dwutygodnik internetowy
09.09.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Konkordat niezgody

Konkordat w Polsce wprowadzono w bardzo wątpliwych okolicznościach. Celem nie powinno być jednak jego zerwanie, ale znacznie bardziej rygorystyczne przestrzeganie.

K39_TN_zakroczymski - ilustracja Maciej Januszewski 1

Tekst pochodzi z 39. numeru papierowego magazynu „Kontakt” pod tytułem „Dlaczego wciąż jesteśmy w Kościele?”. Powstawał w grudniu 2018 roku.

ZAMÓW NUMER

ZAMÓW PRENUMERATĘ

Z offu płynie barokowa muzyka. Na wizji biskupie fiolety i księżowskie koloratki mieszają się z garniturami, garsonkami i typowymi dla epoki wzorzystymi krawatami. Pod ogromnym państwowym godłem pierwsza polska premier kobieta i pierwszy polski prezydent robotnik kłaniają się pierwszemu w historii Polakowi w funkcji nuncjusza apostolskiego w Polsce. „Rzadko kiedy podpisywana jest umowa międzypaństwowa, w której Wysokie Układające się Strony mówią tym samym językiem” – zaczyna narrację spiker Polskiej Kroniki Filmowej. To relacja z podpisania „umowy, której znaczenie wykracza poza treść zapisanych w niej paragrafów. Tu jest bowiem sens głębszy […]”.

„Faktem jest – ciągnie lektor – że ludzie Kościoła mają na codzienne życie Polaków wpływ ogromny, stąd też potrzeba usankcjonowania ich statusu specjalnym porozumieniem”. Podpisywaniu aktu przygląda się z dość nietęgą miną redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” Jerzy Turowicz, wyraźnie zadowolony szef KPRM Jan Rokita, rozradowany marszałek sejmu Wiesław Chrzanowski ze Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego i wiele innych czołowych postaci polskiej polityki. „Przeżywamy moment historyczny. Istniejąca od dwóch tysięcy lat Stolica Apostolska i tysiącletnie państwo polskie znowu wiążą się ze sobą w tej jakże dawnej i wypróbowanej formie prawnej, jaką jest konkordat. […] Zawiązujemy to, co zostało zerwane” – te optymistyczne i pełne emfazy słowa ministra Skubiszewskiego tonuje jednak spiker: „Zdaniem komentatorów spornych jest wiele elementów tej umowy” – zauważa. Dodaje też trzeźwo, że na jej wejście w życie trzeba zaczekać do zwołania nowego sejmu, który (o dziwo!) być może najpierw zajmie się Konstytucją.

Jedyna taka umowa

Zanim wrócimy do wydarzeń z 28 lipca 1993 roku, kiedy narodził się polski konkordat, oraz kolejnych pięciu lat, w których decydowały się jego losy, zastanówmy się przez chwilę nad tym, czym w ogóle jest ta umowa. Z formalnego punktu widzenia nie różni się niczym od tysięcy obowiązujących Polskę umów międzynarodowych, zawieranych przez kolejne rządy i ratyfikowanych przez parlamenty. Są wśród nich tak doniosłe teksty jak Europejska Konwencja Praw Człowieka, traktaty europejskie, konwencje haskie, ale też umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania. Wszystkie, z mocy naszej Konstytucji, są częścią polskiego porządku prawnego i mają pierwszeństwo nad ustawami.

A jednak konkordat jest inny. Już choćby z tego powodu, że jego uchwalenie przewiduje sama ustawa zasadnicza, w artykule 25 ust. 4. Jest to zjawisko wyjątkowe – w Konstytucji nie ma mowy o ONZ, ani słowa o Unii Europejskiej czy NATO, znalazł się jednak przepis o tym, że „stosunki między RP a Kościołem katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”.

