dwutygodnik internetowy
10.08.2015
magazyn papierowy


Kresy. Między winą a powinnością

Po przodkach odziedziczyliśmy nostalgię za Kresami, będącą odmianą nostalgii kolonialnej – twierdzą lewicujący postkolonialiści. Kresy to żywioł polskiego ducha – odpowiada prawica. Stosunek do dawnych polskich ziem na wschodzie dzieli jak nigdy.

 

Ilust.: Monika Grubizna

Ilust.: Monika Grubizna

Fragment artykułu pochodzi z  28. numeru Kwartalnika „Kontakt” pt. „Małe obczyzny”. Zapraszamy do lektury całości w wydaniu papierowym Kwartalnika „Kontakt” .

 

1.

Kresy. Pięć liter, stosunkowo młody rzeczownik rodzaju męskiego, występujący w liczbie mnogiej. Młodszy niż uformowanie się narodu polskiego wraz ze swoją narodową kulturą. Młodszy niż większość konfliktów pomiędzy Dniestrem a Dnieprem, które nadały temu słowu swoistego hartu. Młodszy nawet niż „Pan Tadeusz”, w którym tak obrazowo sportretował je Wieszcz. Swój debiut miało ono dopiero w 1854 roku –Wincenty Pol powołał Kresy do życia w swoim poemacie o dzielnym obrońcy wiary i ojczyzny, Mohorcie. Tytułowy bohater, służąc na wschodnich pograniczach Rzeczypospolitej, realizował swój rycerski etos. Był szlachetny, odważny, bitny i honorowy –szybko stał się wzorem Polaka. Kresy z kolei –słowo opisujące realia, w jakich przyszło mu się mierzyć z trudnościami –zaczęły żyć własnym życiem. Szybko nabrały szwungu, zapłodniły wyobraźnię narodu, tęskniącego za niepodległością, dorobiły się emocjonalnych rumieńców, by wraz z odzyskaniem samostanowienia na stałe zagościć w geografii polskiej kultury i polityki.

Jak to słowo należy rozumieć dzisiaj? Jednej odpowiedzi na to pytanie nie znajdziemy, ale większość z nich zamyka się w dwóch niezwykle uogólnionych kresowych paradygmatach: nacjonalistycznym oraz postkolonialnym. Spróbujmy zatem zastanowić się nad tymi dwoma opowieściami o naszym stosunku do polskiego Wschodu. W zależności od tego, z którą z nich się utożsamimy, inaczej patrzeć będziemy na polską przeszłość, przyszłość i powinność.

2.

Ewa Stankiewicz to gwiazda, oko i wendeta. Najważniejsza reżyserka polskiej prawicy początku XXI wieku. Stworzyła filmy („Trzech kumpli”, „Solidarnych 2010” czy „Listę pasażerów”), które uwiodły miliony, o których dyskutowano przy rodzinnych obiadach, którym poświęcono bezlik recenzji i artykułów. Jednakże to nie wszystko. Stankiewicz odpowiada za flagowy program publicystyczny w prawicowej „Telewizji Republika”. Jest w nim ostra, stanowcza, demaskatorska. Dzięki temu jej pozycja jednego z głównych reżyserów prawicowej wyobraźni wydawać by się mogła niczym niezagrożona. A jednak ostatnio gwiazda ta na chwilę została przyćmiona, oko jakby straciło błysk, o fajerwerku wendety już nie wspominając.

Co się stało? Wszystko zaczęło się przed dwoma laty. Reżyserka zorganizowała wycieczkę – choć niektórzy, chcąc nadać jej wymiar sakralno-narodowy, wolą nazywać ją pielgrzymką –za naszą wschodnią granicę dla stu pięćdziesięciu widzów swojej telewizji. Pragnęła razem z nimi sprawdzić, jak żyje się Polakom na byłych ziemiach polskich, jakie trapią ich problemy, jak można im pomóc. Pragnęła obejrzeć zrujnowane dworki, zapalić znicze na zaniedbanych cmentarzach, zrozumieć nadzieje miliona Polaków żyjących na Kresach. I swoje pragnienie zrealizowała, w dodatku w świetle kamery.

