dwutygodnik internetowy
13.02.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kontynent łysych lwów

Wolter przedstawiał Amerykę jako kontynent łysych lwów i głupich tubylców. Według Hegla miało to być miejsce bez historii. Inny europejski autorytet swoich czasów, Korneliusz de Pauw, twierdził, że za oceanem psy nie potrafią szczekać, a inne zwierzęta tracą ogony. Monteskiusz, Hume czy Bacon nie uznawali mieszkańców Nowego Świata za ludzi w pełnym wymiarze tego słowa.

ilustr.: Wojciech Pawliński

ilustr.: Wojciech Pawliński

Tekst pochodzi z 32. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Kobiety w Kościele”.

Teraz mówimy: Ameryka Łacińska to egzotyka, ubóstwo i przemoc. W skrócie: Trzeci Świat. Kraje rozwijające się albo – jak dobitniej wyraża się literatura hiszpańskojęzyczna – paises subdesarrollados, czyli kraje niedorozwinięte. Powód? Wszyscy świetnie go znamy: wiadomo przecież, że „Latynos jest leniwy”. W zasadzie niewiele się zmieniło. Wolter nie wpadł na to, że „łyse lwy” to inny, nieznany mu gatunek kotowatych (konkretnie: puma). Nam najczęściej nie przychodzi do głowy, że historia ekonomiczna i polityczna w Nowym Świecie toczy się w nieco innych warunkach niż na Starym Kontynencie. W szczególności wydarzenia ostatnich dwóch stuleci za oceanem pokazują, że naród można utworzyć na drodze decyzji czysto ekonomicznych oraz że niepodległość państwowa takich nowych tworów społeczno-politycznych nie musi wcale okazać się pożyteczna dla ogółu.

1.

W ślad za Krzysztofem Kolumbem, który odkrywa Nowy Świat europejskim oczom, za ocean wyruszają hordy spadkowiczów z pierwszej ligi awansu społecznego z Półwyspu Iberyjskiego. Bezrobotni rycerze i niepierworodni szlachcice na wychudzonych szkapach rodem z powieści łotrzykowskich stają się za oceanem pełnowymiarowymi seniorami. Żyją z kopalń, hacjend i trybutów ściąganych z miejscowej ludności. Eksportują metale szlachetne, kakao, tytoń czy kauczuk. Importują produkty przetworzone, a także reżim feudalny i niewolnictwo (chociaż trzeba przyznać, że wielkie cywilizacje Ameryki nie rządziły się zasadami dużo bardziej humanitarnymi niż te przywleczone z Europy). Źródłem zysku i statusu staje się fakt posiadania. Szlachcic hiszpański – i w konsekwencji: amerykański – zachowywał godność, póki sam własnoręcznie nie parał się pracą.

Pomimo że Hiszpania ustanowiła formalny monopol handlowy z Nowym Światem, w praktyce staje się jedynie pośrednikiem między Ameryką a przemysłem angielskim, włoskim czy francuskim. Jednocześnie środkami legislacyjnymi Korona zapewniła sobie rynek zbytu na własne produkty. Jak? Na przykład zakazuje rozwoju rzemiosła czy nawet – jak w XVII wieku – sadzenia drzew oliwkowych. Regionom Ameryki, które produkują wina, zabrania się sprzedawać je innym częściom Nowego Świata, tak by te ostatnie zaopatrywała sama metropolia.

W ten sposób podbita przez Europejczyków Ameryka Łacińska staje się jednocześnie najbardziej zacofanym i najbardziej nowoczesnym regionem świata. Zacofanym, bo stosunki społeczne przypominają zakonserwowany średniowieczny feudalizm z domieszką starożytnego niewolnictwa. Nowoczesnym, bo to Nowy Świat jako pierwszy dowiaduje się na własnej skórze, co oznacza globalizacja. Kolonialna produkcja z definicji przeznaczona była na eksport i wzbogacanie się wąskiej elity posiadaczy. Ta sama wąska elita miała z tego tytułu zyski wystarczająco obfite, by zaopatrywać się w zbytki w Europie. Dla najzamożniejszych obywateli kolonii rozwój przemysłu we własnych wicekrólestwach i kapitaniach był nie tylko formalnie zakazany, ale i niepotrzebny. Dlatego podczas gdy przemysłowcy z Anglii, Francji czy Niderlandów dokonywali akumulacji pierwotnej Karola Marksa kosztem Nowego Świata, w tym ostatnim – za pomocą niewidzialnej ręki rynku Adama Smitha – utrzymywało się socjoekonomiczne status quo.

