dwutygodnik internetowy
2.07.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Konstytucja dla nauki zagraża autonomii uniwersytetów w Polsce

Specyfika uniwersytetu powoduje, że na jego „produkty” nie ma i nie może być „popytu”, ponieważ unikalnym efektem jego działalności są radykalne innowacje i radykalna krytyka, na ogół w perspektywie krótkiego okresu niezlecane przez żadne zewnętrzne ośrodki, a bywa że i przez nie niepożądane. Bez autonomii uniwersytetu zamiera autentyczna nauka, a zaczynają triumfować ideologie i wątpliwej jakości produkcja komercyjna.

ilustr.: Aleksandra Fabia-Tugal

ilustr.: Aleksandra Fabia-Tugal

 

Dalsze istnienie akademii znów jest zagrożone i to nie tylko w Polsce. To sprawa o wiele ważniejsza niż tylko schyłek bastionów „mędrców i pięknoduchów”. Dla społeczeństw zmierzch uniwersytetu byłby zanikiem wszelkich poważnych alternatyw, „planów B”, przestrzeni dla rygorystycznego, lecz jednocześnie odważnego intelektualnie poszukiwania dróg rozwoju, nowych możliwości, sposobów radzenia sobie ze szczególnie złożonymi problemami.

Akademia jest jedną z najstarszych wciąż istniejących instytucji społecznych. Jej europejskie tradycje prowadzą od starożytnej Grecji, poprzez średniowieczne studia generalia, uniwersytety epoki oświecenia, uniwersytet braci Humboldtów, aż do uniwersytetów współczesnych. A to tylko wycinek jej dziejów, ma ona bowiem co najmniej równie stare korzenie w innych częściach świata. Zajmuje się poszukiwaniem prawdy, piękna, nowych idei i wynalazków – bytów wysoce ulotnych i niepewnych – a więc z definicji częściej błądzi, niż znajduje. Uniwersytet nie produkuje ani nie wytwarza w taki sam sposób jak inne organizacje, a więc nie jest miejscem pracy jak każde inne. Wymaga poświęcenia, powołania, niezwykłej cierpliwości, długoletniego i nieliniowego zdobywania umiejętności. Uczeni nie wiedzą i nie mogą wiedzieć, jakie mają być efekty ich pracy. Działalność na uniwersytecie jest aktywnością twórczą i jednocześnie poszukującą (w sposób systematyczny, ale oparty na zasadach, które tylko po części dadzą się opisać); pracą, w której mistrzostwo wymaga wpierw opanowania zasad do perfekcji, a następnie wzniesienia się ponad nie, jak opisywali to w swoim modelu zdobywania umiejętności bracia Stuart i Hubert Dreyfusowie.

Wyspa Poszukiwań

Potrzebne są do tego specyficzne warunki, których nie może zapewnić urząd ani korporacja. Dlatego przez wieki uniwersytety były wyspami odmienności na oceanie życia społecznego, gospodarczego i politycznego. Uczeni byli w pewnym sensie ekscentrykami, ich pracę często otaczał nimb tajemnicy. Zarazem przez setki lat cieszyli się szacunkiem i zaufaniem społeczeństwa. Nie było to bezpodstawne, ponieważ uniwersytet był jedyną stałą instytucją społeczną, której powierzano rolę buforu wobec przyszłości i niepewności. Uniwersytet nie tylko rozwiązywał problemy ze sfery techniki i nauk ścisłych, ale przede wszystkim stanowił obszar kontaktowy świata bieżącego i świata możliwego. W szczególności tę ważną i niewymierną rolę pełniła najstarsza część uniwersytetu, czyli humanistyka.

