dwutygodnik internetowy
10.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kraina różnorodności: od świętości do pornografii. 64. Berlinale

Większość filmów zaprezentowanych dotychczas w konkursie głównym 64. Berlinale rozczarowuje lub zostawia poczucie niedosytu. Na szczęście trafiają się też perełki, jak „Kreuzweg” („Droga krzyżowa”) w reżyserii Dietricha Brüggemanna.


Większość filmów zaprezentowanych dotychczas w konkursie głównym 64. Berlinale rozczarowuje lub zostawia poczucie niedosytu. Na szczęście trafiają się też perełki, jak „Kreuzweg” („Droga krzyżowa”) w reżyserii Dietricha Brüggemanna.
 
Niemiecko-francuska produkcja to zjadliwa satyra na opresyjne wychowanie oraz religijną ortodoksję (w tym przypadku ortodoksję katolicką), a zarazem dzieło pozbawione jednoznacznej wymowy. Rysowani grubą krechą i do bólu stereotypowi bohaterowie w czternastu scenach (tytułowanych jak stacje drogi krzyżowej) odgrywają tragifarsę, z której wyłania się niestereotypowy i nieoczywisty obraz głównej bohaterki – 14-letniej Marii. Dziewczynki ślepo wierzącej zasadom zaszczepionym przez władczą i surową matkę oraz księdza hołdującego ascetycznym ideałom, które wpaja swoim podopiecznym. Nastolatka, zainspirowana możliwością zbliżenia się do zbawienia poprzez ofiarę, postanawia ofiarować Bogu swoje życie za młodszego brata-niemowę. Mimo szlachetnych intencji, Maria staje się męczennicą groteskową i absurdalną. Nie biega podczas lekcji wuefu z klasą, ponieważ gra „szatańska muzyka” – jak twierdzi. Nie zbija jej z tropu nawet rozmowa z również wierzącą nauczycielką, ponieważ są nie z tego samego kościoła. Szansą na wyrwanie się z obsesyjnego kręgu zasad narzuconych rodzinie przez mającą poczucie wyższości matkę jest rówieśnik poznany w szkolnej bibliotece. Dziewczynka rozpoczyna wewnętrzną walkę – młodzieńcze zauroczenie staje naprzeciw zakazów wynikających z surowego wychowania. Wygrywają te drugie, wspierane autorytetem księdza oraz brutalnymi interwencjami rodzicielki. I kiedy wydaje się, że początkowo parodystyczny film zakończy się dramatycznie, twórcy wykonują zaskakującą woltę i sugerują gorzki, lecz jednak happy end.
 
Właśnie w finałowym braku jednoznaczności tkwi największa siła „Kreuzwegu”. To widz musi rozstrzygnąć, czy autorzy filmu byli konsekwentni i zakończenie należy traktować ironicznie, czy wciągnęli go w groteskową grę, którą zwieńczyli poważnie. Niezależnie od wyboru – ogląda się to z przyjemnością, zabawnych momentów (zwłaszcza znakomitych dialogów) jest bez liku, a po smakowitym seansie zostaje intelektualnie wartościowy deser. Skłania do przemyśleń nad sensem poświęcenia; nad tym, czy zdroworozsądkowe wyśmiewanie wiary jako zabobonu, również nie jest zabobonem (w końcu niewiara w Boga to też forma wiary); nad wyborem między radykalnością a tolerancyjnością.
 
Niewypałem okazała się natomiast norweska czarna komedia „Kraftidioten” („In Order of Disappearance”) w reżyserii Hansa Pettera Molanda i ze Stellanem Skarsgårdem w roli głównej. Przypadkową ofiarą narkotykowych porachunków pada syn Nilsa (Skarsgård), który na co dzień jeździ potężnym spychaczem i odśnieża norweskie drogi, a ostatnio został nawet wybrany obywatelem roku w swojej miejscowości. Dla niepoznaki gangsterzy wstrzykują chłopcu śmiertelną dawkę narkotyków. Sekcja zwłok wykazuje przedawkowanie. Ojciec nie wierzy jednak w tę wersję i rozpoczyna prywatne śledztwo. Trup ściele się gęsto, a głupawi bandyci nie są w stanie przeciwstawić się samotnemu mścicielowi, któremu z nieoczekiwaną pomocą przybędą gangsterzy z Serbii.
 