2.

Struktura ekonomiczna kontynentu uwidacznia się jaskrawo w końcowym rozrachunku wojen o niepodległość. Zbrojne powstania wybuchają nie do końca w imię wolności narodu wenezuelskiego, urugwajskiego czy boliwijskiego. Należy przede wszystkim mieć na uwadze, że w XIX wieku kraje Ameryki Łacińskiej nie odzyskują niepodległości: te kraje powstają. Eksporterzy surowców nie chcą płacić więcej podatków Koronie, pragną swobody w handlu zagranicznym. Tymczasem pod koniec XVIII wieku Hiszpania usiłuje reformować porządek kolonialny: centralizuje administrację i ogranicza kontrabandę, na czym podwójnie – politycznie i ekonomicznie – traci elita regionu. Jakby tego było mało, pojawiają się pierwsze próby legislacyjne rozluźnienia stosunków społecznych. Panowie tracą część przywilejów, chłopi zyskują pewne udogodnienia: znosi się trybuty i pracę przymusową, nadaje ziemię. Wojny o niepodległość wybuchają przede wszystkim w ochronie interesów oligarchii. Stąd, jeśli chcemy nazwać wydarzenia rozgrywające się na początku XIX wieku w Ameryce Łacińskiej „rewolucją”, musimy przyznać, że chodziło o rewolucję konserwatywną.

Dogodną sytuacją polityczną okazuje się interwencja napoleońska na Półwyspie Iberyjskim w 1808 roku. Już w rok później zaznacza się kultywowana w Ekwadorze jako Dzień Niepodległości data 10 sierpnia. Lokalna elita ze stołecznego Quito publikuje manifest, w którym… ślubuje wierność obalonemu przez Napoleona Ferdynandowi VII Hiszpańskiemu i Kościołowi Katolickiemu. Niepodległość? Stołeczna arystokracja proponuje projekt niezależności nie tyle od Madrytu, co od Bogoty i Limy. Liczy, że gdy król Ferdynand wróci do władzy, w zamian za wierność przyzna „rebeliantom” upragniony awans Królewskiej Audiencji Quito do miana wicekrólestwa. Mało tego, ekonomiczno-polityczne plany 10 sierpnia – skupiające się na ożywieniu handlu w portach Pacyfiku – były odległe nie tylko niższym klasom społecznym, ale i interesom pozostałych regionów administrowanych z Quito: praktycznie żaden z nich nie udzielił wsparcia „powstańcom”. Bolívar w liście do Santandera następująco opisywał ówczesny Ekwador: „Pasto, Quito, Cuenca i Guayaquil to cztery potencje wzajemnie sobie wrogie, każda chce dominować nad pozostałymi, ale żadna nie dysponuje wystarczającą siłą ku temu, ponieważ wewnętrzne namiętności dezintegrują je od środka”. Jeśli zaś chodzi o wspólnotę narodową między różnymi klasami społecznymi, historyk Manuel Chiriboga tak rozpoczyna opracowanie dotyczące układu sił w czasach wojen o niepodległość: „Niniejszy tekst miał być skoncentrowany, początkowo, na cechach grup regionalnych posiadaczy ziemskich i niewielkich centrów handlu, które w 1830 roku można by uznawać za rzeczywiste siły społeczne wspierające nowy ustrój republikański. W trakcie badań stało się jasne, że owe sektory nie miały wspólnych interesów […] i nie były zainteresowane tworzeniem zintegrowanych struktur społecznych i w konsekwencji: państwa narodowego. [W tym świetle] Ekwador staje się swego rodzaju «przypadkową przestrzenią geograficzną», w której znajdowały się omawiane frakcje”.

3.