Konkordat jest szczególny także ze względu na treść. Żadna inna umowa bilateralna (łącząca dwa państwa, nie – jak na przykład traktaty europejskie – kilkadziesiąt) nie ingeruje tak głęboko i szeroko w krajowy porządek prawny. Tak na przykład z konkordatu wynika:

– gwarancja administrowania Kościołem i sprawowania jego jurysdykcji na podstawie prawa kanonicznego (art. 5);

– wyłączne prawo Stolicy Apostolskiej do mianowania hierarchów kościelnych (art. 7);

– ustanowienie siedmiu „świątecznych” dni wolnych od pracy (art. 9);

– funkcjonowanie tak zwanych małżeństw konkordatowych, oznaczające, że zawarcie małżeństwa kościelnego powoduje skutki małżeństwa cywilnego (art. 10);

– państwowa gwarancja prowadzenia religii w przedszkolach i szkołach i zastrzeżenie dla biskupów prawa nominowania katechetów i opracowywania programów nauczania (art. 12);

– dotowanie Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego z budżetu (art. 15);

– wyłączenie zbiórek na cele religijne (w tym „tacy”) spod przepisów podatkowych i przepisów o zbiórkach publicznych (art. 21).

Oprócz tego w konkordacie zawarto bardzo pojemny i niedookreślony artykuł pierwszy, w którym obie strony potwierdzają wzajemną niezależność i autonomiczność „w swoich dziedzinach” oraz zobowiązują się do „współdziałania dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego”, a także szereg niekontrowersyjnych przepisów dotyczących swobody kultu, działalności misyjnej czy dobroczynnej Kościoła katolickiego (które i tak wynikają wprost z przepisów międzynarodowych i konstytucyjnych). Całość otwiera bardzo przychylna wobec Kościoła preambuła, zwracająca uwagę między innymi na fakt, iż „religia katolicka jest wyznawana przez większość społeczeństwa polskiego”, a także podkreślająca „posłannictwo Kościoła katolickiego, rolę odegraną przez Kościół w tysiącletnich dziejach Państwa polskiego oraz znaczenie pontyfikatu Jego Świątobliwości Papieża Jana Pawła II dla współczesnych dziejów Polski”.

Czego w konkordacie nie ma? Przede wszystkim przepisów dotyczących regulacji finansów Kościoła. Fundusz Kościelny działa na podstawie ustawy. Z konkordatu nie wynikają również, rzecz jasna, regulacje dotyczące spraw bioetycznych: aborcji, in vitro czy klauzuli sumienia. Nie ma również, co znamienne, klauzuli dotyczącej zmiany lub wypowiedzenia konkordatu.

Burzliwe źródła

Na podstawie preambuły umowy oraz cytowanej wyżej relacji z jej podpisania mogłoby się wydawać, że konkordat był przyjmowany we wzorcowej atmosferze, przepełnionej wdzięcznością dla papieża Polaka i przy zgodzie wszelkich sił politycznych w kraju. To jednak mylne wrażenie. W rzeczywistości zarówno tekst konkordatu, jak i tryb jego przyjęcia od początku budziły duże kontrowersje.

Pierwszą z nich była nader wątpliwa legitymacja rządu Hanny Suchockiej do zawarcia umowy. W świetle dotychczasowych ustaleń jasne jest, że treść konkordatu wpływa na życie przeciętnej rodziny. Przesądza bowiem, na poziomie ponadustawowym, o wielu bardzo ważnych kierunkach polityki państwa. Musi więc dziwić fakt, że podpisał go rząd, który dokładnie dwa miesiące wcześniej, 28 maja 1993 roku, otrzymał wotum nieufności od sejmu, w następstwie czego rozwiązano cały parlament. Innymi słowy, kluczową dla państwa umowę zawarł gabinet, który stracił poparcie parlamentu, a w dodatku przed nim nie odpowiadał, bo parlamentu chwilowo nie było.

Nie zaskakuje więc, że przez następne cztery lata centrolewicowy gabinet SLD-PSL przeciągał kwestię ratyfikacji konkordatu. Używał do tego celu różnych argumentów, czasem wyrażając się wprost (na przykład Włodzimierz Cimoszewicz stwierdził w 1995 roku: „Ta umowa jest zła, gdybym miał wpływ na kształtowanie jej treści, musiałaby ona wyglądać inaczej”), czasem zaś uzależniając ratyfikację od rozmaitych warunków. Przede wszystkim jednak lewica nie chciała dopuścić do ratyfikacji konkordatu przed uchwaleniem Konstytucji, co z dzisiejszego punktu widzenia należy uznać za założenie słuszne i racjonalne. Nie odważyła się natomiast na krok radykalny, jakim byłoby odrzucenie całej umowy w parlamencie.