Uważamy, że jest to zadanie podobne do funkcji, jaką spełnia las. Puszcza sama w sobie przydaje się nam w sposób dość banalny – jako źródło drewna, a zatem dochodów, jednakże eksploatowana tylko dla zdobycia zasobów, szybko traci swój naturalny charakter. Za to w wymiarze systemowym jest unikalna i bezcenna jako zielone płuca całych obszarów geograficznych, bufor chroniący przed katastrofą ekologiczną wywołaną przez człowieka. Jeśli zapewnimy jej bezpieczeństwo, będzie w tej roli niezwykle trwała. Bardzo podobnie działa akademia – jako „przedsiębiorstwo wyższej edukacji” może być dochodowa, na co wskazuje przykład uniwersytetów brytyjskich, ceną jest jednak likwidacja jej tożsamości. Tożsamości, która sprawia, że jako część systemu akademia jest bezcenna: stanowi ideowe płuca świata ludzi, kultur, gospodarek, ustrojów. Podobnie jak puszcza, uniwersytet jest samoregulującym się środowiskiem, swoistym ekosystemem, heterotopią, czyli miejscem opartym na innych zasadach niż otoczenie. Umożliwia to życie i funkcjonowanie wielu różnorodnych elementów, spośród których jedne mogą nas zachwycać, a inne wywoływać odrazę.

Zwłaszcza w czasie suszy las nie stanowi pięknego widoku, tak jak akademia w czasie przeciągającego się drastycznego niedofinansowania. (Pamiętamy, że gdy zaczynałyśmy pracę dekady temu, mówiło się, że jest fatalnie w kwestiach finansowych i że musimy poczekać dziesięć lat na poprawę… Która nie nastąpiła, natomiast kolejne udogodnienia, takie jak zniżki na bilety komunikacji miejskiej, PKP, ulgi podatkowe i tak dalej, były systematycznie likwidowane). Polskie uniwersytety cierpią obecnie także z powodu wielu innych problemów. Jednym z nich jest „uczelniany feudalizm”, na który antidotum ma być ustawa Jarosława Gowina. Zgadzamy się, że problem istnieje, proponujemy jednak zgoła inne podejście do jego rozwiązania.

Potrzeba autonomii

Warunkiem działania zgodnego z tożsamością uniwersytetu jest jego autonomia. Często stanowi ona ideał rozumiany zgodnie z XIX-wieczną tradycją Lehrfreiheit und Lernfreiheit w modelu uniwersytetu Humboldtów. W tej tradycji państwo nie powinno ingerować w wewnętrzne sprawy uczelni. W praktyce jednak ograniczenia istnieją. Po pierwsze, uniwersytety działają na podstawie środków publicznych, także tych pozyskiwanych z budżetu państwa, więc rząd ma moralne prawo i obowiązek interesowania się, na ile pieniądze te wydatkowane są zgodnie z przeznaczeniem. Po drugie, uczelnie muszą brać pod uwagę ogólne warunki swojego działania, a te ulegają częstym zmianom. Zwłaszcza w ostatnich dekadach wielkim interesariuszem stał się biznes, oczekujący od uniwersytetów konkretnych produktów: odpowiednio kształconych absolwentów, innowacji technologicznych i społecznych, ekspertyz i raportów na tematy, które trudno jest zbadać prywatnym ośrodkom, działającym na zasadach komercyjnych. Po trzecie, uniwersytety powinny brać pod uwagę potrzeby społeczeństwa, w którym i z którego żyją. W praktyce więc poziom autonomii jest we współczesnej Europie bardzo zróżnicowany. Kompleksowy raport badawczy o wolnościach akademickich, opublikowany w maju 2017 roku przez brytyjskich naukowców Terence Karran i Lucy Mallinson, pokazał, że uniwersytety europejskie (z wyjątkiem brytyjskich uczelni tworzonych po 1992 roku) działają na podstawie aktów krajowych, które określają zasady realizowania autonomii.

Pomimo pokus, by ograniczyć autonomię uczelni publicznych, nadal jest ona jednak ważną wartością w Europie. Została jasno wyrażona w Magna Charta Universitatum w roku 1988 w Bolonii przez 80 europejskich uniwersytetów. Charta stanowi między innymi, że „swoboda badań naukowych i kształcenia jest podstawową zasadą działalności uniwersytetów, a rządy i uniwersytety – w ramach posiadanych uprawnień i możliwości – muszą zapewniać poszanowanie tej fundamentalnej zasady”. UNESCO podjęło pierwszą międzynarodową próbę zdefiniowania wolności akademickich w tak zwanych Recommendation. Wyróżniono cztery filary tej autonomii:

