dwutygodnik internetowy
18.11.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kościół na peryferiach

Okrąg obiecanego Królestwa Bożego jest szeroki, a jego granice nie są hermetycznie zamknięte, lecz raczej otwarte. Także dla aniołów.

ilustr.: Katarzyna Majchrowska

Pewien ksiądz, którego duszpasterską troską było pogłębianie i poszerzanie poczucia katolickości Kościoła, namawiał gorąco, aby nie zapominać w modlitwie o aniołach. Pamięć o naszych niebieskich braciach pomaga w przezwyciężaniu postrzegania granic Kościoła wyznaczanych przez parafialne rejestry ochrzczonych. Pozwala też zachwiać przekonaniem, że wyobrażenie o Kościele da nam statystyka widzialnych ziemskich struktur, parafii, diecezji, duchowieństwa i wszystkich biskupów świata. Jeśli ktoś chciałby skonstatować, że w ten sposób pomnażam nasze szeregi z uszczerbkiem na przykład dla wyznawców religii muzułmańskiej, to wyjaśniam, że mówię o tym sensie, w jakim słowa kończące modlitwę wieczorną proszą z prostotą naszego Ojca, aby nawiedził nasz dom i żeby aniołowie Jego święci w nim mieszkali. Jeśli trudno nam jednak mówić o aniołach jako o współwyznawcach w sensie ścisłym, to możemy ich uważać za współdomowników Kościoła, naszego stworzonego świata.

 

Ten i inne wszechświaty
 
Aniołowie z definicji są niewidzialni dla naszych oczu cielesnych. Być może istnieją jednak we wszechświecie lub wszechświatach inne niż my istoty rozumne? Może są inne cywilizacje, z którymi kiedyś się spotkamy, dzięki sile naszych zmysłów pomnożonej przez potęgę naszej techniki? Dziś wydaje się to trochę bardziej prawdopodobne niż wtedy, gdy zdawało się, że to nasza planeta jest centrum kosmosu, a ludzkość koroną stworzenia. Mimo pokornego wyznawania znikomości człowieka wobec jego Stwórcy, ludzie ulegali znudzeniu, że przenikają boską logikę i antropologię, wywodząc z Wcielenia Syna Bożego taką wizję ludzkości. Gdybyśmy jednak zgodzili się, że przypowieść o Dobrym Pasterzu może i na to rzucić pewne światło, to moglibyśmy się domyślać, że dla Stwórcy ludzkość jest jak zaginiona owca spośród stu, której Dobry Pasterz szuka i że pragnie jej szczęścia- zbawienia.
 
Po co zresztą wykraczać poza zamieszkałą Ziemię, aby poszerzyć granice wyobraźni? Jeszcze nie bardzo dawno temu, kiedy ludy Europy przyjęły chrzest, wydawać się mogło, że ta wspólnota ochrzczonych, tworząc Kościół powszechny jest obrazem i centrum wspólnoty zbawionych. Poza jej geograficznym granicami żyły natomiast plemiona i stworzenia tak od nas odmienne i często tak wrogie, że daleko było od jednomyślności, czy dzielimy z nimi godność Dzieci Bożych. Podróże i wojny światowe, telewizja i ONZ, misje i ruch ekumeniczny, debata o globalnym ociepleniu i lęk przed epidemią ptasiej grypy, wszystko to pogłębia świadomość istnienia wspólnoty ludzkiej, ludzkości. Ludzi, którzy mówią różnymi językami i żyją warunkach rozmaicie kształtowanych geografią i historią, a jednak na innym poziomie w są w istotny sposób ze sobą powiązani splątani, współzależni. Ludzi tworzących z minionymi i przyszłymi pokoleniami – nie zapominając też o aniołach – Lud Boży w szerokim sensie tego słowa.
 
