dwutygodnik internetowy
1.04.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kościół do gruntownego remontu

Mamy obowiązek ostrzec nasz Kościół przed dalszą jazdą w obecnym kierunku. Gdy cała rodzina zmierza samochodem w stronę przepaści, to również ci, którzy nie trzymają kierownicy, powinni działać: starając się zmienić tor jazdy oraz przekonując kierowcę do opamiętania.

ilustr.: Patricija Bliuj-Stodulska

ilustr.: Patricija Bliuj-Stodulska

Tekst pochodzi z 39. numeru papierowego magazynu „Kontakt” pod tytułem „Dlaczego wciąż jesteśmy w Kościele?”.

ZAMÓW NUMER

Słuchanie homilii części polskich hierarchów Kościoła katolickiego wygłaszanych przy okazji Bożego Narodzenia czy Wielkanocy podobne jest do gry w bingo. Również przy okazji kazań wygłoszonych przez kilku biskupów w trakcie ostatnich pasterek można było zgarnąć pełną pulę. Polityka partyjna? Była. Wspieranie władzy i chłostanie opozycji? Punkt. Utożsamianie polskości i katolicyzmu? Krzyżyk. Aborcja, in vitro, związki homoseksualne? Są. Czynienie z księży ludzi o szczególnych predyspozycjach moralnych? Zaliczone. Wreszcie: rozmywanie odpowiedzialności za przestępstwa seksualne dokonywane przez księży? Bingo! Proszę się zgłosić po nagrodę.

Model patologicznej rodziny

Jak zauważył w prywatnej rozmowie pewien publicysta, to model patologicznej rodziny. Wszyscy spodziewają się, że w święta ojciec powie coś głupiego lub krzywdzącego – przygotowują się do nich w strachu przed tym, co usłyszą. I ojciec rzeczywiście za każdym razem mówi coś, co sprawia, że całą świąteczną atmosferę szlag trafia. Rodzina patrzy w talerze, próbując szybko zmienić temat, żeby przypadkiem nie doszło do kłótni. Zbagatelizować, uznając, że „on już tak ma”. Albo odwrócić się do siedzącego obok mądrego wujka, który spojrzy ze zrozumieniem, a po kolacji wesprze – choć głośno też się nie odezwie.

Rzecz nie w tym, żeby znęcać się nad kolejnymi upartyjnionymi homiliami arcybiskupów Jędraszewskiego czy Głodzia albo skandalicznymi wypowiedziami tego drugiego na temat krzywdzenia dzieci. Nie w tym, by chłostać wypowiedzi arcybiskupa Gądeckiego, gdy stwierdza, że ofiarom przestępstw seksualnych będzie mówił, że Kościół „potrzebuje cierpienia za swoją egzystencję”. Albo gdy mówi, że nie poszedł na „Kler”, bo „nie jest pozbawiony rozumu”, choć z pewnością wie, że są w Polsce biskupi, którzy na film się wybrali. Nie w tym, by na każde takie słowa reagować kolejnym publicystycznym oburzeniem – bo życia publicystom i publicystkom na to nie starczy. Również nie w tym, by nie dostrzegać i nie doceniać szlachetnych i prawych postaw i wypowiedzi innych hierarchów czy członków i członkiń Kościoła.

Czas postawić diagnozę mocniejszą i bardziej ogólną: tak właśnie dziś funkcjonujemy w polskim Kościele. Na patologicznych zasadach, pudrując głębokie podziały opowiastkami o rzekomej jedności, której nie ma. Pozwalamy ojcom naszej rodziny udawać, że wszystko jest dobrze. Bo dzieci wciąż przybywają na kolejne święta, nawet jeśli coraz rzadziej przyjeżdżają przy innej okazji. Bo przez lokalne władze nasza familia jest szanowana i fetowana. Za plecami ojca, owszem, komentujemy, że wcale dobrze nie jest. Sąsiedzi też wiedzą, że źle się u nas dzieje i coraz głośniej o tym mówią. Nawet część krewnych zastanawia się, czy reagować, ale ostatecznie powstrzymuje się ze względu na konwenanse i „dobro rodziny”. Ojciec pozwala więc sobie na dalsze rozdawanie razów – również dlatego, że wie, że nie spotka się ze sprzeciwem.

