dwutygodnik internetowy
23.11.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kościół i lewica. Razem przeciw ksenofobii?

To nie liberalna opowieść o modernizacji może powstrzymać narastającą wśród młodzieży ksenofobię. Do tego potrzeba ognia, który młodym zaproponować może albo lewica, albo Kościół.

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski

Badania są jednoznaczne. Niechęć do przyjmowania uchodźców w największym stopniu przejawiają najmłodsi Polacy i Polki. Najmocniej widać to w Internecie, gdzie 81 procent treści dotyczących kryzysu uchodźczego wyraża stosunek negatywny do pomysłu udzielenia gościny uciekającym przed wojną i biedą Syryjczykom czy Afgańczykom.

To samonapędzająca się spirala. Jednym z bardziej podłych jej przejawów był festiwal radości na profilu zorganizowanego w tym roku pod ksenofobicznym hasłem „Polska dla Polaków” Marszu Niepodległości w związku z informacją o pobiciu Syryjczyka w Poznaniu. Setki podpisanych imieniem i nazwiskiem komentarzy z gratulacjami, zjadliwymi uwagami i pomysłami, jak to „dzieło” kontynuować. Tysiące kliknięć „lubię to” pod podobnymi obrzydliwościami – które pojawiają się w wielu zakątkach portali społecznościowych.

To ostatecznie ze strony młodych – takich jak ja, moi koledzy i moi wychowankowie – sączy się w Internecie najwięcej ksenofobicznej trucizny. To o ich poparcie zabiegają cynicznie wykorzystujący ludzki dramat i ludzki strach politycy czy dziennikarze. Bez wielkiego oporu ze strony mediów, polityków czy przedstawicieli środowisk liberalnych, spośród których wielu raczej niuansuje sprawę, opowiada o europejskich zobowiązaniach czy organizuje kolejne kampanie i warsztaty dotyczące mowy nienawiści – przekonując głównie przekonanych i nie dotykając istoty. I nie widząc, że ich samych jest i będzie coraz mniej.

Niemoc liberałów

Nie mogło być inaczej. Gilles Kepel, francuski politolog, w swojej znakomitej książce „Zemsta Boga” stawia tezę, że odpowiedzią na niezrealizowane obietnice współczesności jest wzrost religijnych radykalizmów. To samo dotyczy, warto dodać, również radykalizmów narodowych i rosnącej ksenofobii. Ci, którzy uwierzyli Fukuyamie, bajdurzącemu o „końcu historii”, ci, którzy – opowiadając o „skapywaniu bogactwa” – przekonywali, że czeka nas nieustanny wzrost PKB (pierwsza ślepota), w wyniku którego wszystkim będzie żyło się lepiej (druga), te procesy, których dziś się tak boją, nieświadomie wzmacniali.

I właśnie oni mają już niewiele do zaoferowania – zwłaszcza młodym, którzy chcą już wreszcie czegoś więcej niż następnej opowieści o tym, że „Polska jest w najlepszym okresie swojej historii” i świętowania kolejnych rocznic wolności. Bo młodzi widzą, że nie są w stanie z niej korzystać tak, jakby chcieli – wzrasta liczba młodych bezdomnych, samobójców, bezrobotnych, niemających stabilnego zatrudnienia, niemogących założyć rodziny, zakładających sobie na szyje kredytowe pętle. Wmawiano im, że celem jest stabilne życie w domu na przedmieściach. Ostatecznie jednak nie zaoferowano żadnych narzędzi do realizacji rozbuchanych aspiracji.

Nie mogąc żyć tak, jak im obiecywano, że będą, czują gniew lub pustkę. Ten gniew i pustkę zagospodarowują ci, którzy młodym oferują jakąkolwiek ideę: fantazmat narodowej wspólnoty bądź też narrację skrajnego indywidualizmu czy specyficznie rozumianej wolności, w ramach której całość odpowiedzialności za swój los ponosisz sam. Każdy z tych elementów (niekiedy paradoksalnie łączonych) – także idea narodowa, gdy nie jest mądrze rozumiana – ostatecznie prowadzi do niechęci wobec Innego. Tego, który jest moim rywalem w ekonomicznej grze o sumie podobno zerowej, bądź też tego, którego widzę jako zagrożenie dla spoistości wspólnoty, w której żyję.