Biskupi katoliccy, zebrani przed pięćdziesięciu laty na Soborze wyrazili to doświadczenie mówiąc pamiętne słowa: „radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych; i nie ma nic prawdziwie ludzkiego, co nie miałoby oddźwięku w ich sercu. Ich bowiem wspólnota składa się z ludzi, którzy zespoleni w Chrystusie, prowadzeni są przez Ducha Świętego w swym pielgrzymowaniu do Królestwa Ojca i przyjęli orędzie zbawienia, aby przedstawić je wszystkim”.

 

Uczniowie przyjmują Chrystusa za swego Pana i Nauczyciela, ale pozostają uczniami przez całe swoje życie i przez wszystkie pokolenia. Rozumieją Go i starają się zrozumieć. Jednakże uwikłani w swój czas i swoje problemy zapominają po trochu i znów potem powraca ich pamięć, rozpoznają i dziwią się samym sobie, że Go przedtem nie rozpoznali. Jak apostołowie przed i po zmartwychwstaniu, jak uczniowie w Emaus. Pielgrzymują, życie ich jest pielgrzymką tak, jak życie wszystkich ludzi jest drogą. Jesteśmy wszyscy Hominis viatores.
 
Ale orędzie zbawienia pozostaje żywe i prawdziwe, przypieczętowane życiem, śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa. Jest Objawieniem tego, że Bóg będąc Ojcem wszystkich ludzi, jest także, według słów proroków, jak Matka, która rodzi, karmi i tuli swoje dzieci. Że miłość Jego obejmuje od początku i przez wszystkie wieki wieków, to znaczy w każdym momencie ludzkiego życia i całej historii każdego człowieka; że miłość Jego, Jej (Przenajświętszej Trójcy albo Niestworzonej Bożej Mądrości, którą kryje imię Sophia) jest skuteczna, zwycięża wszelkie zło i śmierć, czego znakiem jest Krzyż i Zmartwychwstanie. Zbawienie jest najszerszym pojęciem odnoszącym się do tajemnicy naszego pełnego, niewyobrażalnego szczęścia, którym będziemy obdarzeni po „utrapieniach życia doczesnego”. „Osoba ludzka bowiem ma być zbawiona, a ludzkie społeczeństwo odnowione” mówią Ojcowie Soboru, a Sobór „zaświadczając i wykładając wiarę całego Ludu Bożego, zebranego w jedno przez Chrystusa, nie potrafi wymowniej okazać jego solidarności, szacunku i miłości dla całej rodziny ludzkiej, w którą jest wszczepiony, jak nawiązując z nią dialog na temat owych różnych problemów, przynosząc światło czerpane z Ewangelii oraz dostarczając rodzajowi ludzkiemu zbawczych sił, jakie Kościół sam, pod przewodnictwem Ducha Świętego, otrzymuje od swego Założyciela”.
 
Czerpanie ze „zbawczych sił” wyraża wiara i uczynki miłości Boga i bliźniego. Wiara nie jest łatwą sprawą. Jezus wiedział, jak trudno jest człowiekowi rzeczywiście uwierzyć. Ewangelista zanotował Jego pytanie „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk. 18,8) Wiara w Boga i miłość Boga są w kościelnej tradycji pojęciami pełnymi specjalnych znaczeń, które poza nią nie są oczywiste. Jednak ich zasadniczym rysem jest ufność wobec tej Tajemnicy i Misterium, które zwykle nazywamy Bogiem. Gdybyśmy tylko my, uczniowie i katolicy, rzeczywiście znali Jezusa, to z pewnością nie musielibyśmy kryć naszej niepewności, lęków i różnych niechlubnych uczynków nawet przed nami samymi. Lepiej akceptowalibyśmy naszą rzeczywistość, a czasami też smutną przeszłość i nieogarnioną przyszłość. Bylibyśmy spokojni pewnością, że Pan nasz spogląda na nas z nieskończonym współczuciem i miłością.