Mimo kilku śmiesznych gagów, film nie jest zabawny. Akcja rozwija się przewidywalnie, bohaterowie są przerysowani i zagrani nieprzekonująco, a żarty bywają żenujące. Punktami zwrotnymi fabuły są kolejne morderstwa dokonywane przez Nilsa na postaciach-marionetkach, które pojawiają się na ekranie tylko po to, by zginąć. A wszystko zmierza oczywiście do wysłania na inny świat żałosnego bossa, który nie nadawałby się chyba nawet na zwykłego dresiarza lub wykidajłę. Konstrukcja filmu Molanda pociąga za sobą fatalne konsekwencje – przede wszystkim zupełny brak szacunku dla człowieka i ludzkiego ciała. Postaciom brak psychologicznej wiarygodności i choćby odrobiny nieprzewidywalności. Bandyci są równie źli, co głupi, a w dodatku prości jak konstrukcja cepa. Trudno doszukać się w nich ludzkiego oblicza, w związku z czym widz musi potraktować ich jak mięso armatnie na drodze do bossa. Na nieudolne próby wplecenia do fabuły wątku homoseksualnego spuszczam zasłonę milczenia, by nie pastwić się już dłużej nad „Kraftidioten”, którego cel powstania pozostaje dla mnie zagadką. Kilka udanych gagów to zdecydowanie za mało, jak na niespełna dwie godziny seansu.
 
W sekcji Forum, w której prezentowane są filmy eksperymentalne i niezależne, pozytywnym zaskoczeniem okazał się brytyjsko-hiszpański „Everything That Rises Must Converge” w reżyserii Omera Fasta – dokumentalno-fabularna hybryda o ludziach trudniących się kręceniem filmów pornograficznych. W role główne wcielili się aktorzy na co dzień parający się występami w takowych produkcjach. Czworo bohaterów pojawia się na ekranie symultanicznie. Jak to możliwe? Otóż ekran jest podzielony na cztery części. A w trakcie filmu podziały ulegają zmianie i pojawiają się kolejne postacie. Autorzy mnożą zaskakujące, eksperymentalne formy narracji, czym zmuszają widza do nieustannej koncentracji i zróżnicowanej percepcji. W trakcie naturalistycznych scen pornograficznych na kilka minut zapada głucha cisza. W sali kinowej wyczuwalne jest skrępowanie widowni. Nikt nie chce się poruszyć – przecież to wstyd być źródłem dźwięku (a tym samym zwrócić na siebie uwagę) w takim momencie. Interesujący paradoks: nie wstydzimy się podglądać ludzi w sytuacjach intymnych, ale wtopieni w miękkie fotele, zanurzeni w mrokach sali kinowej jakby zapominamy o granicy rzeczywistości, którą stanowi ekran. Gdy zapada cisza, podświadomie obawiamy się, że zostaniemy zdemaskowani. Ulgę przynosi dopiero ponowne rozbrzmienie dźwięku, czyli powrót do filmowej normalności; do zwyczajnego dnia aktora porno, który przypomina dzień każdego z nas. Tylko czy można być everymanem, jeżeli wykonuje się taki zawód?
 
W tym kontekście interesujący jest film zaprezentowany w sekcji Panorama Dokumentu: „Vulva 3.0” w reżyserii Claudii Richarz oraz Ulrike Zimmermann. Autorki pochylają się nad problemem wypierania z masowej świadomości wiedzy o waginach i popkulturowego standaryzowania oraz idealizowania kobiecych narządów płciowych. Docierają do lekarzy wykonujących operacje plastyczne wagin oraz fotoedytorów, którzy przy pomocy programów graficznych ujednolicają i przesadnie estetyzują kobiece ciała na zdjęciach pornograficznych. Diagnoza sytuacji jest paradoksalna – w dzisiejszych, liberalnych czasach powszechna wiedza o waginach jest mniejsza niż dawniej. Wiele osób nie potrafi zidentyfikować tzw. punktu G czy łechtaczki, nie wspominając już o braku świadomości w kwestii zróżnicowania kobiecych narządów płciowych. Kultura masowa i powszechne w pornografii ujednolicanie wizji „idealnej” kobiecej waginy, a także brak rzetelnej edukacji seksualnej doprowadziły do tego, że kobiety wstydzą się intymnych części swojego ciała. W efekcie wypierają wszelką wiedzę na ten temat lub trafiają na coraz bardziej popularne operacje plastyczne narządów płciowych.
 
Mimo że film nie porusza tematyki psychologicznej oraz społeczno-kulturowych uwarunkowań (kult ciała, zubożenie duchowości), które wpływają na zaistniałą sytuację, a raczej zmierza do wskazania możliwych rozwiązań problemu oraz przypomina pewne oczywistości przysłonięte popkulturową wizją świata, to skłania również do przemyśleń nad przyczynami kryzysu akceptacji własnego ciała. Z chirurgiczną precyzją obnaża społeczną nietolerancję i ciasnotę spojrzenia, skrywane pod maską liberalizmu. I mimo medycznej aseksualności oraz dużej dawki postępowego, zdrowego rozsądku, dzieło zostało też okraszone ciepłym humorem, co czyni ponowne przełamywanie niby-przełamanego już dawno temu tabu znacznie lżejszym i łatwiejszym w odbiorze.