W tym samym czasie misjonarze modernizacji zajmowali się napychaniem kieszeni deweloperom, zamiast rzeczywiście budować mieszkania dla młodych, snuli wizję szklanych miast jak poseł Szejnfeld, zamiast tworzyć przestrzeń spotkania i relacji, odpuścili wreszcie całą sferę narodowej tożsamości, patriotyzmu, przywiązania do ojczyzny, zamiast ją mądrze formować. Tę wyliczankę można ciągnąć. I wszyscy zbieramy tego owoce podczas kryzysu uchodźczego – a najboleśniejsze zebrał w Poznaniu ów syryjski chrześcijanin, który w Polsce mieszka już od kilku lat.

Potrzebny żar miłości

To nie liberałowie mówiący o postępie, tolerancji czy nowoczesności będą w stanie powstrzymać narastającą wśród polskiej młodzieży ksenofobię i nacjonalizm. Nie dokonają tego pogrobowcy Unii Wolności czy głosiciele polityki „ciepłej wody w kranie”. Nie dokona tego Ziemowit Szczerek tak namiętnie oskarżający wszystkich, by bronić tylko niektórych, a więc nie całkiem zdefiniowanego „centrum” (pomijam już to, jak bardzo trzeba nie znać proporcji, by wprost odwoływać się do jednego z najważniejszych prasowych artykułów w historii – którego autor za swoją odwagę zapłacił więzieniem i przymusową emigracją – tylko po to, by wylać z siebie mało odkrywczy potok pretensji). Do tego potrzeba idei. Od chłodu klimatyzowanego Pendolino i wykresów rosnącego PKB bardziej potrzebny jest – jakkolwiek górnolotnie to brzmi – żar miłości oraz ciepło wynikające z poczucia solidarności i wspólnoty. Walkę o serca i dusze młodych mogą wygrać z narodowcami jedynie dwie siły: prawdziwa, gorąca lewica oraz ewangelicznie rozumiane i przeżywane chrześcijaństwo. I mogą, a czasem także powinny, siły te wchodzić w sojusz – nie tylko taktyczny, ale również ideowy.

Bo młodzi chcą więcej – chcą sensu. Starzy wyjadacze socjologicznej analizy mogą opowiadać o ich roszczeniowości i chciwości. Ale tak naprawdę jeśli sobie do czegoś roszczą prawo, to do sensu właśnie. A jeśli są czegoś chciwi – to wartości. I tylko w ten sposób można ich zrozumieć, pozyskać ich zaufanie – słuchając i oferując konkretną treść, którą będą mogli wypełnić swoje życie. Oferując im ogień. Oraz możliwość uczestnictwa w tego ognia rozpalaniu i podtrzymywaniu.

Dlatego rację mają organizatorzy manifestacji z 7 listopada, którzy nazwali ją „Solidarność zamiast nacjonalizmu”. Nie „tolerancja”, nie „liberalna demokracja”, nie „modernizacja”, ale właśnie „solidarność” – a więc braterstwo. Bez opowieści o tym, że „Niepodległa” powinna być „kolorowa”, „różnorodna” czy wręcz pluszowa – z czekoladowym orłem i kotylionami. Organizując obchody powołania rządu Ignacego Daszyńskiego, określili się jasno: „Niepodległa” powinna być nareszcie także solidarna.

Dlatego tak mocnym echem odbiły się słowa Adriana Zandberga z Partii Razem, gdy podczas debaty przedwyborczej, odnosząc się do kwestii przyjmowania uchodźców, nie opowiadał, unikając deklaracji, o ustaleniach, traktatach i umowach, tylko zamiast do sterty papierów, odwołał się do emocji wielu Polaków, którzy czują, że przyjęcie prześladowanych jest wymogiem zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.

Także dlatego nowa lewicowa formacja, mimo wielomiesięcznego pomijania jej istnienia przez media milczeniem, tak zyskała w oczach wyborców, że zdołała w tydzień skutecznie zawalczyć o subwencję z budżetu. Bo zaproponowała coś więcej od denerwującego młodych jak mało co hasła: „jest ch…, ale stabilnie”. I ma na czym budować, bo proponuje konkretne wartości. Bo mówi, jak chce je wprowadzać w życie.

Kościół przeciw islamofobii

W innej sytuacji jest Kościół, który wiele razy albo pozwolił się instrumentalnie wykorzystywać politykom, albo też sam się nimi posługiwał wedle źle zdefiniowanych, aktualnych i partykularnych interesów. Ani jedno, ani drugie na dłuższą metę mu nie służy. Ale wiele się zmienia. To polscy biskupi – którzy jeszcze niedawno na Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym przygotowali list o kremacji – w sprawie kryzysu uchodźczego zajęli stanowisko tak jednoznacznie zgodne z Kazaniem na Górze. To właśnie oni zdecydowali, że tegoroczny Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym będzie obchodzony pod hasłem „Ocalmy chrześcijan z Syrii”. To oni w większości nie dali się wmanewrować w prawicową narrację o „islamskim zagrożeniu”, zamiast tego mówiąc jednym głosem z papieżem Franciszkiem. Polski episkopat się zmienia i nie można tego nie zauważać.