Na początku drogi od syna kolonialnej oligarchii ziemskiej do wyzwoliciela połowy kontynentu Simón Bolívar popełnia dokładnie ten sam błąd, co powstańcy z Quito. Zapomina mianowicie, że dla przeważającej większości mieszkańców kontynentu sprawą pierwszorzędną nie jest wolność kolonii od zwierzchności Korony, a wolność osobista: wolność niewolników od ich właścicieli, wolność chłopów od ich panów. Bolívar dowiaduje się o tym w sposób bardzo bezpośredni: podejmuje wojnę o niepodległość na czele lokalnych elit i przegrywa zmieciony falą zepchniętych na margines wiejskich mas, ludności rdzennej i czarnych pracowników plantacji, którym przewodzi José Tomás Boves.

Konkwistadorzy płynęli za ocean bez żon: fakt nie bez znaczenia dla współczesnego kształtu społeczeństwa latynoamerykańskiego. Mieszanie ras rozpoczęło się w związku z tym na samym początku europejskiej dominacji w Nowym Świecie. Dodatkowo owe żony konkwistadorów wielokrotnie przypływały w ślad za nimi, a wówczas lokalne kobiety odchodziły w odstawkę. Ich synowie, bękarci o półszlacheckiej krwi, rodzili się z poczuciem niesprawiedliwości: pochodzili od białych, ale nie cieszyli się podobnymi przywilejami. Analogicznie biali urodzeni już w Nowym Świecie chowali ostry resentyment do białych urodzonych w Europie, bo wyłącznie tym ostatnim przypadały wysokie stanowiska w administracji kolonialnej. Na samym dole piramidy klasowej stali afrykańscy niewolnicy i ludność rdzenna, uciskani przez całą resztę. Dlatego grupa białych posiadaczy ziemskich i eksporterów podnosząca rękę na reżim kolonialny, który właśnie zaczął udzielać prawnych koncesji w kierunku kolorowych mas, nie wzbudził niczyjego zaufania. Przeciwnie, wiejska biedota masowo wstępowała w szeregi rojalistycznego oddziału Bovesa. „Legion Piekieł” – jak szybko zaczęto go nazywać – siał popłoch, szabrując doszczętnie kolejne majątki ziemskie patriotów. Niewolnicy i chłopi bez ziemi dokonywali zemsty na panach i czasem po raz pierwszy w życiu dorabiali się własnych koszul czy butów. Boves ogłaszał wolnymi uczestników pacyfikacji powstańców Bolívara. Według różnych szacunków oddział zgromadził od dziesięciu do blisko dwudziestu tysięcy ochotników i walnie przyczynił się do upadku Drugiej Republiki.

Pokonany Bolívar na uchodźstwie trafia na Haiti. Alexandre Pétion, prezydent wyzwolonego w 1804 roku wyspiarskiego państwa, udziela mu broni i trzystu ochotników do kolejnej próby wyzwolenia Wenezueli. Ale nie pomoc militarna okazuje się najważniejsza. Poznając realia republiki byłych czarnych niewolników i konwersując z Petionem, Bolívar pokonuje własne uprzedzenia rasowe. 10 maja 1816 roku pisze w liście do Santandera: „Wydaje mi się szaleństwem, że prowadząc rewolucję w imię wolności, usiłuje się utrzymać niewolnictwo”, a dopływając trzy tygodnie później do wenezuelskich wybrzeży w Carúpano, ledwie dotknąwszy stopą stałego lądu swej ojczyzny, deklaruje wolność osobistą wszystkich jej mieszkańców.

Haiti i Carúpano zaznaczają przełom w wojnach o niepodległość Ameryki Łacińskiej. To od tego momentu rozpoczyna się zwycięski marsz Bolívara na czele żołnierzy i ochotników wszelkich ras i kolorów, który kończy się w roku 1824 w Ayacucho. Bitwa dowodzona osobiście przez José Antonio de Sucre pieczętuje niepodległość ziem, które dziś znamy jako Wenezuelę, Kolumbię, Panamę, Ekwador, Peru i Boliwię.

ilustr.: Wojciech Pawliński

ilustr.: Wojciech Pawliński

4.