  1. autonomię instytucjonalną, czyli samorządność niezbędną „do skutecznego podejmowania decyzji przez instytucje szkolnictwa wyższego w zakresie ich pracy naukowej, standardów, zarządzania i powiązanych działań” (pkt 17);
  2. osobiste prawa i wolności akademików („prawo, bez ograniczania przez jakąkolwiek doktrynę, do wolności nauczania i dyskusji, swobody w przeprowadzaniu badań, rozpowszechniania i publikowania ich wyników, wolności do wyrażania swobodnie swojej opinii na temat instytucji lub systemu, w którym pracują, wolności od cenzury instytucjonalnej i swobody uczestniczenia w profesjonalnych lub reprezentatywnych organach akademickich” (pkt 27);
  3. samodzielne rządy i kolegialność („personel dydaktyczny wyższej kadry powinien mieć prawo i możliwość […] udziału w organach zarządzających […] przy jednoczesnym poszanowaniu prawa innych sekcji społeczności akademickiej do udziału, i powinien również mieć prawo wyboru większości przedstawicieli do organów akademickich w ramach instytucji szkolnictwa wyższego. […] Kolegialne podejmowanie decyzji powinno obejmować decyzje dotyczące administrowania i określania polityki szkolnictwa wyższego, programów nauczania, badań, prac rozszerzających, alokacji zasobów i innych powiązanych działań” (pkt 31, 32);
  4. zasadę tenure, czyli stanowisk w strukturze uniwersyteckiej oznaczających stabilizację zawodową i ochronę zatrudnienia, „osiągalnych po rozsądnym okresie próbnym i po spełnieniu określonych obiektywnych kryteriów” (pkt 46).

Autonomia jest ważna, ponieważ jej naruszanie powoduje stagnację intelektualną, prowadzenie badań o niskiej wartości dla społeczeństwa i gospodarki. Specyfika uniwersytetu powoduje, że na jego „produkty” nie ma i nie może być „popytu”, ponieważ unikalnym efektem jego działalności (a więc takim, jakiego nie przynoszą inne organizacje, na przykład biznesowe czy administracyjne) są radykalne innowacje i radykalna krytyka, na ogół w perspektywie krótkiego okresu niezlecane przez żadne zewnętrzne ośrodki, a bywa że i przez nie niepożądane. Jednak w długim okresie to właśnie takie wytwory stanowią o zdolności systemów społecznych do zdrowego rozwoju. Bez autonomii uniwersytetu zamiera autentyczna nauka, a zaczynają triumfować ideologie i wątpliwej jakości produkcja komercyjna.

Autonomia jednak nie może być celem samym w sobie. Nie należy jej absolutyzować, nie posłuży to dobrze społeczeństwu i samym akademikom. Potrzebna jest więc autonomia odpowiadająca w swych skutkach obu tym siłom. Akademicy powinni budować i pogłębiać relacje z otoczeniem, przede wszystkim lokalnym: własnym krajem, własnym regionem. To właśnie tutaj mogą wnieść realny wkład, służyć społeczeństwu tam, gdzie najbardziej potrzebuje ono wsparcia w postaci użytecznych wyników badań naukowych i wysokiej jakości nauczania. Tylko w wyjątkowych wypadkach poszczególne uczelnie i uczeni faktycznie budują naukę światową. Natomiast ważne jest, by istniał żywy kontakt, wymiana myśli, współpraca pomiędzy regionami i granicami państwowymi, co także ogranicza autonomię, rozumianą jako autarkiczność, szczelne zamknięcie we własnych kręgach. Te wszystkie problemy należałoby zidentyfikować w nauce polskiej i w ramach okrągłych stołów nauki – wspólnie z przedstawicielami lokalnych środowisk – rozważyć, w jaki sposób podejść strategicznie do ich rozwiązania. Skorzystać można tu i należy z doświadczenia innych ekspertów, na przykład ze wspomnianego raportu UNESCO. Zagrożenia związane z odejściem od autonomii w stronę komercjalizacji uczelni najlepiej obrazuje przykład anglosaski.

