dwutygodnik internetowy
27.07.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Krajobrazy antropocenu

Już czas odtrąbić spektakularny sukces Homo sapiens. Ludzie zdominowali Ziemię i póki co trudno znaleźć rywala, który mógłby odebrać im status najbardziej inwazyjnego gatunku.

smog3

Publikujemy artykuł pochodzący z 28. numeru magazynu „Kontakt” pod tytułem „Małe obczyzny”.

Czy wysoki poziom ozonu albo koncentracji dwutlenku węgla sprawiają, że czujesz się dobrze? Kiedy ostatni raz robiłaś badania spirometryczne? Czy znasz kogoś, kto nie cierpi na obturację dróg oddechowych? Takie pytania nie pojawiają się w rozmowach. Jeszcze nie… Słownik, za pomocą którego mówimy o otaczającym nas środowisku, w tym także o atmosferze, odzwierciedla nie tylko to, co chcielibyśmy wydobyć, ale także to, co ukrywamy. Rozmowy o pogodzie uważane są za bezpieczny i w gruncie rzeczy przyjemny rytuał, podczas którego tworzymy małe wspólnoty narzekające na żywioły natury, na kapryśną aurę, złośliwy wiatr czy deszcz, który zawsze pojawia się nie w porę. Pogoda wydaje się rodzajem pozaludzkiej siły, która krzyżuje nam plany wakacyjne, a nie elementem współkształtowanego przez nas środowiska.

Dyskusję o antropocenie i skali, w jakiej gatunek ludzki odcisnął swoje piętno na Ziemi, warto zacząć właśnie od powietrza. Nie myślimy o oddychaniu, ale musimy oddychać, żeby myśleć. Ten kluczowy dla naszego przetrwania odruch jest uzależniony od jakości powietrza. Problem w tym, że powietrza nie można ekologicznie uprawiać i tym samym „karmić się” się lepszą atmosferą. Wdychamy to, co wisi wokół, co zostało przywiane z innych części Europy, ale także globu.

Ziemia jest w tym ujęciu jak oranżeria albo wielki system klimatyzacyjny, którym próbuje manipulować ludzkość, beztrosko bawiąc się jego ustawieniami, przekręcając kurki z dwutlenkiem węgla czy produkując ogromne ilości innego rodzaju zanieczyszczeń. Oczywiście, można tak jak artystka Amy Balkin wykupywać uprawnienia do emisji CO2 i nie wykorzystywać ich, tym samym zmniejszając zatrucie powietrza przez wielkie korporacje. W ramach projektu „Public Smog” Balkin z dużą dozą ironii próbuje konkurować z bezosobowym przemysłem, odbierając mu legitymizację na zatruwanie powietrza, a prawo do korzystania ze smogu przekazując z powrotem społeczeństwu. Z drugiej strony, jak to trafnie ujął Barack Obama: „Nie możemy rozwiązać problemu globalnego ocieplenia, bo nie wystarczy, żebym ja wymienił te cholerne żarówki we własnym domu. Tu chodzi o coś wspólnotowego”. [„We can’t solve global warming because I fucking changed light bulbs in my house. It’s because of something collective”]. Odwołanie do planetarnego poczucia odpowiedzialności wydaje się obecnie jednak idealistyczne i nierealne.

Niewyobrażalna skala zmian

Antropocen to pojęcie oznaczające epokę wydzieloną z holocenu (obecnej epoki geologicznej trwającej od ok. 11 700 lat), podczas której działalność człowieka w intensywny i często nieodwracalny sposób zaczęła przekształcać Ziemię. Naukowcy badający zmiany geologiczne, klimatyczne i biologiczne w długim okresie uznali, że aktywność gatunku ludzkiego nabrała skali planetarnej. Teza o antropocenie nie jest jeszcze oficjalna, ale geologowie pracują nad jej weryfikacją. Ludzki wpływ na kształt świata wiąże się z takimi problemami jak: utrata biologicznej różnorodności i redukcja tej kulturowej, znaczne zubożenie zasobów naturalnych, zanieczyszczenie powietrza, zakwaszenie oceanów.

