dwutygodnik internetowy
16.06.2014
magazyn papierowy


Koniec turystyki jaką znamy?

Post-turysta to po prostu dzisiejszy turysta. Zarówno plażowicz all inclusive, uczestnik współczesnego safari, backpacker. Wszyscy pełni stereotypów, bo czy można wskazać miejsce od nich wolne?

ilustr.: Rafał Kucharczuk

Nie warto wyjeżdzać dla atrakcji turystycznych, ani dla wypoczynku, ani nawet dla wiedzy i doświadczenia. Nie warto jechać, żeby widzieć w Innych nas samych, ani w Innych innych.
 
Kim jest post-turysta? Na to pytanie tytułowe, sformułowane w artykule otwierającym „ogólnostępne wirtualne narzędzie edukacyjne” post-turysta.pl, którego pomysłodawcą i koordynatorem jest Paweł Cywiński, niestety nie otrzymujemy satysfakcjonującej odpowiedzi. Portal składa się z 31 artykułów, pióra specjalistów od szeroko pojętej turystyki i współgra z 23 numerem magazynu „Kontakt”, również poświęconym tzw. post-turystyce. Portal stawia sobie zaszczytny i dalekosiężny cel, mianowicie: dekonstrukcję procesów rządzących spotkaniami turystycznymi, na różnych płaszczyznach: socjologicznej, ekonomicznej, etnologicznej, kulturoznawczej i językowej.
 
Tak jak większość tekstów portalu i wspomnianego numeru „Kontaktu” dotyka konkretnych problemów i krytycznie się do nich odnosi, tak ramy teoretyczne przedsięwzięcia post-turystyki wydają mi się mało przekonujące. Głównym teoretykiem post-turystki zdaje się być Paweł Cywiński, który w swoich artykułach, z jednej strony, gani naszą opłakaną postkolonialną kondycję, a z drugiej, wieszczy nadejście świadomego i tym samym etycznego post-turysty. Chciałbym poniżej podjąć i krytycznie przyjrzeć się kilku tezom sformułowanym przez Cywińskiego i, ażeby nie zapętlić się w krytykę krytyki, zaproponować skromne wyjście z impasu post-turysty – z impasu zbyt szerokich teoretycznych ram, nazbyt radykalnej krytyki, po której nie sposób sformułować pozytywnej propozycji etycznego post-turysty.
 
Cywiński pozornie odpowiada na postawione sobie pytanie o tożsamość post-turysty: Teoretycznie, post-turystę od zwykłego turysty odróżnia świadomość globalnych współzależności, przyczyn i konsekwencji turystycznych zachowań oraz samoświadomość podlegania procesom psychologicznym, komercyjnym i ideologicznym. Tylko, co to wszystko oznacza w praktyce? Właśnie, co to wszystko oznacza w praktyce, bo po brawurowo przeprowadzonej na portalu krytyce najróżniejszej maści sposobów podróżowania i turystycznego doświadczania świata, ciągle nie wiemy, jak podróżować. Uzbrojeni w teorie krytyczne zglobalizowanego świata w cieniu kapitału, gardzimy turystą w hotelach all inclusive, na wybetonowanych złocistych plażach rodem z folderów. Wzdrygamy się przed objazdowymi wycieczkami, w żółtych czapeczkach, pod chorągiewkami, od Wieży Eiffela, przez Big Ben, aż po Sagrada Familia, uwiecznionych w terabajtach artystycznych fotografii. Uświadomionych, nie ucieszy już nas również turystyka zrównoważona, czy też eko-turystyka dająca więcej zarobić „lokalsom”, a nam milej doświadczyć teatralnej autentyczności pozujących „tubylców”. Nadzieja szczerej pomocy białych studentek i studentów na wakacjach, na międzynarodowych wolontariatach, w kambodżańskich sierocińcach, przy kopaniu afrykańskich studni i pieleniu boliwijskich chwastów, również okazuje się płonna, czasami nawet szkodliwa. Oświeconej świadomości post-turysty nie zadowoli już klasyczny podział na umasowionego konsumenta turystycznych przyjemności i indywidualnego podróżnika, bo ten drugi, z plecakiem na grzbiecie i Lonely Planet pod pachą, kontestując tych pierwszych, reprezentuje tylko inną klasę turystycznych zachowań. Nawet „prawdziwy” podróżnik à la Hugo-Bader, jadący zawsze po coś, po rzetelną wiedzę, po temat na reportaż, okazuje się jakościowo wiele nie różnić od Pałkiewicza czy Cejrowskiego. Po tak szeroko przeprowadzonej dekonstrukcji turystycznych typów, cóż nam pozostaje? Zapytajmy raz jeszcze, kim jest post-turysta?
 

***

 
Z tekstów Cywińskiego wynika, że post-turysta jest umiejętnym dekonstruktorem „wielkiej narracji turystycznej”, świadomym swojej kolonialnej przeszłości i postkolonialnej teraźniejszości, oraz etycznie zaangażowanym zwolennikiem filozofii dialogu Emmanuela Lévinasa.
 