Byt określa uniwersytet

Tendencję do ubiznesowienia uniwersytetów obserwujemy od lat 80. ubiegłego stulecia bardzo wyraziście w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii, w mniejszym zaś zakresie w kontynentalnej Europie. Te zmiany spowodowały spadek autonomii osobistej pracowników uczelni i obniżenie rangi organów kolegialnych. Zaczęto powoływać rady uczelni wzorowane na radach nadzorczych w komercyjnych spółkach i umniejszać znaczenie senatów lub komponować je z udziałem zewnętrznych interesariuszy. Dzięki długotrwałości tych procesów widoczne, dobrze zbadane i opisane są ich konsekwencje. Kraje anglosaskie w poszukiwaniu finansowania ze źródeł skłonnych je zapewnić, czyli od prywatnego biznesu i samych studentów (rozumianych jako klientów), doprowadziły swoje uniwersytety do bardzo powolnej metamorfozy zgodnej z żądaniami tych interesariuszy. Jest to nieuniknione, bo o strategicznym kształcie organizacji decydują w ostateczności twarde warunki definiujące byt i przetrwanie, a więc reguły finansowania, wyznaczając coraz bardziej realną i bezpośrednią władzę nad podejmowanymi działaniami. W przekonaniu wielu komentatorów tych zmian, na przykład profesora nauk zarządzania Martina Parkera czy antropologa Davida Graebera, jest to zmiana destrukcyjna, powodująca dramatyczny rozrost administracji kosztem innych grup pracowniczych. Dzieje się tak, ponieważ niekolegialny, a więc nieznający specyfiki uczelnianej pracy zarząd, pragnąc kontrolować działalność uczelni, zmusza naukowców do tłumaczenia wszelkich swoich działań na jedyny język, który rozumie, a więc system wskaźników i miar (pracownicy brytyjskich uczelni poświęcają na to w sumie więcej czasu niż na dydaktykę i pracę naukową). Warunki pracy i specyfika profesji akademickiej zostały w tych krajach w wielkim stopniu zniwelowane i zastąpione innymi systemami i strukturami, bardziej charakterystycznymi dla biznesu i administracji. Uniemożliwia to pracę autentycznie zaangażowanych w swoją profesję naukowców i dydaktyków.

Inne kraje, w tym skandynawskie, po nieudanej, acz intensywnej – w pojęciu coraz bardziej znaczących grup – próbie zreformowania uniwersytetu w kierunku anglosaskim, na różne sposoby starają się teraz odejść od tej ścieżki. W Szwecji na wielu uczelniach (między innymi najstarszej i największej w Uppsali i regionalnej, mniejszej, Södertörn w Huddinge) pracuje się nad nowymi formami zarządzania, opartymi na autonomii i kolegialności. Sami uczeni otrzymali warunki do pracy nad dostosowaniem swoich uniwersytetów do wymogów współczesności. Studia są bezpłatne dla studentów, a państwo poprzez system grantów indywidualnych i coraz częściej zbiorowych finansuje znaczną część badań naukowych.

Autonomia naszą siłą

Polska poszła odmienną drogą, interesującą i wartą poznania. Autonomia uniwersytetów uległa wzmocnieniu w naszym kraju po roku 1989, przynajmniej w aspekcie wykorzystywania możliwości rozszerzenia pola działania organów kolegialnych. Analizy przedstawione przez wspominanych wcześniej Karrana i Mallinson określają formalny poziom autonomii w Polsce na 54,5 punktu przy maksimum zdobytych 69 punktów (to przypadek Chorwacji) i średniej dla krajów unijnych 52,8 z odchyleniem standardowym 10,5 (niemałym!). Polski wynik jest sumą 10 na 20 punktów za zapis wolności akademickich w prawie krajowym (maksimum osiągnęła tu właśnie Chorwacja), 9,5 na 15 punktów za autonomię instytucjonalną (Finlandia), 12,5 na 14 punktów za prawo pracowników do samorządu (znowu Chorwacja), 5 na 20 punktów za stabilność zatrudnienia (Grecja) oraz 17,5 na 20 punktów za prawo autonomii wyrażone w akcie zasadniczym i w podpisanych międzynarodowych porozumieniach (Hiszpania i Portugalia).

