dwutygodnik internetowy
23.09.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kościele, bądź solidarny

Mógłbym powiedzieć, że na lewicę przywiodła mnie nie lektura Marksa, lecz Ewangelii. Krzywię się jednak, ilekroć wspominam Emmanuela Mouniera, który umarł w jednej ręce trzymając Biblię, w drugiej zaś tom „Kapitału”.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

 

Parafrazując nikaraguańskiego księdza rewolucjonistę Ernesto Cardenala, mógłbym powiedzieć, że na lewicę przywiodła mnie nie lektura Marksa, lecz Ewangelii. Krzywię się jednak, ilekroć wspominam Emmanuela Mouniera, filozofa skądinąd bardzo mi bliskiego, który – jak wieść gminna niesie – umarł w jednej ręce trzymając Biblię, w drugiej zaś trzeci tom „Kapitału”.

 

Nie żeby szczególnie gorszyło mnie godzenie chrześcijańskiego przepowiadania z elementami analizy marksistowskiej. Rzecz w tym, że bycie chrześcijaninem i bycie człowiekiem politycznej lewicy to dwa różne porządki, które trudno równoważyć, nawet w dłoniach umierającego personalisty.

 

Od Sławomira Sierakowskiego, szefa „Krytyki Politycznej”, usłyszałem niedawno, że jego zdaniem lewica stanowi tylko pewną korektę chrześcijaństwa. Ja tymczasem sądzę, że – przeciwnie – lewica i prawica to konstrukty zbudowane na motywach wybranych wątków tradycji chrześcijańskiej, w jakimś sensie ją zubożające. Chrześcijaństwo, które pozostaje wierne swojej antropologii, nie potrzebuje takich korekt. Jeśli jednak – nie bez ironicznego dystansu – upieram się przy swojej „katolewicowej” orientacji, to dlatego, że uważam, iż społeczny wymiar nauczania i praktyki duszpasterskiej polskiego Kościoła został w znacznym stopniu zagubiony, ustępując miejsca formowaniu indywidualnej, by nie powiedzieć: indywidualistycznej, pobożności.

 

Być człowiekiem „katolewicy” znaczy akcentować naszą słabość, naszą zależność od innych ludzi (znacznie chyba większą niż ta, której lękamy się w naszych snach o potędze), nasze uwikłanie w historię i kulturę, w polityczne i ekonomiczne struktury społeczeństw, w których przyszło nam żyć. Być człowiekiem „katolewicy” znaczy rozumieć, że – wbrew wpływowej dziś również w Kościele neoliberalnej antropologii – nasza wolność i odpowiedzialność nie mają charakteru abstrakcyjnego, lecz muszą zostać osadzone w horyzoncie międzyludzkiej solidarności; znaczy również wspierać powstawanie mechanizmów, które uchowają nas od myślenia o tej solidarności w kategoriach jałmużny intensyfikującej zjawisko podporządkowania jednego człowieka drugiemu. Być człowiekiem „katolewicy” znaczy wreszcie zdawać sobie sprawę z tego, że projekt uwolnienia człowieka od grzechu, niezakładający zarazem wyzwolenia integralnego, w tym również społeczno-ekonomicznego, jest ponurą fikcją.

 

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

 

„Człowiek, przede wszystkim słaby i krzywdzony, jest w duchowości lewicy przeżywany jako sacrum” – pisał Jacek Kuroń. Takiej właśnie, sakralizującej człowieka lewicy potrzebuje dziś skłonny do „przeduchowienia” ubóstwa i nierozpoznania grzesznych struktur Kościół, sam również przeorany bruzdą społecznego podziału. „Próba pobożnego ukrycia tego podziału pod fikcyjną i formalistyczną jednością […] to fałszowanie prawdziwego charakteru wspólnoty chrześcijańskiej pod pretekstem takiej religijnej postawy, która próbuje się sytuować poza doczesnymi uwarunkowaniami” – przestrzegał pół wieku temu teolog Gustavo Gutiérrez (przekład Jana Szewczyka). Wątpię, by podzielony świat mógł odnaleźć sakrament swojej jedności w nie mniej podzielonym Kościele.

 

Jakiego zaś Kościoła potrzebuje bardziej dziś kulturowa niż społeczna lewica, z pasją nieraz produkująca własne kręgi wykluczenia? Myślę, że jest to Kościół papieża Franciszka, troszczącego się o to, by różnego rodzaju „ubodzy” – młodociani przestępcy, którym umył nogi w Wielki Czwartek, mieszkańcy faveli, do których mówił w Rio, dyskryminowani homoseksualiści, od osądzania których ostatnio się odżegnał, ale też (dlaczego nie?) słuchacze Radia Maryja, o których nie zapomniał w swoich pasterskich pozdrowieniach – znaleźli się w samym centrum wspólnoty. Nie trzeba być teologiem wyzwolenia, by pokazywać swoim życiem, że ubóstwo Kościoła powinno polegać na rzeczywistej solidarności z ubogimi, na dzieleniu ich losu, a nie tylko – jak przekonuje tak krytyczny wobec „dziadostwa” abp Józef Michalik – na enigmatycznej „postawie duchowej”.

 

Tekst pierwotnie ukazał się w “Magazynie Świątecznym” (“Gazeta Wyborcza”, 23-24 sierpnia, 2013).

 

  • Jan

    Ciekawie Pan pisze, tak ciekawie, że aż się cieszę, aby kiedyś z Panem porozmawiać. I chyba tak będzie. Przez długi czas żyłem w Niemczech, i przez to widzę, że postawa katolewicowa to specificzna perspektywa, która w Niemczech nie ma takiej racji bytu, jak w Polsce. A może ma, tylką inną, mniej metafizyczną. Do widzenia.

    • Misza Tomaszewski

      Z największą przyjemnością.