W swym tekście „Wielka narracja turystyczna” otwierającym numer „Kontaktu”, stawia Cywiński śmiałą hipotezę, że żyjemy w „turystycznym matriksie”, gdyż turystyczna „narracja”, stanowiąca wspólne podłoże mnogich i wielorakich „dyskursów” turystycznych, posiada wszelkie znamiona „wielkiej narracji”. Słowem, postmoderniści zdekonstruowali już wiele: religie, systemy metafizyczne, wielkie teorie społeczne, europocentryczną historię świata, ale przeoczyli jeszcze jedną małą „wielką narrację”, jaką jest dyskurs turystyczny, po uszy siedzący w kolonialnych wyobrażeniach. Jak się za te uszy chwycimy i mocno pociągniemy, to świat ukaże się nam w końcu takim, jaki jest: post – pełnym „dyskursywnych” i „narracyjnch” gier. Pozostanie nam czerpanie estetycznej przyjemności z kalejdoskopu zmieniających się ról w teatrze świata, w którym nie ma autentycznych rekwizytów, lecz tylko mniej lub bardziej sztuczne. Wyzwoleni z zaangażowania we własne role, będziemy się mogli otworzyć etycznie na Innego, który do tej pory jest represjonowany przez wielkie esencjalistyczne narracje.
 
Teza mocna, i rzeczywiście szlak wytyczony przez Cywińskiego wiedzie na „wyprawę metafizyczną, tożsamościową, wyprawę w czeluści wyobrażeniowego świata turysty”. Tyle że takie wyprawy meta-fizyczne mają mało wspólnego z fizyką, albo lepiej, z fizjonomią realnego turysty. Turysta Cywińskiego po prostu nie istnieje. Używając jego własnej broni, można by łatwo argumentować, że podobnie jak turysta jest produktem „reżyserów turystycznej wyobraźni” (przewodników, książek podróżniczych, blogów, folderów, nostalgii kolonialnej etc.), tak post-turysta jest korelatem narracji postmodernistycznej, postkolonialnej, krytycznej, tzn. istnieje w tekstach krytyków turystyki, białych specjalistek i specjalistów na europejskich akademiach. Naciągany sofizmat? Być może, ale chcę tylko wskazać na pewną wewnętrzną logikę argumentacji, charakterystyczną dla Cywińskiego i dla innych tekstów krytykujących wyobraźnię turystyczną.
 
Z jednej bowiem strony przekonuje się nas, że będąc uwikłanymi w przeszłość kolonialną, wyjeżdżamy na wakacje i widzimy inne kultury jako dzikie, podrzędne, nieracjonalne itp., bo takie jest brzemię wyobrażeniowe Europy i tak też konstruuowano różne teksty kultury, wkładając w Innego wszystko to, czym sami nie chcieliśmy być. Taki sposób widzenia i konstruowania Orientu inauguruje Edward Said w „Orientalizmie”. Z drugiej strony, dekonstruuje się prostą opozycję my-oni i wskazuje, że stygmatyzuje ona Innych, każąc im być naturalnymi, nieskażonymi Europą i naszą zepsutą cywilizacją. Odbiera się im sprawczość, skazując na wątpliwą autentyczność. Czy idąc zatem dalej, nie możemy sobie pozwolić na hipotezę, że nie tylko ci, którzy widzą wszędzie odbicie uniwersalnej kultury europejskiej, mają krzywdzące poczucie nieuzasadnionej wyższości? Również nie tylko ci, którzy zbyt łatwo zgadzają się na radykalną inność Innych, uprzedmiotawiają ich w dobrej wierze. Czy nie postępują podobnie i ich krytycy, którzy posiłkując się najróżnijeszymi zachodnimi teoriami, na lepiej lub gorzej płatnych akademickich stanowiskach, teoriami wygładzonymi w tysięcznych artykułach, mało zjadliwych zarówno dla turystów, jak i „tubylców”? Czy nie kryje się i tu jeszcze subtelna asymetria?
 
Powyższe znamionuje, według mnie, impas krytyki „wielkiej narracji turystycznej”, gdy krytykę poprowadzi się o krok dalej. Nie poddaje oczywiście pod wątpliwość różnorakich badań ekonomicznych, etnologicznych, historycznych, lingwitycznych i postkolonialnych, które tropią konkretne przejawy eksploatacji i niesprawiedliwości w obszarze turystyki. To co mnie nie przekonuje, to ogólna teoria „narracji turystycznej” w wydaniu Cywińskiego, zakreślona tak szeroko, że właściwie nic niemówiąca. Zacytujmy Ewę Gajewską z kolejnego artykułu w „Kontakcie”: „Powiedzieć, że turystyka zmieniła świat, to nie powiedzieć nic”. Podobnie jest z mówieniem, że wszyscy tkwimy w „turystycznym matriksie” europejskiego dyskursu kolonizującego Innego. Nie serwuje nam to ani czerwonej pigułki prawdy, ani nie udowadnia, że po niebieskiej pigułce pozostajemy pogrążeni w fikcji.
 