W obecnym stanie prawnym poziom autonomii polskich uczelni mieści się zatem ponad średnią krajów członkowskich Unii Europejskich. Prawdopodobnie przyjęte ostatnio zmiany w prawie pracy, ograniczające umowy na czas określony, znacznie przyczyniły się do poprawy w zakresie stabilności zatrudnienia i obecnie poziom autonomii jest w Polsce nieco wyższy, niż wyliczyli to Karran i Mallinson. To ranking bardzo istotny z punktu widzenia rzeczywistych potrzeb i warunków pracy akademickiej; ranking, w którym nasz kraj zajmuje wysoką pozycję! Niestety, nasuwa się kolejny raz stare, nieszczęsne przysłowie: „cudze chwalicie, swego nie znacie…”. Czy naprawdę Polacy zawsze muszą iść tą drogą, czy nie możemy docenić, przygarnąć i jak najlepiej wykorzystać skarbów, które mamy? Wiedza na temat funkcjonowania uniwersytetów za granicą, warunków pracy na zagranicznych uczelniach i problemów, jakie się z tym wiążą, jest w naszym kraju w ogromnej mierze mityczna. Na przykład powyższy raport nie był, zgodnie z naszą wiedzą, szerzej cytowany ani dyskutowany.

Ustawa 2.0 wprost odnosi się do autonomii we wstępnym stwierdzeniu, że „obowiązkiem władzy publicznej jest tworzenie optymalnych warunków dla wolności badań naukowych i twórczości artystycznej, wolności nauczania oraz autonomii społeczności akademickiej”. Jednak w wymiarze autonomii instytucjonalnej ustawa proponuje nowe rozwiązanie w formie rady uczelni ze znacznym udziałem członków niebędących jej reprezentantami. W aktualnej wersji projektu (stan na 14 czerwca po II czytaniu ustawy) osłabiono kompetencje rad (w stosunku do pierwotnych planów), zachowując jednak ich stosunkowo szerokie uprawnienia, z których najważniejsze to opiniowanie projektu strategii uczelni i opiniowanie sprawozdania z jej realizacji; wskazywanie kandydatów na rektora po zaopiniowaniu przez senat; opiniowanie planu rzeczowo finansowego, zatwierdzanie sprawozdania z wykonania planu rzeczowo-finansowego; oraz zatwierdzanie sprawozdania finansowego. W obecnej obowiązującej ustawie art. 62 pkt. 3 w kompetencjach senatu uczelni wymienia: „Senat uczelni zatwierdza sprawozdanie finansowe uczelni zgodnie z przepisami o rachunkowości”. W ustawie 2.0 robi to rada uczelni. W efekcie proponowanych zmian wielkiemu osłabieniu ulegnie kolegialność jako podstawa partycypacji pracowniczej na uczelniach. Senaty będą pełniły funkcję konsultacyjną, rady dyscyplin zajmą się sprawami ściśle naukowymi, w tym nadawaniem stopni naukowych.

Kolejnym potencjalnym zagrożeniem dla autonomii może być wzrost uprawnień rektora, który może spowodować relatywne osłabienie pozycji pracowników uczelni w zakresie osobistych praw i wolności. Ustawa zawiera wiele zapisów, które nawet wskutek nieprzewidzianych konsekwencji mogą znacznie osłabić autonomię  pracowników badawczych i dydaktycznych oraz ich rzeczywiste prawo krytycznego wypowiadania się o systemie narzuconym ustawą. Przykładowo: rektor będzie decydował o istnieniu funduszu badań statutowych, a więc o ich finansowaniu podmiotowym, które to fundusze są obecnie ostatnim szańcem swobody badawczej. Art. 66 pkt. 4. obecnej ustawy głosi: „[Rektor] sprawuje nadzór nad administracją i gospodarką uczelni”. Obecnie w Ustawie 2.0 nadzór zamienia się w „prowadzenie gospodarki finansowej”.