Kiedy zaczął się antropocen? Jedni twierdzą, że w momencie rozpoczęcia regularnej uprawy ziemi, inni wskazują na wydobywanie paliw kopalnych i związaną z tym rewolucję przemysłową, czy rozpoczęcie prób atomowych. Precyzyjne ustalenie ram czasowych nie jest jednak tak ważne jak świadomość, że charakterystyczne dla tej nowej epoki jest przyśpieszenie. Ludzkość w ciągu kilkuset lat w znacznym stopniu zużyła zasoby naturalne, które tworzyły się przez ich miliony. Chęć spełniania aktualnych potrzeb, realizacja której ułatwiona jest dzięki globalnej dominacji systemu kapitalistycznego oraz wiara w nieskończoną hojność planety są jednak silniejsze niż lęk przed przyszłością gatunku na planecie pozbawionej odpowiednich: powietrza, wody, gleby.

Co w takim razie robić?

W antropocenie nie ma łatwych odpowiedzi. Nieistotne czy rozważamy kwestie dotyczące wybudowania skwerku w ramach budżetu partycypacyjnego, czy zmniejszenia zanieczyszczenia smogiem. Ponieważ wszystko się ze sobą łączy, podważony zostaje podział na proste i trudne do rozwiązania zagadnienia. Wydaje się, że w myśleniu o nowej epoce mamy do czynienia wyłącznie z „zagmatwanymi problemami”, jak ujmowali to Horst Rittel i Melvin Webber. Skala antropocenu wymusza branie pod uwagę wielu różnych porządków jednocześnie: lokalnego, globalnego i planetarnego. Ostatecznie zmusza do pożegnania się z wizją zbalansowanego, harmonijnego świata. Ziemia, przyroda, klimat, ewolucja nie dążą do equilibrium, a człowiek nie jest nieprzewidywalną siłą, bez której wszystko układałoby się dobrze. Nieprzewidywalność i różnorodność to stałe cechy antropocenu.

smog

Public smog to park w atmosferze o zmiennej lokalizacji i skali

Nic już nie jest naturalne

„Dzikość” i „dziewiczość” są jak gatunki wymarłe. Obszary zajęte lub zmienione przez człowieka zajmują większość planety i trudno już nawet wyznaczyć linię, gdzie tak zwana pierwsza natura (ta nietknięta przez ludzi) spotyka się z drugą (technologia), ponieważ ludzki wpływ na środowisko w ogóle uniemożliwia odróżnienie jednego i drugiego. Materiały wyprodukowane przez człowieka wchodzą w ekosystemy tak daleko, że stają się kolejną geologiczną warstwą. Typowo ludzkim osadem jest plastik, który znajduje się w niemal każdym miejscu na Ziemi, w żołądkach dzikich zwierząt i na dnie oceanów, a jego ilość jest wystarczająca by pokryć nim całą planetę. Plastikowe kamienie, czyli zlepieńce powstałe z osadów mineralnych i śmieci, które już teraz można spotkać w różnych ekosystemach, będą mogły przez przyszłe pokolenia zostać uznane za cechę charakterystyczną antropocenu.

Natura była już uznawana za dzieło Boga, później stała się bazą dla naukowców, a w końcu przekształciła w bank – korporacyjny kapitał. Produkcja „życia” jest coraz szczelniej kontrolowana i komercjalizowana. Patenty genetyczne na różne odmiany zwierząt, roślin, nasion sprzedawane są tak samo jak inne towary. Stały się częścią ludzkiej „własności intelektualnej”. Projektowane ludzkie zarodki pozbawiane są dziedzicznych przypadłości. Zmodyfikowane genetycznie nasiona wspólnie ze sztucznymi nawozami łączą się z innymi ekosystemami i tworzą antropocenowy kompost, na bazie którego powstają kolejne odmiany życia. Żyjące w zmodyfikowanych warunkach zwierzęta i rośliny w przyśpieszony sposób przemieszczają się po świecie, tworzą nowe środowiska, rozwijają się i mnożą.