Dlatego Kościół, który nie da się wykorzystywać politykom prawicy, chcącym mieć monopol na zgodność z jego nauczaniem, który odetnie się od łączenia chrześcijańskiej wiary z nacjonalizmem, islamofobią czy ksenofobią, który ponadto znów – jak w latach 80. – stanie całym swoim autorytetem po stronie gnębionych: wyzyskiwanych pracowników, młodych bez nadziei, ludzi na głodowych emeryturach – taki Kościół może być ważnym czynnikiem hamującym marsz brunatnej młodzieży. Bo zaproponuje jej całościową opowieść o ich życiu, która nie będzie potrzebowała definiować się poprzez wrogość wobec Innego – homoseksualisty, Żyda, muzułmanina czy lewaka.

Jeszcze nie jest za późno, by ten marsz zatrzymać. Lewica swoje napsuła, oddając całą narodową narrację w cudze ręce i pozwalając, by elektorat socjalny zagospodarowała prawie całkowicie prawica. Kościół też zgrzeszył zaniechaniem, jednoznacznie i mało krytycznie wspierając liberalne przemiany lat 90., które w niemałej części wepchnęły ludzi w ramiona populistów i nacjonalistycznych ideologów, także tych obecnych w kościelnej wspólnocie. Lewica pozwoliła, by kto inny podniósł sztandar patriotyzmu, Kościół zapomniał, że głosić z całą mocą trzeba też hasła „braterstwa” i „solidarności” – bo te wprost wynikają z Chrystusowego przesłania. Jako człowiek i lewicy, i Kościoła kieruję te słowa również do siebie.

O ile jednak dla liberalnych głosicieli „nowoczesności” i „postępu” jest już za późno – bo ich mdła opowieść o wzroście gospodarczym i nowych autostradach nikogo już nie przekona – o tyle lewica, ta bez historycznego obciążenia, i Kościół, zwracający się wprost do Ewangelii jako źródła, wciąż mogą te zaniechania naprawić. Powinny też zauważyć, że w wielu sprawach mogą iść razem – mimo nieusuwalnych przecież różnic. Podejście do uchodźców pokazało to znakomicie.

I oby tak się stało. Inaczej biada nam wszystkim.

  • RobertP
    • mariaaa

      “<> poinformowała, że na występy księdza-narodowca zareagował metropolita wrocławski abp. Józef Kupny. Biskup poprosił o wyjaśnienia przełożonego Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Ks. Międlar nie jest bowiem księdzem diecezjalnym, nie podlega więc bezpośrednio arcybiskupowi. Przełożony zgromadzenia ks. Kryspin Banko upomniał Międlara i zakazał udziału w kolejnych manifestacjach.

      Wczoraj na Facebooku ukazał się krytyczny wobec ks. Międlara tekst związanego z pismem <> ks. Andrzeja Lutra”

      http://polska.newsweek.pl/ksiadz-jacek-miedlar-narodowiec-z-wroclawia-onr-,artykuly,371967,1.html

      • RobertP

        No szykany go spotkały. Takie jak księdza Lemańskiego czy Bonieckiego? Nie.
        Więc widać nikt zbytnio w episkopacie się nie oburzył.

  • Wojciech Wróblewski

    “Dlatego Kościół, który nie da się wykorzystywać politykom prawicy, chcącym mieć monopol na zgodność z jego nauczaniem, który odetnie się od łączenia chrześcijańskiej wiary z nacjonalizmem, islamofobią czy ksenofobią, który ponadto znów – jak w latach 80. – stanie całym swoim autorytetem po stronie gnębionych: wyzyskiwanych pracowników, młodych bez nadziei, ludzi na głodowych emeryturach – taki Kościół może być ważnym czynnikiem hamującym marsz brunatnej młodzieży.”

    Niewiele mi trzeba, aby uwierzyć, że w większości taki był Kościół tych co na dole. “Stojący po stronie”. Za póżno już jednak abym miał uwierzyć, że taki sam był też Kościół tych na górze. Bo ten “był przeciw”. Bez przerwy. Jeszcze od sprzed wojny. I ten niestety praktycznie się nie zmienił.

    Ale do marzeń przyłączam się z ochotą…

  • Pingback: Złota dwunastka | Magazyn Kontakt()