dwutygodnik internetowy
30.09.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kościół, lewica, Hello Kitty

Lewicowa aktywistka Katarzyna Bratkowska mogła porozumieć się z katolickim publicystą Tomaszem Terlikowskim. Jednak żadna ze stron nie była porozumieniem zainteresowana. Ich może posłużyć za modelowy przykład tego, jak nie należy dyskutować.

ilustr.: Antek Sieczkowski

Lewicowa aktywistka Katarzyna Bratkowska mogła porozumieć się z katolickim publicystą Tomaszem Terlikowskim. Jednak żadna ze stron nie była porozumieniem zainteresowana. Dyskusja w programie „TAK czy NIE” może posłużyć za modelowy przykład tego, jak nie należy dyskutować.

 

A wcale nie musiało tak być…

Dyrektor szkoły podstawowej w Poznaniu umieściła na stronie internetowej placówki komunikat, w którym instruowała rodziców, aby zakazali dzieciom przynoszenia do szkoły gadżetów „Monster Hight”, „Hello Kitty” oraz serii „Kucyki Pony”, ponieważ niosą one ze sobą „mroczną scenerię i praktyki okultystyczne”.

Dziennikarka prowadząca program zaczęła od pytania „Czy pani dyrektor przesadziła?”. I już na samym początku Terlikowski, świadomie lub nie, otworzył przestrzeń do dialogu ze swoją lewicową polemistką: „Te zabawki nie są szkodliwe tylko dlatego, że być może niektóre z nich promują zło […], ale również dlatego, że ich głównym celem jest stworzenie nie obywateli, ludzi świadomych swoich praw i obowiązków, tylko konsumentów”. Następnie wspomniał, że marka wypuściła niedawno piwo Hello Kitty o obniżonej zawartości alkoholu i stwierdził, że „dla dzieci może być to zwyczajnie niebezpieczne”.

 

W tym momencie lewicowa publicystka Bratkowska mogłaby pomyśleć: „Ja też jestem przeciwna urabianiu ludzi na bezwolnych konsumentów, a katolik Terlikowski myśli podobnie. Fajnie. Pogadajmy o tym!”.

Ale nie pomyślała. Przyznała, że również ma problem z czynieniem z dzieci konsumentów, ale, jak stwierdziła, „są to mechanizmy, które nie mają nic wspólnego z takimi rzeczami jak Hello Kitty”. Wydaje się, że jednak mają. Hello Kitty jest przejawem działania takich właśnie mechanizmów. Firma ma w swojej ofercie produkty związane z każdą dziedziną życia dziecka – zabawki, gry, przybory szkolne, słodycze, ubrania, torby, akcesoria elektroniczne i biżuterię. Na rynek azjatycki wypuściła też piwo owocowe o zawartości alkoholu 2,3%. Jednak, jak zapewnia producent, jest ono skierowane do tamtejszych kobiet, które dotychczas w piwie nie gustowały, nie zaś do niepełnoletnich.

Oczywiście nie można robić wyrzutów firmie, że sprzedaje różnorodne produkty dla dzieci. To samo w sobie nie jest złe. Ale można się zastanawiać, jak dalece jej działalność wzmaga nastawienie konsumpcjonistyczne u najmłodszych i jak je przed nim chronić. Nie wiem, dlaczego lewicowa aktywistka nie rozwinęła tego wątku. Była to płaszczyzna, na której mogłaby się spotkać z Terlikowskim i sprowadzić rozmowę na sensowne tory. Tymczasem Bratkowska zamiast rzeczowo argumentować wolała miotać utartymi sloganami – „[…] może pan by powiedział wprost, że kapitalizm jest zły […]”.

 

Z czasem było już tylko gorzej. Bratkowska wypaliła: „Mam upiorne skojarzenia z procesami czarownic […]. Ludzie, którzy mają obsesję szatana, są naprawdę groźni. Ja się boję tych ludzi. Ja się boję pana!”. Katolicki publicysta wyjaśnił, że każdy chrześcijanin wierzy w istnienie szatana. A później znalazł receptę na jej lęki: „Nie musi się pani niczego obawiać, jeśli tylko zwróci się pani ku jednemu Zbawicielowi”.

Uderzał agresywny ton feministki, przy której Terlikowski wypadał nad wyraz łagodnie. Na dialog nie było szans. W mediach roi się od takich rozmów. Dziennikarze je lubią, bo przynajmniej „coś się dzieje”. Żadnego porozumienia, żadnych wniosków – czysta „nawalanka”. Szkoda, bo choćby na przykładzie tego programu widać, że istnieje potencjał do dialogu między stronami prezentującymi z pozoru odległe pozycje. Trzeba tylko chcieć go zauważyć.