Póki co – jak wskazują dane – członkowie rodziny odchodzą po cichu. Jest ich coraz mniej, ale przy dużej liczbie gości trudniej dostrzec puste miejsca, które jeszcze niedawno były zajęte. Wszystkim wygodniej jest nic nie zmieniać i nie reagować. A gdy drzwi będą trzaskać nieustająco, w rytm odcinania się od rodziny kolejnych jej członków, będzie już za późno. Być może nawet ojciec przestanie wreszcie wygłaszać swoje niemądre opinie, ale nie będzie to miało już żadnego znaczenia, bo i tak nikt nie będzie chciał słuchać – ani jego, ani innych ojców.

Niemądrzy po irlandzkiej szkodzie

Wbrew przekonaniu o wyjątkowości polskiego katolicyzmu historia naszej rodziny wcale nie jest wyjątkowa. Również jej część z zagranicy przechodziła przez podobne kryzysy i zauważała je zbyt późno. A ponieważ nie potrafiła sobie z nimi poradzić, dziś większość niedawnych członków i członkiń już nie chce do rodziny należeć.

Tak było w Irlandii, której społeczeństwo jeszcze niedawno było przedstawiane – podobnie jak polskie – jako jedno z najbardziej katolickich w Europie: katolicyzm uznawano za kluczowy element irlandzkiej tożsamości. Tam również Kościół chełpił się liczbą wiernych, społecznym szacunkiem i wpływem. Także na prawodawstwo – w kwestii aborcji najbardziej konserwatywne w całej Unii Europejskiej. Także na rządzących, którzy wielokrotnie nie umieli przeciwstawić się presji tamtejszych hierarchów, wycofując się z proponowanych zmian.

Brzmi znajomo? Niewiele było potrzebne, by w krótkim czasie cały ten pejzaż odmienił się całkowicie: szereg skandali związanych z przestępstwami seksualnymi wobec dzieci i systemowym ich ukrywaniem, nieumiejętna i zbyt późna reakcja biskupów na kryzys, rosnąca niechęć społeczeństwa wobec wpływania przez hierarchów na władze oraz szerokiego finansowania działań Kościoła z budżetu państwa, przemiany kulturowe dotyczące choćby podejścia do uregulowania związków jednopłciowych czy aborcji.

Efekt? Wahadło zawróciło. W 2015 roku w referendum zalegalizowano już nie tyle związki partnerskie, ile małżeństwa jednopłciowe (poparcie dla których na gruncie prawa państwowego wyrażaliśmy już kiedyś w „Kontakcie”). W 2018 roku w kolejnym referendum 66,4 procent Irlandczyków opowiedziało się za liberalizacją prawa aborcyjnego. W sprawie wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży oraz w placówkach prowadzonych przez Kościół uzbierała się masa krytyczna. Trzeba było otwarcie przyznać, że sprawa dotyczy nie pojedynczych przypadków, lecz sporej liczby sprawców, znacznie wyższej liczby ofiar oraz – co szczególnie istotne – skandalicznego (nawet jeśli typowego dla długiego okresu działania całego Kościoła powszechnego) zachowania przełożonych kościelnych. Gdy wybuchały kolejne skandale, a ich skala stawała się coraz bardziej szokująca, zaobserwowano tąpnięcie w liczbie wiernych w kościołach – z 81 procent w roku 1990 do 44 procent w roku 2005 – a proces wcale się wtedy nie skończył. Wielu duchownych zrezygnowało z kapłaństwa, kandydatów do seminariów brakuje, a ponad dwie trzecie Irlandczyków wyraża zdanie, że Kościół utracił swój moralny autorytet.