Po powrocie coraz częściej usłyszeć można było z jej ust ważkie zdania podlane kresowym sosem, „ojczyznę” odmienianą przez przypadki i przepełnione pewnością siebie stwierdzenia, że uchwyciła kresowy fenomen. I to tutaj, zdaje się, popełniła błąd, nie doceniła swoich widzów. Film „Tam ulicami chodzę” w zasadzie jest zupełnie pozbawiony kontrowersji, zwłaszcza w porównaniu do innych jej produkcji, ale zachwiał autorytetem jej dokumentującego spojrzenia wśród prawicowo-nacjonalizującego audytorium. Zarzucano Ewie Stankiewicz, że nic z Kresów nie zrozumiała, że pochodzi z Polski zachodniej i sfilmowała co najwyżej swój turystyczny wyjazd, że zabrakło w jej spojrzeniu jakiejkolwiek głębi i empatii. W końcu nie jest Kresowianką – padał zarzut, sugerujący jakoby przez to nie była w stanie w ogóle uchwycić jednego z pierwiastków polskości.

Najdosadniej podsumowała ten film Aleksandra Biniszewska, dyrektorka Muzeum Lwowa i Kresów, podczas spotkania w warszawskim Klubie Ronina. Stwierdziła, że Kresy to nie tylko nostalgia (jaką można było przesiąknąć przez półtorej godziny oglądania filmu Stankiewicz), ale przede wszystkim tragedia. Nasza, wielka, narodowa. Wołyń, Ponary, dwieście tysięcy pomordowanych. A tak w ogóle – dodała w pewnym momencie – to Lwów i Wilno nigdy nie były żadnymi Kresami. Te miasta to dwa dodatkowe polskie serca, one są środkiem Rzeczypospolitej, a Kresami nazwać można co najwyżej Połtawę, Kijów czy Smoleńsk.

Ewa Stankiewicz nawet nie próbowała się bronić, a film „Tam ulicami chodzę” szybko przestał być wyświetlany. I tutaj pojawia się pytanie: jeżeli nawet tej rangi reżyserka potknęła się na Kresach, to czy w ogóle da się w miarę bezpiecznie odpowiedzieć na pytanie, czym one dla nas są?

Ilust.: Monika Grubizna

Ilust.: Monika Grubizna

3.

Dwa dodatkowe polskie serca – to stwierdzenie Biniszewskiej jest niezwykle znaczące dla całego dyskursu kresowego. Badacze podkreślają często, że to ze Wschodu wywodzi się największa liczba twórców polskiej kultury, że to ziemiom za Bugiem poświęcone są najważniejsze polskie dzieła. Kresy to zatem nie tylko geografia, ale kultura i sztuka, historia i ludzkie biografie, duchowość i utracone majątki, mordy i martyrologia. To nasze dziedzictwo, to nasze doświadczenie, to żywioł ducha polskiego. Ducha, którego próżno już szukać, a z roku na rok i pamięć o nim zanika. Dlatego trzeba o niego dbać, to nasza powinność. Tym bardziej, że nasze państwo – taki zarzut wśród Kresowiaków można usłyszeć nader często – niemal programowo stara się o Kresach zapomnieć. Na szczęście – obok zarzutu pojawia się dopowiedzenie – powstają oddolne inicjatywy, pisma, stowarzyszenia, wyjazdy, konferencje, portale internetowe, trwa też walka o symbole i autorytety. Choćby spór o utrzymanie lektur Henryka Sienkiewicza w kanonie szkolnym. – Należy mu się! – słychać okrzyki – Bo to on przez dekady stał na straży naszej pamięci.

Razem z Ewą Stankiewicz za wschodnią granicę wybrał się również Dawid Wildstein, czołowe pióro młodego pokolenia prawicy. Podobnie nieuwikłany biograficznie w Kresy. Podobnie zrobiły one na nim wielkie wrażenie. Podobnie po powrocie uznał, że je pojął. – Kresy są niczym polska Ściana Płaczu – oznajmił – do której Polacy, niczym Żydzi do Ziemi Obiecanej, przybywają by opłakiwać swoją utraconą ojczyznę. Skąd to porównanie? Żydzi opłakują swoją Stratę, choć mają swoje państwo, albowiem w ich lamencie chodzi o coś więcej, o pewien świat, który został już na zawsze utracony. A przez utratę Kresów i my przeżyliśmy coś w rodzaju wygnania, w którym trwamy do dzisiaj. – Współczesna Polska jest czymś dużo mniejszym niż poprzednie Rzeczpospolite – dodaje – Polska bez Kresów jest kaleka. Wydawać by się mogło, że pozostał nam tylko płacz.