 

ilustr. Antek Sieczkowski

  • Staś

    Nie sądzę, aby chodziło tu o brak woli porozumienia lub o zacietrzewienie. Wydaje mi się, że nie było w tej rozmowie warunków do znalezienia wspólnej płaszczyzny.
    Terlikowski zwraca uwagę na to, że Hello Kitty, ma wychować konsumentów, ale jednocześnie odżegnuje się od jednoznacznej krytyki kapitalizmu, którego zjawisko zabawek typu Hello Kitty jest nieodzownym elementem.
    Bratkowska zwraca na to uwagę mówiąc, że sama zabawka nie jest tu
    największym problemem, choć, oczywiście, na producentach podobnych
    zabawek ciąży odpowiedzialność siania obliczonej na zysk
    ideologii. Idzie o to, że w kapitalizmie, którego motorem jest
    „rozum instrumentalny” czy zasada maksymalnego zysku nie można na
    poziomie ontycznym wskazać instytucji lub organizacji, będącej
    w mocy zmienić globalną strukturę, z jaką mamy do czynienia. Na
    tym polega grzech strukturalny. Nasze dzieci i my sami tak długo będziemy bombardowani pociskami przemożnej sugestii, która ma w nas zaszczepić duszę wiecznych konsumentów, jak długo istnieć będzie nieskrępowany wolny rynek.
    Dopóki kapitalizm będzie dla nas moralnie obojętny (o czym mówi w nagraniu Terlikowski), nie będziemy mogli krytykować kultury masowej, zalewającej nas bezmyślnością rozrywki i światopoglądem egoistycznej przyjemności. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka jednocześnie. Nie można egzorcyzmować nadbudowy, pragnąc zachować społeczno-ekonomiczną bazę.
    Zamiast płaszczyzny porozumienia można mówić raczej o odgrzebanym na chwilę poważnym dyskursie. Ten jednak obecnie raczej przewraca się w grobie niż angażuje w polityczną walkę.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Staś

  • Piotrek

    Staś,
    zgadzam się, że sam charakter tej rozmowy nie ułatwiał
    porozumienia. Pewnie nawet gdyby do niego doszło na jakimś poziomie, prowadząca by ich skutecznie poróżniła, wyciągając np. jakiś mocny cytat, z gruntu nie do przyjęcia dla jednej ze stron.

    1. Co do kapitalizmu i wolnego rynku, to sprawa jest skomplikowana i wielowątkowa. Na przykład „nieskrępowany
    wolny rynek”, o którym piszesz jest konstruktem teoretycznym i chyba nigdy w historii nie istniał. Zawsze były jakieś ograniczenia (regulacje, cła, subsydia itp.). Poza tym jeśli spojrzymy globalnie, to w pewnych aspektach problemem jest nie „nieskrępowany” wolny rynek, lecz jego BRAK. Mam na myśli przede wszystkim działania na rzecz pomocy krajom Trzeciego Świata. Wiadomo, że chodzi tu o „wędkę”, a nie o samą
    „rybę”. „Wędką” byłoby obcięcie subsydiów rolnikom w UE i USA oraz otwarcie rynków zamożnych państw Zachodu na towary z krajów biednych. To dałoby im podstawy do długofalowego rozwoju. Jednocześnie byłoby to działanie jak najbardziej na rzecz WOLNEGO RYNKU.

    2. Myślę, że nawet jeśli kapitalizm jest dla nas obojętny
    moralnie, możemy krytykować kulturę masową i starać się robić konieczne korekty (zarówno w przestrzeni kultury masowej, jak i w innych aspektach – patrz: rynki finansowe). Hello Kitty i konsumpcjonizm dzieci to tematy z tej właśnie działki.

    Pozdrawiam,
    Piotrek

  • Staś

    Piotrek,
    co do punktu pierwszego, pełna zgoda. Uwolniony rynek może być niekiedy źródłem emancypacji i szansy rozwoju. Taką rolę kapitalizmowi przypisywał również Marks. O nieskrępowanym wolnym rynku mówiłem z pewnym uproszczeniem, rzecz jasna.

    W moim przekonaniu
    warunków porozumienia nie było w tej rozmowie nie ze względu na
    właściwy dla takich rozmów charakter i sposób prowadzenia, lecz
    właśnie ze względu na brak wspólnej płaszczyzny i to chciałem
    podkreślić.

    Chodzi mi o to, że
    stoimy obecnie w martwym kącie. Dryfujemy, nosząc w wyobraźni
    piętno realnego socjalizmu, które uniemożliwia rozmowę i moralną
    ocenę kapitalizmu i uznaje jego konieczność za dogmat (tak widzi
    to w tej rozmowie Terlikowski). W takiej sytuacji ideologię
    stwarzaną przez aparat partyjny zastępują obliczone na zniewolenie
    człowieka i przemienienie go w posłusznego konsumenta ideologie
    najsilniejszych właścicieli wielkich koncernów. Te ideologie-
    zmistyfikowane świadomości przejawiają się w produkcji
    kulturalnej zalewającej nas ze wszystkich stron. To nie chodzi
    przecież tylko o Hello Kitty. Wystarczy rozejrzeć się wokół.
    Chcesz być młody? Musisz mieć Conversy. Chcesz prawdziwie uprawiać
    sport? Włóż Nike. Ale przecież nie tylko buty, bo musisz mieć
    także koszulkę i spodenki. Inaczej zaburzysz estetykę stroju i
    twoje skóra nie będzie mogła oddychać prawidłowo. A przepisu na
    szczęśliwą rodziną dostarcza Knor. Przez żołądek do serca. Mąż
    Cię pokocha i dzieci będą radosne. Po za tym masz być młody,
    atrakcyjny, towarzyski i szukać rozrywki.