Ukłon Bolívara w stronę „klas gorszych” nie był tylko politycznym wybiegiem na zyskanie zaufania mas. W prawodawstwie i konstytucjach kolejno wyzwalanych regionów zawsze stara się gwarantować prawa „kolorowych” na równi z „białymi”. Ponadto świadomy słabości politycznej i gospodarczej poszczególnych regionów – zajmujących się zazwyczaj eksportem jednego czy dwóch surowców – forsuje ideę jedności Ameryki Hiszpańskojęzycznej, byłoby to w formie jednego państwa lub konfederacji. Rzeczywiście, jeśli przypatrzeć się sprawie z dystansu, nie widać większego sensu w dzieleniu kontynentu na pęczek oddzielnych państw. Od Wenezueli przez Peru po Argentynę: wszystkie kraje cechuje w gruncie rzeczy jedna historia, jeden język i jedna religia. Współczesne granice pokrywają się w przeważającej mierze z granicami administracji kolonialnej, narzuconej bez większego oparcia w geografii czy zasięgu wpływów poszczególnych narodów rdzennych.

Ani idee równości, ani projekt jedności latynoamerykańskiej nie mógł podobać się elitom dawnych kolonii. Latyfundyści, burżuazja portowa i właściciele kopalń, ledwie uzyskawszy niepodległość od Hiszpanii, zabrali się za odzyskiwanie własnych przywilejów i wpływów regionalnych. Nie po to czekali długie lata, cierpiąc rządy Hiszpanów, by teraz dzielić się władzą z sąsiadami! Krążyło powiedzenie: „Wyzwolić się od Wyzwolicieli”. Dopiero co wynoszony pod niebiosa Bolívar-Libertador szybko stał się ofiarą szykan, pamfletów prasowych, a nawet zamachów. W obawie o własne życie i by zapobiec ewentualnej wojnie domowej, opuszcza Bogotę i umiera w niejasnych okolicznościach w Santa Marcie. Krótko przedtem Sucre pada z ręki morderców wysłanych przez stronnictwo regionalisty Santandera. Bolívar zdąży przed własną śmiercią napisać mu w epitafium: „Sucre, okrutna kula, która raniła twoje serce, zabiła Kolumbię (przyp. red.: chodzi o Wielką Kolumbię, obejmującą terytorium dzisiejszej Panamy, Kolumbii, Wenezueli i Ekwadoru) i mnie samemu życie odebrała […]”. Podobny los spotyka wyzwolicieli i zwolenników jedności latynoamerykańskiej z regionu La Platy: Artigas i San Martin umierają na wygnaniu, Monteagudo zostaje zamordowany. Nie tylko Wielka Kolumbia, ale i cały kontynent rozpada się pod ciśnieniem lokalnych interesów. Nowe narody rodzą się wokół produktów eksportowych sprzedawanych za ocean: wołowina z Argentyny, bawełna z Peru, kakao z Ekwadoru, kawa z Kolumbii. Ale to oczywiście interes jedynie najwyższych klas społecznych: dla niższych niepodległość oznacza ten sam lub nawet sroższy niż za czasów kolonii reżim feudalny. W Boliwii nie minęło nawet pięć lat, nim elity obaliły wolnościową konstytucję autorstwa Bolívara i przywróciły niewolnictwo.

5.

Za radą angielskich emisariuszy generał Paez odrywa Wenezuelę od Wielkiej Kolumbii, rozpoczynając rozpad tej ostatniej. W Bogocie triumfują regionaliści Santandera, jeszcze niedawno wygnanego z kraju za inspirowanie zamachu na Bolívara. Na południu prowincje argentyńskiego interioru walczą o niepodległość przeciw skrajnej centralizacji handlowców z Buenos Aires. Na dłuższą metę udaje się to Paragwajowi. Urugwaj powstaje jako pomysł brytyjskiej dyplomacji z Montevideo w roli niezależnego portu w stylu hanzeatyckim. Naród boliwijski to rezultat kalkulacji właścicieli kopalń z prowincji zwanej Alto Perú (Górne Peru). Naród panamski – przykład lepiej znany – rodzi się na życzenie Stanów Zjednoczonych, dążących do budowy kanału międzyoceanicznego. Zjednoczony walką o niepodległość kontynent rozmienia się na dwadzieścia nowych krajów o gospodarkach monoeksportowych, wyjątkowo łatwych do manipulowania przez siły zewnętrzne.