Ze strony Kościoła trwał natomiast coraz silniejszy nacisk na to, aby procedurę doprowadzić do końca. Ksiądz profesor Wojciech Góralski z perspektywy czasu delikatnie nazywa tę sytuację „nieparlamentarną grą na zwłokę”, jednak w latach 90. biskupi nie przebierali w słowach i środkach oddziaływania na rządzących. W 1994 roku uznali decyzję sejmu o odroczeniu ratyfikacji konkordatu za dowód na to, iż uczyniono z niej „przedmiot gry politycznej”, oraz za „przejaw niechęci wobec Kościoła”. Hierarchowie martwili się, że „decyzja Sejmu musiała boleśnie dotknąć Ojca Świętego, który osobiście angażuje się w pełne uregulowanie stosunków między państwem i Kościołem na całym świecie. Stawianie ratyfikacji pod znakiem zapytania utrudnia spełnienie misji Ojca Świętego wobec własnego narodu”.

Co interesujące, w dalszych słowach stanowiska napisano, że Episkopat Polski nie jest stroną w sprawie konkordatu, jednak jest żywotnie zainteresowany jego ratyfikacją. W tekście biskupi nieustannie powołują się na „polską rację stanu”, która ma ucierpieć na braku ratyfikacji. Udzielają więc pochwał rządom innych państw, które doprowadziły do zawarcia umów, ganią zaś ten, który opóźnia ratyfikację „z przyczyn ideologicznych”.

Rok później w homilii na Jasnej Górze arcybiskup Ignacy Tokarczuk wprost zaatakował rządzących, uznając, że chcą oni „Kościół usunąć na margines życia, a w końcu i całkowicie zlikwidować, co nie udało się ani Leninowi, ani Stalinowi”. Co interesujące, stwierdził następnie, że osobiście wolałby, żeby „w tej rzeczywistości w ogóle konkordatu nie było. On nam [Kościołowi] nic nie daje”. Miał być jednak potrzebny narodowi, zaś „garstka lewicowych polityków”, którzy znaleźli się u władzy, narodu „nie szanuje”.

Cóż więc myślał sam naród? W sondażu CBOS z czerwca 1994 roku aż 44 procent badanych deklarowało, że to konstytucja powinna być uchwalona przed zawarciem konkordatu, jedynie 5 procent było przeciwnego zdania, a 23 procent uznało, że „podpisanie konkordatu nie ma nic wspólnego z nową konstytucją”. Jeśli zaś chodzi o stosunek do samego konkordatu, to zdania były podzielone. Niemal równe były cztery grupy: zwolenników ratyfikacji, jej przeciwników, tych, którym sprawa była obojętna, i tych, którzy nie mieli zdania. Zwolennicy nauczania religii w szkołach mieli przewagę (57 procent), ale przeciwko było aż 38 procent respondentów. Trudno więc mówić o zdecydowanym i jednolitym stanowisku „narodu” w kwestiach związanych z relacjami państwo–Kościół.

Ostatecznie konkordat ratyfikowano już po uchwaleniu nowej konstytucji (nota bene, Episkopat w czasie kampanii referendalnej był uprzejmy stwierdzić, że budzi ona „poważne obawy moralne”). Aktu tego dokonał nowy sejm, zdominowany przez koalicję AWS-UW.

Nie wypowiadać konkordatu…

Całe lata konkordat nie budził większych emocji. Można wręcz powiedzieć, że politycy wszelkich opcji przyzwyczaili się do jego istnienia (nawet Aleksander Kwaśniewski wskazywał, że jest to wygodna forma uzgodnienia relacji między państwem a Kościołem). Wojnę z konkordatem prowadzili co najwyżej publicyści tygodnika „Nie” albo posłowie Ruchu Palikota. Ostatnio jednak temat zdaje się wracać do debaty publicznej na fali antykościelnych nastrojów związanych z ujawnianiem skandali pedofilskich i filmem „Kler”. Wiosną odbyła się w sejmie konferencja zorganizowana przez posłankę Joannę Scheuring-Wielgus, na której konkordat poddano krytyce od strony politologicznej, teologicznej i prawniczej. O możliwości wypowiedzenia lub renegocjacji tego aktu mówi tworzący nową siłę polityczną Robert Biedroń. Orędownikiem „uwolnienia się” od konkordatu był słynny prawnik, profesor Wiktor Osiatyński.