Społeczeństwo nie posiada odpowiednich informacji, by zobaczyć, jaki potencjał, ale też jakie zagrożenie tkwi w biologii syntetycznej. Grupa artystyczna Critical Art Ensemble (CAE) stara się z tym walczyć, wysuwając postulaty dotyczące uspołecznienia nauki. Artyści krytykują władze państwowe i korporacje za to, że ograniczają dostęp do wiedzy o kluczowych kwestiach, takich jak na przykład proces produkcji zmodyfikowanej genetycznie żywności. W akcji „Free Range Grain” przygotowali dla publiczności minilaboratorium, do którego można było przynieść podejrzane produkty i sprawdzić, czy właśnie wdrożona ustawa UE dotycząca kontroli GMO faktycznie działa. Okazało się, że regulacje Unii są iluzoryczne, a w obiegu jest o wiele więcej zabronionych substancji niż wydaje się opinii publicznej. Jednym ze sposobów kontroli tej sytuacji, a także aliansów pomiędzy państwami a biznesem jest wspomniany postulat demokratyzacji nauki.

Zaprojektowana przyszłość

Już czas odtrąbić spektakularny sukces Homo sapiens. Ludzie zdominowali Ziemię i póki co trudno znaleźć rywala, który mógłby odebrać im status najbardziej inwazyjnego gatunku. Ta pewność trwałości ludzkich genów przekłada się także na antropocentryczne scenariusze przyszłości. W science fiction nie pojawiają się raczej historie o świecie zupełnie bez ludzi, ale funkcjonuje wiele historii dotyczących sytuacji, w której zagrożona zostaje supremacja naszego gatunku. Jednym z najbardziej popularnych wyobrażeń jest całkowite wyeksploatowanie zasobów naturalnych, a najczęstszym rozwiązaniem tego problemu – kolonizowanie innych planet („Interstellar”, „Avatar”), inne to na przykład kolonizacja Ziemi przez sztuczną inteligencję, która wprowadza nowe standardy zarządzania („Łowca Androidów”) albo stagnacja i ugrzęźnięcie w anarchii świata, w którym skończyła się ropa („Mad Max”). No dobrze, a co z przeludnieniem? Ciekawą propozycję przedstawiają autorzy brytyjskiego serialu „Utopia”. Skoro już teraz jest nas zbyt dużo (siedem miliardów i liczba ta cały czas rośnie), może warto zredukować szeregi ludzkości, używając do tego jakiegoś sprytnego algorytmu, wynikającego ze szlachetnych intencji. Do tego potrzebna jest nam pokrzywdzona grupa etniczna i śmiercionośny wirus. Odpowiednia mieszanka podana Ziemianom zabije wszystkich poza tymi, którzy mają odpowiedni genotyp. Brzmi znajomo?

W scenariuszach science fiction jest jednak coraz mniej miejsca na rozwijanie wyobraźni, bo wiele elementów przyszłości wydaje się już zaprojektowanych. Wiemy już, że musimy się nauczyć żyć z plastikowymi skałami. Inna nowość to odpady radioaktywne, które gromadzone są w coraz większej ilości miejsc na Ziemi. Te współczesne piramidy, grobowce naszej cywilizacji, powinny pozostawać odizolowane od żywych organizmów przez ok. 10 000 lat. Jak mówią specjaliści od odpadów nuklearnych w filmie „Into Eternity”, nie ma bezpiecznych metod, które dałyby nam pewność, że za 1000 lat jakiś wyjątkowo ciekawski organizm (niekoniecznie człowiek) nie zdecyduje się przerwać wszystkich zabezpieczeń wysypiska odpadów i wejść do nuklearnej piramidy, narażając się na napromieniowanie. Politycy i badacze, jak na razie mają do dyspozycji dwa sposoby radzenia sobie z tym „zagmatwanym problemem”. Jeden to zakopywanie odpadów w miejscach nieoznaczonych, drugi – prace nad odpowiednim znakiem graficznym, który odstraszy przyszłych śmiałków.