    Wolny rynek żyje mnożeniem tożsamości, które prywatyzuje, komercjalizuje i zmusza do ich wykupywania. Wychodząc od wolności (wątpliwej) czyni kolejne jej sfery produktem rynkowym.

    Tu pojawia się oczywiście problem granic. Nie da się bowiem jednocześnie trwać aktywnie we wspólnocie ludzkiej, unikając wszystkiego, czym ta
    wspólnota żyje i z czego korzysta. Z tej perspektywy nie ma żadne
    różnicy czy to jest Hello Kitty, Nike czy Konr. Ale ważne jest co
    za tym stoi.

    Wolny rynek, zatem, nawet, jeśli może pomóc w podniesieniu jakości życia wszystkich ludzi (choć w to wątpię) oddaje pole niewynikającej z twórczej pasji lecz z pędu zysku kulturze, co prowadzi do zniewolenia człowieka.

    W tym też sensie subsydia dla rolnictwa europejskiego i w stanach są par exellance emanacją praktyki kapitalistycznej i są w naturalny sposób związane z zasadą wolnej konkurencji. Tak może trzeba też rozumieć antytetyczność kapitalizmu. Rozwój rynku, mający u podstaw wolną konkurencję, prowadzi do jej zniesienia dzięki
    wykupywaniu kolejnych koniecznych do tego prerogatyw przez klasę
    panującą.

    Oczywiście, że kulturę należy badać krytycznym okiem i dokonywać w jej obrębie korekt. Wierzę, że jest również kultura wolna od ekonomizmu. Ale
    kultura masowa jest od niego uzależniona i z niego płynie. Jest to
    zjawisko globalne i nieodłączne od wolnego rynku. Da się ją
    znieść w takiej ideologicznej formie tylko wtedy, gdy zmienimy
    społeczno- ekonomiczną bazę wikłającą wszystkie występujące
    na rynku byty lub chociaż zaczniemy o niej rozmawiać zamiast
    zasłaniać się gehenną historycznego komunizmu.

    Pozdrawiam,
    Staś

  • Piotrek

    Staś,

    rozumiem, ja sądzę inaczej. Moim zdaniem obydwie strony
    mogłyby się dogadać przynajmniej w kwestii chronienia dzieci przed konsumpcjonizmem. Łatwiej by im było rozmawiać na ten konkretny temat niż spierać się co do założeń systemu kapitalistycznego. Obydwoje prezentują skrajnie odmienne stanowiska aksjologiczne. Sojusze pomiędzy tak różnymi środowiskami mogą być zawierane tylko w celu rozwiązywania konkretnych problemów.

    Częściowo dzielę Twój niepokój co do kultury wszechobecnego
    konsumpcjonizmu, ale nie wiem, jak miała by się dokonać zmiana społeczno-ekonomicznej bazy. I najważniejsze pytanie – zmiana na co? Od filozoficzno-socjologicznych ogólników należałoby przejść do konkretnych i sensownych rozwiązań. A czy znamy sensowne rozwiązania, które nie byłyby jakąś formą kapitalizmu (oczywiście obwarowanego
    niezbędnymi regulacjami)?

    Zgoda, wolny rynek żyje z komercjalizacji tożsamości, ale nie wydaje mi się, żeby zmuszał do ich wykupywania. Reklama to jednak nie przymus.

    Nie wiem, o co Ci dokładnie chodzi, jak piszesz o subsydiach
    „naturalnie związanych z zasadą wolnej konkurencji”. Protekcjonizm jest związany z wolnym rynkiem tylko w tym sensie, że jest jego przeciwieństwem (tak jak łamanie zasad jest przeciwieństwem przestrzegania zasad). W następnym zdaniu wyjaśniającym mam wrażenie, że nie piszesz już o subsydiach, tylko raczej o tworzeniu monopoli: „Rozwój rynku, mający u podstaw wolną konkurencję, prowadzi do jej zniesienia dzięki wykupywaniu kolejnych koniecznych do tego prerogatyw przez klasę panującą.”

    Rzeczywiście jest tak, że pozostawiony sam sobie wolny rynek doprowadzi w końcu do powstania monopoli, które są szkodliwe dla wolnej konkurencji. Dlatego konieczne są regulacje (prawa antymonopolistyczne itp.).

    Pozdrowienia,
    Piotrek