Jeszcze zanim Nowy Świat wkroczył w erę niepodległości, o ten obiecujący, terytorialnie przepastny rynek zbytu rozpoczął się wyścig potęg przemysłowych, przede wszystkim Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. W XIX wieku wyspiarze okazali się bezkonkurencyjni, ich kuzyni z Ameryki Północnej przejęli inicjatywę w wieku XX. Jedni i drudzy dokładali starań, by za oceanem utrzymało się społeczne i ekonomiczne status quo. Nie było to specjalnie trudne: wysokie zyski z surowców wystarczały z nadwyżką na utrzymanie administracji nowo powstałych krajów i królewskie życie oligarchii eksportowej. Kolejne próby zjednoczenia – iberoamerykański kongres w Panamie czy projekt jedności środkowoamerykańskiej kierowany przez generała Barriosa – torpedowano szybko i sprawnie. Zaczęła nabierać siły idea wolnego rynku. Rzecz jasna rynek miał być wolny tylko w Ameryce Południowej, podczas gdy Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania rosły w siłę dzięki ostremu protekcjonizmowi. Rzeczywiście, o ile dzisiaj wolny rynek jest z zastanawiających przyczyn ekonomiczną oczywistością, trudno znaleźć w historii przykład kraju, który zbudowałby produktywną potęgę gospodarczą na znoszeniu własnych barier celnych. Latynoamerykańskie elity chętnie zmieniły w ten sposób podległość Hiszpanii na zależność od potęg przemysłowych. Tak wielki był ku temu entuzjazm, że Argentyna zgłosiła nawet życzenie bycia anektowaną przez Wielką Brytanię. XX wiek w Ameryce Południowej inkrustują z kolei interwencje Stanów Zjednoczonych, polegające na wspieraniu prawicowych dyktatorów oraz inspirowanie czy przeprowadzanie przewrotów przeciw politykom o lewicowych poglądach. W niesławnej „Escuela de las Americas” instruktorzy z Waszyngtonu uczą służby bezpieczeństwa z całego kontynentu sztuki tortur.

„Jedność, jedność, albo pożre nas anarchia” – powtarzał Bolívar. I nikt go nie słuchał. W konsekwencji „Pierwszy Świat” zagwarantował sobie rynki zbytu na towary przetworzone i tanie źródło surowców do ich produkcji. „Trzeci Świat” natomiast konserwował się w strukturze społecznej i ekonomicznej rodem ze średniowiecza. Niewiarygodne? Nie tak bardzo: na przykład w Ekwadorze pańszczyznę zniesiono dopiero w 1964 roku (sic!).

6.

Historia ekonomiczna dawnych kolonii świetnie odbija się w ich miastach. Przygniatająca większość stolic Ameryki Południowej to porty, które wyrosły na eksporcie surowców, jak Buenos Aires, Lima czy Montevideo. Stolice Ekwadoru i Brazylii nie leżą nad morzem, ale ich największe miasta to odpowiednio Guayaquil – port – i São Paulo. Rozwój tego ostatniego wiąże się z bliskością portu w Santos, tak jak i nie byłoby Santiago de Chile bez sąsiedniego Valparaíso, Caracas bez La Guairy czy Walencji bez Puerto Cabello. Dwa najuboższe kraje kontynentu to dokładnie te bez dostępu do morza: Boliwia i Paragwaj. Stolica tego ostatniego – Asunción – to port rzeczny. Wyjątek na skalę kontynentu stanowią Bogota i Medellín, największe i śródlądowe miasta Kolumbii. José Sosa podaje, że tereny tego kraju w czasach kolonii charakteryzowała – niespotykana w innych regionach – przewaga produkcji na rynek wewnętrzny nad eksportem. Dawniej głównymi partnerami handlowymi Ameryki Łacińskiej była Hiszpania, następnie Wielka Brytania, dzisiaj – Stany Zjednoczone (zależność tak w imporcie, jak i eksporcie sięgająca nawet 50 procent wartości wymiany – przypadek Ekwadoru czy Kostaryki). Lądowe przejścia graniczne zaskakują pustką: handel między sąsiadami jest szczątkowy.