To samo może czekać Kościół w Polsce. Ostrzeżenia tej treści padają od lat. Już w 2003 roku ojciec David Sullivan, irlandzki przełożony zakonny, na łamach „Tygodnika Powszechnego” opisywał przyczyny kryzysu w tamtejszym Kościele, wskazując między innymi na klerykalne samozadowolenie oraz na skandale seksualne. Pisał także: „Do niedawna Kościół był najważniejszą instytucją w społeczeństwie irlandzkim. Dziś otrzymuje bolesną lekcję pokory. […] Inne kraje zazdrościły nam pełnych kościołów i seminariów. Ale samozadowolenie usypia; tworzy inercję i przekonanie, że sukces trwa wiecznie, że nie trzeba odczytywać znaków czasu i słuchać krytyki tych, którzy myślą inaczej. […] Niech Kościół w Polsce uczy się na irlandzkich błędach, aby ich nie powtarzać. Życzę, abyście byli mądrzy po naszej szkodzie…”.

Cytaty te wyraźnie pokazują, jak głucha na przestrogi była nasza wspólnota przez ostatnie piętnaście lat. Tekst ten mógłby być dziś niemal w całości przedrukowany jako zaskakująco aktualny – tylko ocena obecnej sytuacji Kościoła w Irlandii mogłaby być jeszcze bardziej dramatyczna. Takie byłoby więc również skierowane do Kościoła polskiego ostrzeżenie. I zapewne także dziś nie zostałoby usłyszane.

Kościół traci, bo zyskuje

Kościół w Polsce znajduje się dziś w sytuacji uderzająco podobnej do tej, w jakiej znajdował się Kościół w Irlandii. Wielu jego członków – w tym biskupów – od lat angażuje się publicznie po stronie jednej partii, a także działało na rzecz zmiany politycznej, która dokonała się w 2015 roku. Niemała część hierarchii oraz kleru uważa, że obecny rząd jest najbardziej chrześcijański z dotychczas rządzących Polską. Władza zaś – choć respektuje dalece nie wszystkie napomnienia nie wszystkich biskupów, na przykład w kwestii uchodźców czy ustawy aborcyjnej – odwdzięcza się Kościołowi za wsparcie: także w sposób przeliczalny na złotówki. Przekłada się to na uproszczone publicystyczne tezy o rządach biskupów, ich wszechmocy, a także budowie państwa wyznaniowego, wspieranego zarówno przez PiS, jak i episkopat.

Ów sojusz tronu z ołtarzem budzi coraz większy sprzeciw niemałej części społeczeństwa – co ważne, także niektórych obywateli i obywatelek spośród tych, którzy popierają Prawo i Sprawiedliwość. Niechęć oraz zniecierpliwienie budzą także inne elementy funkcjonowania Kościoła: jego skupienie na abstrakcyjnych dla zwykłego wiernego sporach (jak ten o „ideologię gender”), kwestiach bioetycznych (jak aborcja czy in vitro) czy tak zwanych kwestiach światopoglądowych (jak prawa osób homoseksualnych). Razi rezygnacja z zajmowania się innymi zagadnieniami społecznymi i ekonomicznymi, bogactwo i przepych, buta i arogancja znaczących polskich hierarchów. Ogromną rolę odgrywa wreszcie – last but not least – coraz jawniejsza skala przestępstw seksualnych dokonywanych przez księży, a ukrywanych przez przełożonych. Owo zniechęcenie widać w twardych liczbach opisujących zaangażowanie ludzi – zwłaszcza młodych – w praktyki religijne (między 2000 a 2016 rokiem liczba osób regularnie chodzących do Kościoła spadła o ponad 10 punktów procentowych), skalę powołań (liczba kleryków spadła w tym czasie dwukrotnie) czy wyniki badań opinii publicznej na przykład na temat postawy Kościoła wobec pedofilii.

Ta ostatnia kwestia wydaje się potężnym katalizatorem społecznych emocji. Buzują one jednak od lat i to – wbrew temu, co chcieliby sądzić niektórzy hierarchowie czy katolicy – nie tylko w środowiskach „tradycyjnie” wrogich Kościołowi. Dotąd jednak nie znajdowały dla siebie trwałego ujścia, zmieniając się raczej w chwilowe wzburzenia – takie jak krótka historia Ruchu Palikota. Tym razem prawdopodobnie będzie inaczej. Jak ważnym czynnikiem dla stosunku wobec Kościoła jest sposób reagowania jego przedstawicieli na przestępstwa seksualne, widać wyraźnie po historii wielu krajów. Nie tylko Irlandii, ale też Stanów Zjednoczonych, Chile, Austrii czy Niemiec. Postawa krytyczna wobec Kościoła i jego działań przybiera na sile ponadto nie tylko wśród ludzi z nim niezwiązanych. Pojawia się także – a raczej ujawnia lub nasila już wcześniej istniejący – krytycyzm jego członków i członkiń.

