosowane do zwiedzania przez zagranicznych turystów, między innymi dzięki cogodzinnemu oprowadzaniu w języku angielskim. Wydaje się, że władze Bukaresztu próbują uczynić z dyktatora jedną z atrakcji miasta. O tym świadczyłby również fakt, że rezydencję włączono do trasy popularnego autobusu turystycznego.

Krótka historia jednego grobu

Świetnym przykładem pokazującym, jak relatywizuje się postać dyktatora, są również losy grobu, w którym został pochowany. Początkowo była to skromna mogiła. W 1996 roku stały na niej już trzy krzyże – kamienny, żelazny i marmurowy. Ostatni ufundowali swemu byłemu zwierzchnikowi postkomu- niści. W 2005 roku córka dyktatora, Zoia Ceaușescu, wytoczyła proces Ministerstwu Obrony Narodowej, tłumacząc, że nie jest pewna, kto właściwie pochowany jest na cmentarzu Ghencea. Wątpliwości podsycało nagranie z procesu, na którym nie widać samej egzekucji. Gdy dwa lata później zmarła, sprawę kontynuował jej brat, ostatni żyjący potomek Nicolae i Eleny, Valentin Ceaușescu. W 2010 roku dokonano ekshumacji ciał i pobrano DNA. Badania potwierdziły tożsamość pochowanych, a wkrótce odbył się ich kolejny pogrzeb.

Zgodnie z decyzją rodziny, ciała dyktatora i jego małżonki spoczywają dziś we wspólnym grobie pod własnym imieniem i nazwiskiem. Płyta nie wyróżnia się znacznie na tle cmentarza – jest elegancka, wykonana z czerwono-brązowego marmuru. W odróżnieniu od pierwotnego pomnika, na nowej płycie nie ma symbolu krzyża. Napis widniejący na grobie wykonany został ze złotego metalu, informuje, że spoczywa tu „Prezydent Socjalistycznej Republiki Rumunii”. Choć Nicolae rzeczywiście posiadał taki tytuł, w odróżnieniu od innych głów państw z bloku wschodniego (urząd prezydenta istniał jedynie w Czecho- słowacji), to wydaje się, że podkreślenie tego w postaci podpisu jest sygnałem legitymizującym jego rządy – był przywódcą jak każdy inny prezydent.

Na wspólnym grobie Nicolae i Eleny Ceaușescu zawsze leżą świeże kwiaty, często są to biało-czerwone goździki, czyli „pachnący symbol komunizmu”. Wiele osób, związanych niegdyś z dyktatorem, przychodzi tu w rocznicę jego śmierci – 25 grudnia, bądź w rocznicę urodzin – 26 stycznia. Śpiewają wówczas komunistyczne piosenki i wspominają z nostalgią minioną epokę. Grób na cmentarzu Ghencea stał się nie tylko miejscem pamięci, ale wręcz miejscem kultu Nicolae Ceaușescu. Losy pochówku pokazują, jak z biegiem czasu nienawiść do dyktatora słabła i przechodziła najpierw w tolerancję (pojawienie się prawdziwego imienia i nazwiska na nagrobku), aż do czci (ozdobna czerwono-brązowa płyta ze złotymi literami).

Geniusz czy zbrodniarz?

Z pewnością nie wszyscy Rumunii odnoszą się do Nicolae Ceaușescu w ten sam sposób. Wielu z nich omija cmentarz Ghencea, a ich remedium na poradzenie sobie ze spuścizną komunizmu to po prostu na zapomnienie i przemilczenie. Miniony reżim to dla nich „czarna dziura” w historii – wolą o niej nie myśleć, tylko żyć dniem dzisiejszym. Warto też podkreślić, że o ile lata 80. rzeczywiście były okresem bardzo trudnym z racji problemów gospodarczych, to zachowanie Nicolae Ceaușescu w 1968 roku, kiedy odciął się od ZSRR i potępił stłumienie Praskiej Wiosny przez wojska Układu Warszawskiego, przyniosło mu ogromną popularność wśród rodaków. Do tego wydarzenia nawiązują często młodzi ludzie, którzy urodzili się po roku 1989. Nie posiadając traumatycznych wspomnień, widzą w dyktatorze uosobienie rządów silnej ręki i wszechstronnego prowadzenia polityki zagranicznej, której bardzo brakuje współczesnej Rumunii. W internecie można się natknąć na zdjęcia z portali społecznościowych, na których nastolatkowie pozują, salutując na tle grobu dyktatora na cmentarzu Ghencea. Biorąc pod uwagę nieustające problemy ekonomiczne, nic dziwnego, że Rumuni coraz częściej w pozytywny sposób odnoszą się do dyktatora i z nostalgią wspominają czasy jego rządów.

***

Tekst pochodzi z przewodnika „Bukareszt. Miasto pamięci”. Promocja książki odbędzie się 24 marca o godzinie 18:00 w warszawskim Domu Spotkań z Historią (ul. Karowa 20). Serdecznie zapraszamy!

zaproszenie