Mówi się o Ameryce Łacińskiej jako o kontynencie ubóstwa: wersja pielęgnowana najstaranniej przez samych mieszkańców regionu i to nie tych najbardziej potrzebujących. Ostrzegają nas przed niebezpieczeństwami faweli w Rio de Janeiro, wyciągają palce w kierunku caracaskiego Petare – miejsc tak gorliwie dokumentowanych przez fotografów największych agencji informacyjnych z całego świata. Zastanawiające, że ci nigdy nie zagłębiają się w równie przepastne dzielnice willi z basenami. Tłumaczę sobie, że uzbrojeni strażnicy i druty pod napięciem zabroniły im wejścia.

Ameryka Łacińska to przede wszystkim kontynent nierówności. Indeksy Giniego wyliczane za oceanem należą do najwyższych na świecie. Zgoda: biedni są bardzo biedni, ale i bogaci są bardzo bogaci. To bezpośredni spadek po ostrej różnicy ekonomicznej między posiadaczami ziemskimi i eksporterami surowców a szarą masą robotników niewolniczych i półniewolniczych. Stąd w Ameryce Południowej tak łatwo o to, by na miejskim skrzyżowaniu spotkał się najnowszy model lexusa z konną bryczką powożoną przez bosego dzieciaka, a nawet w domach klasy średniej służba czy choćby sprzątaczka okazuje się elementem standardowego wyposażenia. Jedni latają na zakupy do Miami, inni co dzień jedzą ryż z parówką. Jeden ma całą dolinę obsadzoną trzciną cukrową. Reszta stawia rachityczne chatki na wąskim pasie między drogą a brzegiem rzeki. Gdy siadają przed domem, stopy mają na asfalcie.

Właściciel wspomnianego lexusa chętnie poprze w wyborach neoliberałów, by ci akceptowali wszystkie złote rady Międzynarodowego Funduszu Walutowego i aplikowali coraz szersze otwarcie rynkowe. W ten sposób będzie można nadal bez problemów sprzedawać olej palmowy na biopaliwa i kupować tanio produkty ze Stanów Zjednoczonych i Europy. Powożący bryczką zagłosuje raczej na kogoś pokroju Fidela Castro czy Evo Moralesa, wierząc, że wreszcie uzyska choćby prawo do darmowej edukacji. W Ameryce Południowej nie ma polityków umiarkowanych, bo nie byłoby dla nich elektoratu. Mówią, że jest niebezpiecznie? A jak może być w społeczeństwie ufundowanym na przemocy kolonizatorów, gdzie nigdy nie doszło do rzeczywistej rewolucji politycznej i gospodarczej na szeroką skalę, a wrogość między klasami społecznymi cementują nierówności ekonomiczne i nierówność wobec prawa? Gdy w krajach produkujących kakao nie można kupić czekolady? A czy może być inaczej, jeśli te same kraje mają w metrykę chrztu wpisany eksport surowców jako ojca i wolny rynek jako matkę?

W Nikaragui jadłem angielską czekoladę. W Salwadorze piłem kawę ze Szwajcarii. W Ekwadorze trafiłem natomiast na najbardziej może ironiczne epitafium na grobie projektu jedności latynoamerykańskiej, który promowali Simón Bolívar i José de San Martin. Projektu, który przeciwstawiał się podziałowi kontynentu na pseudorepubliki kierowane przez surowcowych monoeksporterów, kupujących towary przetworzone za granicą. W 1822 w Guayaquil doszło do jedynego w historii spotkania Wyzwoliciela Północy z Wyzwolicielem Południa. Przeszło sto lat później powstał pomnik upamiętniający to wydarzenie. Napis na tablicy informacyjnej głosi, że statua przedstawiająca postaci Bolívara i San Martina jest autorstwa artysty katalońskiego i odlano ją w Europie.