I jeśli nic się nie zmieni, można przewidywać, że wspomniana tendencja spadkowa będzie się jedynie pogłębiać.

Przestańmy się bać różnic

Przy okazji zarzutów– w olbrzymiej części zupełnie uprawnionych – stawianych Kościołowi i jego działaniom w różnych sferach, rykoszetem obrywa się również poszczególnym katolikom i katoliczkom oraz ich indywidualnej wierze i zaangażowaniu religijnemu. W przestrzeni publicznej widać wzrost nie tylko nastrojów antykościelnych, ale również szerzej: antykatolickich czy antychrześcijańskich. Kościół w Polsce z całą pewnością nie jest prześladowany czy szykanowany. Nie zaskakują jednak opowieści księży, którzy opisują sytuacje, gdy ktoś spluwa na ich widok czy przerywa rozmowę ze słowami: „Z pedofilem nie rozmawiam”. Również katolicy i katoliczki dzielą się obserwacją, że coraz częściej muszą odpowiadać na pytania, co właściwie robią w instytucji naznaczonej tak poważnymi strukturalnymi słabościami oraz przestępstwami jej znaczących przedstawicieli. Coraz więcej katolików i katoliczek zadaje to pytanie również samym sobie.

Z drugiej strony, wśród osób niechętnych Kościołowi i krytycznych wobec jego działań można również dostrzec ulgę związaną ze świadomością, że także w samym Kościele istnieją środowiska, które mówią o jego winach i błędach jasno, klarownie i bez niedopowiedzeń. Zaobserwować można również formułowane przez nich oczekiwanie, że odnowa Kościoła będzie postępowała nie tylko w wyniku zewnętrznej presji, ale również działań podejmowanych w jego wnętrzu.

Pytanie, co należy zrobić, aby z jednej strony odpowiedzieć na to słuszne i uzasadnione oczekiwanie, z drugiej zaś nie pozwolić – w uproszczeniu – na wylanie chrześcijaństwa z kąpielą krytyki, której poddawany jest Kościół. By to osiągnąć, nie wystarczą szumne apele do osób spoza Kościoła, by uszanowały decyzję tych, którzy decydują się w nim trwać – często mimo wszystko. Potrzebne są również, przede wszystkim, poważne zmiany w praktyce funkcjonowania Kościoła. Po drugie zaś: rozwinięte i wyraziste działania oraz apele osób świeckich o dokonanie tych zmian. Kościół nie przestanie być atakowany, dopóki się nie zreformuje. Dopóki jego ojcowie nie przestaną głównych problemów upatrywać wszędzie poza własną wspólnotą i swoim działaniem. Dopóki nie podda się w większym wymiarze społecznej kontroli – dokonywanej zarówno przez jego członków i członkinie, jak i osoby spoza tego grona. Dopóki nie rozliczy się w sposób jednoznaczny z najciemniejszych kart związanych z krzywdzeniem i brakiem ochrony dzieci przed wykorzystaniem seksualnym. Dopóki – wreszcie – Kościół instytucjonalny nie otworzy się na rozmowę: zarówno z ludźmi sobie niechętnymi oraz z wiernymi, jak i we własnym gronie. Dopóki nie ujawni różnic, a hierarchowie niewpisujący się w schemat działania „patologicznego ojca” nie zaczną mówić pełnym głosem – dając tym samym nadzieję i poczucie przynależności wielu świeckim czekającym, aż od biskupów swojego Kościoła usłyszą głos inny niż ten, do którego przywykli. Rzecz nie w tym, by dzielić Kościół, lecz w tym, by opisać i nie ukrywać rzeczywistych różnic – równie realnych jak jedność w sprawach najbardziej fundamentalnych, dotyczących podstawowych treści wiary. Owych różnic najwyższy czas przestać się panicznie bać.