Zanim odpowiemy na pytanie, czy konkordat warto wypowiadać, zastanówmy się: co takie posunięcie realnie by zmieniło? Jeśli chodzi o konkrety, to praktycznie nic. Kościół dalej cieszyłby się z wolności kultu gwarantowanej konstytucyjnie, lekcje religii odbywałyby się w szkołach na mocy ustaw, podobnie jak mocą prawa państwowego małżeństwa kościelne mogłyby wywierać skutki cywilne, a Boże Narodzenie nadal byłoby wolne od pracy. Jest jednak poważne „ale”. Wypowiedzenie konkordatu pozwoliłoby wszystkie te kwestie regulować (a zatem dokonywać w ich zakresie zmian) ustawą zwykłą, czyli przeniosłoby wiele kwestii do zwykłych politycznych kompetencji rządzących.

To niebagatelna różnica. Jednak chyba jeszcze ważniejszą sprawą jest kwestia prestiżu. Wypowiedzenie konkordatu byłoby symbolicznym stwierdzeniem, że dominująca pozycja Kościoła w polskim społeczeństwie, której symptomem były słowa wygłaszane przez spikera kroniki filmowej lub zamieszczone w preambule konkordatu, należy do przeszłości. Że odtąd kwestie relacji państwa z Kościołem katolickim są taką samą materią prawodawczą, uzależnioną od koncepcji rządzących, jak ochrona zdrowia czy podatki.

Wydaje się jednak, że tak daleko idący ruch nie jest wskazany – z co najmniej dwóch przyczyn. Po pierwsze ze względu na emocje społeczne – według badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego mniej więcej jedna trzecia Polaków chodzi co tydzień na mszę, jeszcze więcej bywa w kościele przy okazji różnych świąt. Rzeczywistość sakralna nie wyparowała z polskiego życia społecznego i tak ostry akt niechęci wobec Kościoła ze strony władzy mógłby zostać odebrany jako atak na znaczną grupę obywateli.

Druga przyczyna ma charakter prawny. Jak już wyżej wspomniano, istnienie konkordatu jest swego rodzaju konstytucyjnym wymogiem. Trudno przewidzieć, jak potoczyłaby się sytuacja po ewentualnym jego wypowiedzeniu (chociaż ostatnie lata zmusiły prawników do poszerzenia zawodowej wyobraźni), nietrudno jednak przewidzieć, że ustawa wyrażająca zgodę na wypowiedzenie konkordatu mogłaby zostać zaskarżona przez Kościół do Trybunału Konstytucyjnego i uznana za niezgodną z ustawą zasadniczą (Trybunał w III RP niemal zawsze orzekał po myśli Kościoła i to na długo przed tym, jak został wrogo przejęty przez „dobrą zmianę”).

Co więcej, wskazać należy, że sama forma konkordatu rzeczywiście jest, cytując ministra Skubiszewskiego, „wypróbowana”. Można rzec, że to dość standardowe rozwiązanie w krajach europejskich. Swoje konkordaty mają nie tylko wszystkie – oprócz Czech – państwa naszego regionu, ale również wszystkie – prócz Francji – duże kraje „starej Unii”. Owszem, na poziomie ideowym można mieć poważne wątpliwości, czy taka metoda regulacji stosunków państwo–Kościół jest słuszna i czy nie trąci anachronizmem (oraz „konstantynizmem” w relacjach państwo–Kościół, być może służącym temu ostatniemu jako instytucji ziemskiej, ale negatywnie wpływającym na rzeczywisty stan duchowy wiernych i obywateli). Jednakże nawet jeśli tak jest, Polska nie stanowi pod tym względem wyjątku na mapie kontynentu.

… ale coś się musi zmienić

Zachowanie konkordatu nie oznacza jednak, że w praktyce relacji państwo–Kościół nie powinny nastąpić zmiany. Wydaje się, że zasadniczym problemem, co do którego nie ma zgody, jest rozumienie pojęć „autonomii i niezależności” państwa i Kościoła zawartych w artykule 1 umowy. Zdania na temat interpretacji tych absolutnie podstawowych pojęć są podzielone nawet wśród wybitnych znawców tematu.