Odpowiedź na pytanie jaką identyfikację graficzną zaprojektować dla składowisk radioaktywnych interesowała amerykański instytut badawczy Sandia National Laboratories. Zaproszono językoznawców, fizyków, antropologów żeby przygotowali swoje propozycje znaków, które byłyby możliwe do zdekodowania przez następne 10 000 lat. Badania kosztowały około miliona dolarów i niestety nie przyniosły satysfakcjonujących rozwiązań. Grupa ankietowanych osób nie zinterpretowała jednoznacznie znaków charakterystycznych dla miejsc niebezpiecznych, takich jak zagrożenie śmiercią (czaszka) czy znak promieniowania. W ankiecie pojawiały się skojarzenia z miejscem kultu albo wentylatorem. Zdecydowano się uzupełnić identyfikację składowisk o symbole figuratywne, wizerunki przerażonych twarzy, na przykład tej z obrazu „Krzyk” Edvarda Muncha, oraz o tablice informacyjne w kilku językach. Projektowanie dla przyszłości, a więc także dla bytów nie-ludzkich pokazało, że umysł człowieka ograniczony jest perspektywą gatunkową.

Wszyscy jesteśmy cyborgami

Nie ma już istnienia poza technologią. Nasze życie to wchodzenie w różnego rodzaju relacje z materiałami wytworzonymi przez człowieka oraz poddawanie się zarządzaniu przez rzeczy. Bez zbytniej refleksji, już dawno pogodziliśmy się z tym, by narzędzia komunikacyjne, transportowe, czy chociażby sprzęty domowego użytku, sterowały naszymi decyzjami. Technologiczne wsparcie otrzymaliśmy w postaci nie tylko gadżetów elektronicznych, lecz także ulepszaczy naszych ciał (leki, protezy, genetyka). W tej sytuacji trudno podważyć hasło Donny Haraway, ukute jeszcze w latach 80., że wszyscy jesteśmy cyborgami.

Funkcjonujemy w techno-naturo-kulturowych ekosystemach, w których jakość naszej egzystencji uzależniona jest od bezpieczeństwa energetycznego. Energia jest najważniejszą walutą. Trzeba ją wytwarzać i kumulować, a następnie przetwarzać na prąd, ciepło, wykorzystywać do pozyskiwania wody. Na idei niewyczerpanego dostępu do energii zbudowane są z kolei wyobrażenia dotyczące potencjału sztucznej inteligencji. W laboratoriach, kampusach uniwersyteckich i różnego rodzaju korporacjach dyskutuje się o „osobliwości” („singularity”) – cyfrowym umyśle daleko bardziej sprawnym niż ludzki (film „Ona”). Pozostaje tylko czekać, kiedy my sami będziemy mogli podłączać naszą świadomość do Internetu i uczyć się świata online (film „Transcendencja”).

Scenariuszom tym towarzyszy marzenie o uwolnieniu od ograniczeń ciała, jego chorób i starzenia się. Jednocześnie żaden z nich nie bierze pod uwagę możliwości braku dostępu do ogromnych ilości energii, które potrzebne są, by produkować iluzję niematerialności. Architektura przyszłości (i teraźniejszości) to nie tylko nuklearne piramidy, ale także pola czy farmy serwerów. Wyobraźmy sobie, że już teraz rywalizują one z agrokulturą. Przechowywanie i przetwarzanie danych, tak jak produkcja żywności, potrzebuje stabilnych warunków, najczęściej klimatu chłodnego, ze względu na częste przegrzewanie się serwerów. Krajobraz antropocenu to między innymi farmy danych, przemysłowe hale, zazwyczaj umieszczone z daleka od ludzkich skupisk, jak uchwycił to na swoich fotografiach John Gerrard. Czynne 24 godziny na dobę, każdego dnia w roku. To tam właśnie odbywa się produkcja cyfrowego pożywienia współczesnego człowieka.

Public smog nie zastąpi bezpośredniego działania

Public smog nie zastąpi bezpośredniego działania

Co łączy ludzi z nie-ludźmi?