Cztery drogi dla krytyków

Wszystko wskazuje na to, że ta wizja się nie spełni, jeśli nie wzrośnie zaangażowanie i presja ze strony wiernych. Jak mówi Ewa Kusz, wicedyrektorka Centrum Ochrony Dziecka, w wywiadzie zamieszczonym w tym numerze „Kontaktu”: „Nie ma sensu cały czas czekać na biskupów. Trzeba działać”. Nie znaczy to, że wszyscy świeccy zdecydują się przyjąć właśnie taką postawę. Wielu z nich – za co trudno ich winić – uzna, że reforma jest niemożliwa. Taka decyzja jest tym naturalniejsza, im luźniejsze związki łączą kogoś z Kościołem.

Ktoś, kto chciałby jednak pozostać katolikiem lub katoliczką, a jednocześnie podziela krytyczną ocenę stanu Kościoła na świecie i w Polsce, ma – jak się wydaje – do wyboru kilka dróg. Nie są to drogi rozłączne, po części można iść kilkoma z nich naraz – poniższe opisy stanowią raczej modele idealne niż obraz rzeczywistych postaw. Wybór ścieżki jest decyzją indywidualną, ale możliwą również do przetłumaczenia na język wyborów i deklaracji środowiskowych.

Pierwsza strategia to oparcie się na indywidualizmie religijnym w myśl klasycznej formuły: „Chrystus tak, Kościół nie”. W takiej sytuacji – nie musząc się tłumaczyć z indywidualnej wiary – można nie brać odpowiedzialności za wspólnotę, której częścią nie chce się dalej w pełni czuć. Jednocześnie wciąż można rozwijać swoją duchowość, a nawet zajmować się Kościołem z pozycji recenzenckich czy eksperckich – być może nawet z nadzieją na powrót w innych czasach.

Druga stanowi ucieczkę w niszę czy wewnętrzną emigrację – zdecydowanie się na indywidualizm religijny, ale bez oddalania się od Kościoła. Może przyjąć postać wyboru określonej duchowości, świątyni czy kierownika duchowego, ale bez angażowania się w życie szerszej wspólnoty. Wszystko to może odbywać się pod hasłem odnalezienia swojej przystani, w której realizowane są moje potrzeby duchowe i religijne, bez brania odpowiedzialności za kondycję całego Kościoła w Polsce i Kościoła powszechnego.

Trzecią możliwość można określić mianem „wewnątrzkościelnego symetryzmu”. Polegać by mogła na szukaniu i podkreślaniu tego, co w Kościele dobre, przy jednoczesnym niezakrywaniu tego, co złe. To w największym stopniu postawa oparta na pragnieniu, by „nie wylewać dziecka z kąpielą”, skoro – co jest ewidentną prawdą – „nie cały Kościół jest zły”, choć wymaga nieustającej naprawy i autorefleksji. Taka droga wymaga również podkreślania różnorodności Kościoła, w szczególności zaś akcentowania tych postaw jego przedstawicieli i środowisk, które niosą nadzieję i odnowę. Wybierający tę ścieżkę częściej skupiają się na konkretnych osobach i ich indywidualnych działaniach, w mniejszym zaś – na problemach strukturalnych.

Wreszcie: czwarta postawa to aktywna walka o inny, lepszy Kościół. Wymaga wyraźnego zaangażowania się w spory wewnątrz wspólnoty. Ten wybór – mimo krytycznej oceny stanu Kościoła – z pewnością nie oznacza odcięcia się od niego. Wręcz przeciwnie – wymaga mocnego osadzenia w nim oraz zaangażowania zarówno w konkretne działania, jak i w krytykę strukturalnych przyczyn słabości naszej wspólnoty. Wszystko to w imię wiary w nieutracalną wartość chrześcijaństwa i Kościoła.