Aby zilustrować ten rozdźwięk, warto wrócić do zapomnianego już nieco sporu wokół decyzji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nieumieszczeniu na cyfrowym multipleksie TV Trwam kierowanej przez ojca Tadeusza Rydzyka. Wówczas z interwencją wystąpił Episkopat Polski. Biskupi oświadczyli, że umieszczenia Telewizji na multipleksie „oczekują miliony obywateli naszej Ojczyzny w imię wolności słowa w przekazie medialnym. Stosowne wnioski zostały przez sygnatariuszy przesłane na ręce Przewodniczącego KRRiT. Oczekują tego wierni Kościoła katolickiego w Polsce oraz Jego Pasterze w imię prawa i zasad demokratycznego państwa”. List ten oburzył marszałka Senatu, Bogdana Borusewicza (polityka, którego o antyklerykalizm posądzać trudno). W liście do szefa Episkopatu napisał on, że „Konkordat nie przyznaje KEP uprawnień do uczestniczenia w charakterze współdecydenta czy nadzorcy w jakiejkolwiek sprawie objętej władztwem państwa”. Arcybiskup Józef Michalik na list zareagował „zdumieniem”, zaś media ojca Rydzyka – frontalnym atakiem, poświęcając legendzie Solidarności między innymi rubrykę pod tytułem „Bliżej koryta”.

Na gruncie tego sporu wypowiedział się wybitny kanonista, ksiądz profesor Wojciech Góralski, współnegocjator konkordatu, uznając stanowisko za „nieporozumienie” i stwierdzając, że biskupi nie tylko mają prawo, ale i obowiązek dbać o możliwości głoszenia nauki Kościoła w Polsce, a TV Trwam jest, jak należy rozumieć, jednym z instrumentów, które temu służą Twierdzenia marszałka Borusewicza ksiądz profesor uznał za „dalece idącą nadinterpretację art. 1 konkordatu”.

Inne zdanie w kwestii przestrzegania artykułu 1 ma jeden z najwybitniejszych świeckich znawców prawa wyznaniowego, profesor Paweł Borecki. W raporcie z 2013 roku dotyczącym respektowania konkordatu wskazał on na to, że o ile zasada autonomii Kościoła jest w tekście konkordatu znakomicie doprecyzowana, o tyle zasada autonomii państwa została opisana w znacznie ogólniejszy sposób. Za liczne przejawy łamania tej autonomii przez Episkopat uczony uznaje „konkretne wskazania dotyczące rozwiązywania określonych kwestii przez organy władzy publicznej”. Za przykłady Borecki podaje między innymi żądanie od MSWiA wydalenia z kraju „cudzoziemek parających się prostytucją przydrożną”, kontestację wspomnianej już decyzji dotyczącej TV Trwam czy też kwestionowanie podpisania przez polski rząd tak zwanej konwencji antyprzemocowej. Oprócz tego raport mówi o licznych przykładach ingerencji Episkopatu w proces ustawodawczy, a także o wielu wypowiedziach na temat bieżącej polityki autorstwa polskich biskupów oraz innych duchownych (tu prym wiedzie rzecz jasna Radio Maryja, które ostatnio było dyscyplinowane przez zwierzchność kościelną… trzynaście lat temu).

Wydaje się więc, że Polska powinna nie tyle wypowiedzieć konkordat, ile bardziej rygorystycznie go przestrzegać, zwłaszcza w kwestii autonomii i niezależności państwa. Powinna również wymagać od dostojników kościelnych, aby nie kwestionowali ładu konstytucyjnego i nie odnosili się do bieżącej polityki w wypowiedziach publicznych. Można też zastanowić się nad pewnymi zmianami umowy, na przykład w kwestii nauczania religii w szkołach (choć i tu wiele można zrobić na poziomie praktyki, na przykład przez bezwarunkowe zapewnianie alternatywnych lekcji etyki), finansowania uczelni katolickich z budżetu (KUL w PRL doskonale radził sobie bez państwowego wsparcia) oraz opodatkowania „tacy”.

Aby Polska nie dryfowała w kierunku państwa wyznaniowego, nie trzeba konkordatu wypowiadać. Wystarczy rygorystycznie go przestrzegać. Dla dobra państwa i chrześcijaństwa w Polsce.

Współpraca: Zuzanna Morawska-Zakroczymska.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Inny Kościół jest możliwy

Czas nowej reformacji

Inny Kościół już istnieje. Wokół książki „Raban! O Kościele nie z tej ziemi”