Kolegialność zamiast centralizacji

Doświadczenia krajów takich jak Szwecja, gdzie podobne rady funkcjonowały przez jakiś czas, wskazują, że powoduje to erozję akademickich wartości, celów i integralności oraz znaczące poszerzenie wpływów natury politycznej i biznesowej. Przypomnijmy, że właśnie w Szwecji następuje ostatnio odwrót od tego scenariusza. Skandynawscy uczeni badają i dyskutują możliwości poszerzenia i dostosowania kolegialności do wymogów współczesnego świata, a liczne szwedzkie uniwersytety wdrażają w życie efekty tych poszukiwań. Niedawno ukazała się bardzo wysoko oceniana publikacja dwóch pań profesor z doświadczeniem kolegialnego kierowania instytucjami naukowymi, Ulli Eriksson-Zetterquist i Kerstin Sahlin – napisana w języku szwedzkim, co też jest odzwierciedleniem nowego trendu powrotu do lokalności w szwedzkiej nauce. Autorki proponują, by zarządzanie dostosowane było do specyfiki organizacji, argumentując, że forma kolegialna odpowiada organizacji, jaką jest uniwersytet (i inne nowoczesne organizacje wiedzy). Sam w sobie nie jest to model idealny, wymaga korekt i udoskonalania, jednak jego główne zasady, polegające na zaadaptowaniu podsystemu zarządzania do złożoności systemu zarządzanego (co jest zgodne z zasadą niezbędnej różnorodności Ashby’ego), jako jedyne gwarantują poszanowanie dla tożsamości uniwersytetu. To prawda, że będziemy mieć kolegialność taką, jakich mamy kolegów i koleżanki, ale w naszym doświadczeniu jest to obiecująca perspektywa. Należałoby do gremiów kolegialnych dopuścić faktycznych uczestników nauki polskiej, dotąd marginalizowanych, na przykład więcej przedstawicieli dydaktyki, młodszych pracowników nauki, osoby marginalizowane z powodu braku „siły przebicia” i tak dalej. W zarządzaniu kolegialnym przyjmuje się, że najwyższą wartością są wiedza i prawda, a dążeniu do nich musi być podporządkowane wszystko inne, łącznie z zyskiem i polityką. Jest to trudny warunek i tylko władza rozproszona i bezustannie kontrolowana jest w stanie mu podołać.

Zasada tenure, czyli stabilności pracy na uczelni, w założeniu ustawy ma ulec wzmocnieniu, ponieważ okres próbny będzie wynosił 4 lata, po czym ma następować zatrudnienie na czas nieokreślony. Rezygnacja z uzyskania stopnia doktora habilitowanego nie będzie powodem do tak zwanej „rotacji”, ale ustawa jednoznaczne przewiduje możliwość zwolnienia przez rektora każdego pracownika po jednej negatywnej ocenie. Podobny system funkcjonuje od lat w Wielkiej Brytanii, gdzie doprowadził do opierania w coraz większej mierze działalności uniwersytetów na pracownikach naukowych i dydaktycznych sprekaryzowanych. Jednocześnie zniesienie habilitacji (i profesur tytularnych) powoduje pozbawienie pracowników własności stopni i tytułów, które stają się stanowiskami w gestii pracodawcy; można je nadawać i odbierać. Podczas gdy habilitacja i tytularna profesura mają dość dobrze ustalone kryteria, to w krajach, w których zostały zniesione, to rynek każdorazowo rozstrzyga, czy pracownik awansuje, a wewnętrzne ścieżki awansu stają się bliskie niemożliwości. Kryteria rynkowe nawet tam, gdzie nie jest to oficjalnie i otwarcie głoszone, dryfują ku właściwym sobie kategoriom, czyli wielkości grantów regularnie uzyskiwanych przez pracownika.