Zawrócić znad przepaści

Potencjał realnej zmiany wspieranej od wewnątrz Kościoła niesie za sobą przede wszystkim czwarta strategia, skorygowana w zdrowej mierze przez elementy postawy trzeciej. To wybór świeckich, którzy za swój obowiązek uznają ostrzeżenie wspólnoty przed dalszym kroczeniem obecną drogą i ignorowaniem lampek ostrzegawczych palących się coraz mocniejszym światłem. Gdy bowiem cała rodzina zmierza samochodem w stronę przepaści, to – choć najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy bezpośredniego dzierżą kierownicę – także inni podróżujący powinni działać: zarówno aktywnie starając się zmienić tor jazdy, jak i przekonując kierowcę do opamiętania.

By robić to skutecznie i przekonująco, warto wskazać najważniejsze wyzwania, przed jakimi stoi wspólnota Kościoła w Polsce (i nie tylko w Polsce – choć ich oblicze zawsze nosi na sobie znamię specyfiki poszczególnych Kościołów lokalnych). Wśród nich należy wymienić między innymi trzy zasadnicze problemy, które można ująć w hasłowym skrócie: transparentność (i jej brak), praktyka wykluczania ze wspólnoty określonych grup oraz pozbawione udziału wiernych zarządzanie Kościołem.

Konsekwencje tych kłopotów widać między innymi w problemach z finansowaniem Kościoła, brakiem jego przejrzystości oraz skutkami tegoż braku dla wspólnoty – również takimi jak rozwarstwienie majątkowe wśród księży czy ryzyko karierowiczostwa. Z wyzwaniem tym ściśle wiąże się kwestia hierarchicznych relacji władzy między klerem (zwłaszcza biskupami) a laikatem oraz niedopuszczanie świeckich do rzeczywistego współtworzenia Kościoła, a także uniemożliwianie im artykułowania swoich potrzeb. W szczególny sposób dotyczy to grup mniejszościowych (takich jak chrześcijanie i chrześcijanki LGBTQ) lub tych dopuszczanych do pełnego uczestnictwa w Kościele w stopniu jeszcze mniejszym niż ogół wiernych (jak kobiety). Kluczowy i znaczący problem stanowią również wspomniane niejasne relacje części Kościoła z władzą, w ramach których Kościół zarówno wykorzystuje państwo i niektóre siły polityczne dla swoich celów, jak i sam daje się rozgrywać politykom prawicy. Wreszcie, powtórzmy, olbrzymie wyzwanie stanowi nieumiejętność adekwatnego poradzenia sobie i prawdziwego rozliczenia się przez Kościół z przestępstw popełnianych przez księży oraz z ukrywania ich przez hierarchów i przełożonych, a także brak zgody Kościoła na wzięcie rzeczywistej, moralnej i finansowej, odpowiedzialności za powyższe.

###

Kościół w Polsce (a także, na wielu polach, Kościół powszechny) jest w kryzysie i wymaga gruntownych reform – nie małych poprawek, lecz generalnego remontu. To jednak wciąż nasz dom, z którego – jako środowisko – nie chcemy się wyprowadzać. Chcemy trwać w Kościele, wierząc, że zmiana jest możliwa, a chrześcijaństwo ma w sobie potencjał przemieniania świata na lepsze (więcej na ten temat pisze w swoim tekście Maria Rościszewska).

Znamy przewiny i wady naszej rodziny. Widzimy, że wynikają nie tylko ze słabości poszczególnych ludzi (również nas samych), ale też ze strukturalnych przyczyn dotyczących sposobu funkcjonowania Kościoła. Ich źródło dostrzegamy także w zbyt mało emancypacyjnym charakterze jego nauczania, szczególnie w wydaniu polskim. Mimo to wciąż wierzymy, że możliwe jest zatrzymanie pędu w stronę przepaści oraz zmienianie panujących w rodzinie stosunków.

Dlatego nie chcemy biernie przyglądać się temu, co się dzieje. Na kryzysy w rodzinie trzeba reagować, póki nie jest za późno. A żeby to zrobić, trzeba o nich otwarcie rozmawiać. Bez wbijania wzroku w talerz przy kolejnej tyradzie przyzwyczajonego do braku reakcji ojca. Bo to również nasz dom i nasza rodzina.

***

Dobry tekst? Pomóż nam pisać więcej! Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Zranieni w Kościele

Kusz: Nie ma sensu ciągle czekać na biskupów

Z nich zaś największa jest miłość