Czy w antropocenie można utrzymywać podział na to, co ludzkie i nie-ludzkie? To pytanie być może warto skonkretyzować. Czy bylibyśmy ludźmi bez milionów bakterii utrzymujących nasze ciała w zdrowiu? Światem rządzi symbioza, która nie zawsze ma charakter harmonijnego uzupełniania się, ale często – po prostu współzamieszkiwania. Antyczni Grecy wierzyli, że dusze mogą przeskakiwać z jednej rzeczy na drugą, z człowieka na kamień i odwrotnie. Animę (czyli duszę albo „pęd życiowy”) można było odnaleźć w każdym rodzaju materii. Dopiero nowoczesność, rozumiana jako okres rozpoczynający się w XIX wieku i trwający do początków XX wieku,  radykalnie rozdzieliła to, co obiektywne, od subiektywnego, materię ożywioną od nieożywionej, podmiot od przedmiotu. Nie oznacza to, że zupełnie wyrugował on swoją radykalną opozycję czyli animizm. Poza obszarami zdominowanymi przez perspektywę zachodniocentryczną, wyznawcy koncepcji, że życie nie jest cechą tylko tego, co organiczne, stanowili i stanowią całkiem duży procent ludzkości.

Nie tylko animizm dowartościowuje inne byty. Dokładna lektura pism Charlesa Darwina pokazuje, że badacz ten został zinterpretowany według kryteriów, które odpowiadały nowoczesnym podziałom. Autor „O pochodzeniu gatunków” pisze jasno: nie-ludzie także myślą i posługują się wyobraźnią, mają intencje i podejmują wybory, posługują się językiem i narzędziami, potrafią się uczyć, a być może posiadają nawet poczucie humoru (oczywiście nieczytelne dla człowieka).

Darwin dużą wagę przykładał do znaczenia estetyki w życiu różnych gatunków. Podkreślał, że zmysł smaku jest podobny u ludzi i zwierząt. Trudno uzasadnić spektakularność pawiego ogona przy założeniu, że natura minimalistycznie posługuje się środkami estetycznymi. Upierzenie ptaków czy różnorodny sposób ich śpiewania pokazują raczej pewną ekscentryczność w urozmaicaniu doświadczeń zmysłowych. Pawi ogon ma przede wszystkim robić wrażenie, na pewno nie jest przykładem ekonomii użytych środków.

Problem w tym, że zazwyczaj kategoryzujemy inne formy życia według ich słabości, albo wrażliwości na jakieś bodźce. A jeżeli okazałoby się, że jeden z ostatnich bastionów ludzkiej „wyjątkowości” czyli świadomość jest dowodem na niższość, a nie wyższość wobec innych gatunków?

Wszystko jest ludzkie

Czy refleksja związana z problemami antropocenu oznacza krytykę tego, co ludzkie? Czy oznacza wiarę w to, że Ziemia bez człowieka byłaby rajem? A jeżeli nie rajem, to czym?

Przyjmijmy, że każdy gatunek posiada świadomość i kulturę, tym samym tworzy swój własny świat. Dla jaguara świat jest pełen jaguarów, dla świstaka – innych świstaków. Te różne perspektywy funkcjonują równolegle i nie wykluczają się nawzajem, ponieważ bycie i postrzeganie wyznaczane jest przez pragmatykę doświadczeń cielesnych. To właśnie poprzez zmysły jeden gatunek czerpie dane do swoich wyobrażeń na temat innego.

Spróbujmy zastosować tę logikę do ludzi i założyć, że wszystko jest ludzkie. Każda roślina i zwierzę, kamień i wiatr. Szowinizm gatunkowy musi zniknąć, a ludzkość staje się po prostu jednym ze sposobów bycia, tworząc światy, które czasem przenikają się z innymi, ale nie pozwalają na ich wchłonięcie. Tak jak antropocen, który nie jest wcale tragicznym epizodem w historii planety, ale być może tylko jedyną dostępną nam perspektywą.

 

Wszystkie zdjęcia są częścią artystycznego projektu Amy Balkin pt. Public Smog, który rozpoczął się w 2004. Jednym z jego celów jest stworzenie parku z czystego powietrza i wpisanie Ziemskiej Atmosfery na Listę światowego dziedzictwa UNESCO.