 

ilustr.: Katarzyna Majchrowska

Głosimy bez przekonania
 
Moja przewodniczka po drogach życia wewnętrznego i modlitwy, angielska karmelitanka po sześćdziesięciu pięciu latach w klasztorze, której rzadko publikowane teksty ukazują się pod nazwiskiem Ruth Burrows, powiada z przekonaniem godnym świętej Teresy z Avila „Co jest rdzeniem, co jest centrum przesłania, które objawia nam Jezus? Oczywiście jest nim miłość Boga do nas, do każdego z nas: Boga, niewymawialnej, niepojmowalnej Tajemnicy, Rzeczywistości całej rzeczywistości, Życia wszystkiego, co żyje”. „Dla znających zasady swojej religii chrześcijan to pojęcie jest znane, ale niestety niewielu zna je rzeczywiście. (…) Znać rzeczywiście albo rzeczywiście znać oznacza żyć tą wiedzą. Oznacza, że nasz sposób patrzenia na świat, nasze postawy, nasze postępowanie wyrasta z tej wiedzy. Tę rzeczywistą, żywą wiedzę określamy słowem ‘wiara’. Tu powinniśmy się zatrzymać, aby zacząć z wielką ostrożnością posługiwać się pojęciami wierzący-niewierzący. Moje doświadczenie nauczyło mnie – powiada siostra Rachela (takie ma imię w klasztorze), dziś bliska dziewięćdziesięciu lat – że prawdziwą wiarę spotyka się rzadko i lepiej się do tego przyznać, żeby podjąć rzeczywisty wysiłek uwierzenia”. Warto wspomnieć, że katolicka siostra Ruth Burrows jest autorką bardzo cenioną także przez anglikańskiego arcybiskupa Canterbury; na jej książkę wskazał jako na swoją lekturę wielkopostną, co dobrze świadczy o stopniu duchowej komunii naszych Kościołów).
 
Moje doświadczenie nauczyło mnie, że centralne przesłanie naszej religii (rozumianej tu bardziej jak w średniowieczu jako vera religio, cnota prawdziwej pobożności) głosimy jakby bez przekonania. Centralnym zadaniem jest świadectwo (wierzę w Kościół apostolski) i uczciwy wysiłek aby czynić prawdę (face re veritatem, jak to wyraża święty Augustyn). Mamy czynić sprawiedliwość , dokonywać rzeczy niemożliwych, przenosić góry, burzyć mury, dochodzić tam, gdzie nie można dojść, jak to pokazuje w historii wielu świętych i męczenników. Nawet gdy nie wiemy jasno kim jesteśmy, bo zostaliśmy, jak powiada święty Augustyn, uczynieni pytaniem dla samych siebie, a nasze serca są niespokojne. Lub gdy stajemy wobec pięknego i prowokującego augustyńskiego pytania: kogo kochasz, gdy kochasz swojego Boga?
 
Rdzeń chrześcijańskiego przesłania wyraża Sobór uroczystymi słowami: „Ojciec zaś chce, byśmy we wszystkich ludziach upatrywali Chrystusa brata i skutecznie ich miłowali zarówno słowem, jak i czynem, a w ten sposób dając świadectwo Prawdzie przekazywali innym tajemnice miłości Ojca niebieskiego. Dzięki temu obudzi się u ludzi na całym świecie żywa nadzieja, która jest darem Ducha Świętego, że w końcu w pokoju i w najwyższym szczęściu doznają przyjęcia w ojczyźnie jaśniejącej chwałą Pana”.