Uniwersytet to nie firma

Polska akademia potrzebuje reformy, ale musi być to reforma od wewnątrz, poprzez samoregulację. Do tego celu niezbędne są środki i autonomia, przy zachęcie z centrum, by poszerzać demokrację, otwierać się na nowe idee i środowiska. Temu celowi służą przede wszystkim intensywne kontakty z zagranicą, możliwe wtedy, gdy będą istnieć stosowne środki, możliwe do zdobycia przez młodych naukowców. Ci spośród uczonych, którzy mają wizję przyszłego uniwersytetu, utrzymują kontakty międzynarodowe i cieszą się zaufaniem środowiska, powinni otrzymać warunki do tworzenia mikrośrodowisk dających grunt pod przyszły rozwój, a może nawet rozkwit. Nie należy patrzeć w zachwycie na wszystkie międzynarodowe rankingi i miary, bo są one narzędziami marketingowymi, markami, których wypracowanie i utrzymanie pochłania gigantyczne koszty i wymaga niezwykle rozwiniętej administracji. Służy to zdobyciu przychodów. Uczelnie nastawione na zysk, czyli przede wszystkim uniwersytety brytyjskie i amerykańskie, wiodą w tym zakresie prym, jak powiedziałyśmy, kosztem utraty tożsamości, a także – w odczuciu ogromnej liczby komentatorów – kosztem społecznego sensu i uprawomocnienia. Jeśli nie chcemy lub nie możemy dołączyć do plejady gigantów „HE-businessu” (higher education business), to nie mamy powodów, by startować w wyścigach o marki do tego skonstruowane. Bylibyśmy w nich pozbawieni szans na jakiekolwiek zwycięstwo, a legitymizowalibyśmy coraz bardziej fasadową przynależność tamtych organizacji do świata akademii oraz inwestowali gigantyczne środki publiczne, które mogłyby być wydane o wiele lepiej.

Akademicy wiedzą, jakie warunki potrzebne są im do pracy. Często podejmują też zdyscyplinowaną, naukową refleksję na ten temat. Nie korzysta się jednak z tej wiedzy. Kiedy ostatnio ktoś pytał nas, niebędących rektorami pracowników polskiej nauki, jakich potrzeba nam warunków do pracy? Kiedy odczuliśmy, że pojawia się zielone światło sygnalizujące zrozumienie, że jesteśmy przydatni, że nasza praca jest doceniana? My, autorki tego tekstu, choć pracujemy w polskiej nauce od dekad, nie pamiętamy takiego momentu. Tak, potrzebujemy reformy, ale nie poprzez zniszczenie naszej tożsamości i instytucjonalnych podstaw, dzięki którym możemy przynajmniej starać się dobrze wykonywać naszą pracę. Las trzeba chronić, a w razie przeciągającej się suszy: podlać, by nie usechł lub nie pochłonął go pożar. Analogicznie akademii należy dać autonomię i zapewnić środki pozwalające na odpowiednie funkcjonowanie. Proponowana ustawa nie zapewnia takich warunków, lecz uruchamia dynamiki, które w innych krajach doprowadziły do daleko posuniętej erozji tożsamości uniwersytetu. Złudzeniem jest, że uniwersytety w ten sposób dostosują się i przetrwają. Prawdziwy biznes jest o wiele bardziej skuteczny w roli generatora przychodów niż „zbiznesowany” uniwersytet. Po wyczerpaniu korzyści twory takie będą po prostu odrzucane jako nieprzydatne, co w Wielkiej Brytanii dzieje się już teraz. Jeśli akademia ma przetrwać, to tylko we właściwej dla siebie postaci. Taki prawdziwy uniwersytet może realizować zadanie, którego nie podejmie żaden biznes, żaden organ administracji – może poszukiwać rozwiązań złożonych problemów w różnych obszarach życia społecznego, gospodarczego, politycznego. Państwo mogłoby z pożytkiem dla siebie i dla regionów wspierać uniwersytety, wspierając demokratyzację i dając przestrzeń na budowanie relacji ze środowiskami międzynarodowymi.

Czas już najwyższy, byśmy przestali wyłącznie chwalić cudze, zwłaszcza jeśli to cudze jest problematyczne, a nawet niebezpieczne. Badacze z autentycznym doświadczeniem pracy za granicą ostrzegają, do jak drastycznych problemów prowadzi wdrażanie takich, a nie innych zasad. Pora, byśmy poznali to, co swoje, i o to się zatroszczyli. Inaczej przyszłe pokolenia nie będą miały tej szansy.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Grzegorczyk: Dostosowywanie działań uniwersytetów do doraźnej polityki jest szkodliwe!

Dziurawą łyżką z pustego w próżne

Przetrwamy wyłącznie jako uniwersytet