 

Dialog, który trwa całe życie
 
Nowy „Katechizm Kościoła katolickiego” chce te prawdy wyrazić szerzej i konkretnie. Jest źródłem cennej i bogatej wiedzy, wyrastającej ze świadectw biblijnych i żywej tradycji, osadzonej w historii. Liczy, będąc pewna syntezą, kilkaset stron. Oczywiście przedstawia wiele spraw szczegółowych, często dla jasności podkreślając, czym doktryna i poglądy katolickie różnią się od innych, z którymi spotkać się można na tym świecie. Dokumenty soborowe liczą wiele tysięcy stron. Niektóre z nich do dziś budzą spory interpretacyjne. Katechizm, dokumenty soborowe i encykliki mogą w pewien sposób człowieka przytłoczyć. W to wszystko powinienem wierzyć, aby osiągnąć zbawienie we wspólnocie katolickiego Kościoła? Przecież kościelna wspólnota jest we współczesnym świecie dosyć silnie w swoich poglądach spolaryzowana, zaś na wielu kontynentach postępuje sekularyzacja, czasami obojętna wobec chrześcijańskiego przekazu, czasami wroga kościelnej instytucji, czasami pozostawiająca przestrzeń dla rozmaitych indywidualnych lub zbiorowych poszukiwań nowej duchowości.
 
Pomiędzy świętym a świeckim, sakralnym i sekularnym, religijnym i niereligijnym, katolickim i niekatolickim nie rysujemy już tak szybko i tak pewnie jak kiedyś linii podziału. Podczas gdy centralne orędzie chrześcijaństwa głosimy bez przekonania, z o wiele większym przekonaniem przychodzi nam toczyć wewnątrzkościelne i zewnętrzne spory na różne tematy dotyczące szczegółowych, choć i doniosłych problemów moralnych i prawnych. Sobór zresztą, chcąc być soborem duszpasterskim i czytać znaki czasów, był oczywiście soborem swoich czasów. Dziś już prawie nie istnieją żywe wtedy prądy wiary w postęp i scjentyzm w sensie dogmatycznych prawd naukowych, w wymiarze społecznym i intelektualnym zanika marksizm, w wymiarze politycznym kolonializm, choć rasizm, nacjonalizm, a także polityczno-religijny fanatyzm często boleśnie ukazują swą ponurą żywotność, aż do rodzenia aktów terroryzmu włącznie. I nie możemy zapomnieć o wiecznie żywych powodach prowadzenia wojen. Klimat intelektualny jednak wyznaczają niejasno zarysowujące się ramy postmodernizmu.
 
Kardynał de Lubac, którego „Katolicyzm. Społeczne aspekty dogmatu” jest jedną z fundamentalnych książek kształtujących świadomość kościelności i katolickości uważał, że eklezjologia, dziedzina teologii poświęcona tajemnicy, misterium Kościoła, jest poszukiwaniem wiedzy o nas samych. Teologia, podobnie jak filozofia, to nie są tylko akademickie dyscypliny. Teologia jest też rozmową i dialogiem o tym, co cudowne, co zadziwiające, co święte, co najważniejsze, co jest dla nas misterium, wreszcie o tym, co kochamy, kiedy kochamy naszego Boga, wzywając Go imieniem lub nie wypowiadając Jego imienia, Boga, który jest też do nas skierowanym najważniejszym pytaniem. Dialogiem, który trwa całe życie i przez pokolenia.

 

Zadaniem teologii dziś i kiedyś jest jaśniej ukazywać samo centrum naszej wiary, przybliżać ogrom treści zawartych w religijnych symbolach, podtrzymywać i przywracać żywą pamięć, trwającą nie tylko w doktrynie, ale w liturgii, w jej rytach i sakramentach. Ukazywać, w jaki sposób każda ludzka droga czy pielgrzymka ma swój liturgiczny, kultowy wymiar. Pomagać zrozumieć, w jaki sposób przekazywana przez pokolenia żywa pamięć o Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa wiąże historię mojego i twojego życia, z historią życia Cierpiącego Sługi.
 
Zadaniem teologii jest ukazywać, że do Świętego Serca Tajemnicy prowadzi droga, że dzięki nieskończonemu Miłosierdziu i nasza droga tam prowadzi, że okrąg obiecanego Królestwa Bożego jest szeroki, a granice, peryferie nie są hermetycznie zamknięte, lecz raczej otwarte. Także dla aniołów.