***

 
Nie wiem, kim jest turysta Cywińskiego, skonstruowany na potrzeby jego krytyki. Sam nie przeprowadziłem żadnych statystycznych badań, ale w moim turystycznym doświadczeniu jeszcze nie spotkałem się jeszcze ze spadkobieracami w prostej linii po kolonialnych odkrywcach. Nie przeceniałbym perswazyjnej siły eksploracyjnych książek z XIX i początku XX wieku. Mało młodzież czyta, nawet o przygodach Stasia i Nel, a jak przeczyta, to miejmy nadzieję, że wychowawca, telewizja i czarna koleżanka z podwórka szybko skorygują pokrętne imaginarium Sienkiewicza. Nie twierdzę bynajmniej, że nie mamy uprzedzeń, ale daleki jestem od prostego, mało empirycznego wnioskowania typu: Europa ma kolonialną przeszłość/teraźniejszość, więc każdy przeciętny zjadacz chleba na wakacjach patrzy na świat przez postkolonialne okulary. Zdaje mi się, że dzisiaj już nie tylko szczwani backpakerzy zdają sobie sprawę z iluzji autentyczności, i właściwie wcale jej nie szukają, ale też i turyści all inclusive u Masajów są świadomi, że przygotowuje się im odpłatnie kolejną makietę rzeczywistości. Mniej lub bardziej chętnie, ludzie wchodzą w wakacyjną grę, podróżują głównie dlatego, że inni podróżują. Jest to gra asymetryczna, globalna Północ dalej ekonomicznie wykorzystuje globalne Południe, tym razem w postaci przemysłu turystycznego, i w pod płaszczykiem kosmopolityzmu. Nie twierdziłbym jednak, że tożsamościowo jestesmy skażeni „żywotnym bakcylem kolonializmu”. A to dlatego, że w większości cechuje nas błoga ignorancja: nie czytamy już „W pustyni i w puszczy” ani jeszcze „Orientalizmu”.
 
Czytamy może i przewodniki Lonely Planet, ale nie widziałbym w nich złośliwego „narratora turystycznej wyobraźni”. Cywiński posądza przewodniki o uproszczenia, co „wynika nie tylko ze skończonej selektywności informacji przez autorów, ale też z ich wykształcenia, fantazji, subiektywnych upodobań bądź inwencji twórczej”. Proszę mi zatem podać jakiekolwiek źródło informacji, które nie posiadałoby powyższych cech. Oczywiście, można wiedzieć więcej lub mniej, rzetelnie lub nie. Lonely Planet zdecydowanie nie propaguje kolonialnych safari, raczej turystykę zrównoważoną, co nie przeszkadza mu monopolizować rynek. Wiedzę mamy zawsze częściową, czy to znaczy, że zawsze krzywdzącą? Czy tylko oświeconego post-turystę stać na czerwoną pigułkę?
 
Kryterium świadomości „procesów rządzących spotkaniami turystycznymi” jest zbyt mocne lub niewiele mówiące. Z jednej strony, wzniesienie się ponad konstytuujące nas narracje jest równie trudne jak wyjście z platońskiej jaskini, a jak wiadomo, może sobie na to pozwolić tylko elita opierzonych dusz i to raz na dziesięć tysęcy lat. Z tej perspektywy, właściwie nikt nie byłby jeszcze post-turystą. Z drugiej strony, jest to kryterium mniejszej lub większej wiedzy o tym, co robimy, o celach i motywacjach, o świecie i wyobrażeniach. A tym samym każdy z nas byłby już jakimś post-turystą, bo „wielkiej narracji turystycznej” po prostu nie ma. Byliby zatem post-turyści wychowani na Lonely Planet, National Geographic i Wikipedii, oraz ci bardziej elitarni, oczytani w Saidzie, Spivak, wydawnictwie Czarne i specjalistycznych monografiach.
 
Zatem na pytanie postawione na wstępie: „kim jest post-turysta?”, odpowiadamy: post-turysta jest po prostu dzisiejszym turystą. Post-turystą jest zarówno plażowicz all inclusive, uczestnik współczesnego safari, backpacker, oraz wszelkiej maści podróżnicy w teatrze masowej i indywidualnej turystyki. Wszyscy pełni stereotypów i walczący z nimi, tylko któż potrafiłby wskazać gdzie jest wolne od uprzedzeń miejsce? Emmanuel Lévinas? Jedyną pozytywną charakterystyką post-turysty u Cywińskiego jest ogólnik: nie spoglądać na Innego jak na przedmiot, ale wchodzić z nim w relację podmiotową, która „dąży do partnerstwa i braterstwa ze spotkanym Innym”. Żeby to stwierdzić, nie potrzeba Lévinasa, wystarczy Kant i rewolucja francuska, a nawet „tylko” zdrowy rozsądek i życzliwość.
 
Co to znaczy zatem podróżować etycznie, skoro krytyki post-turystycznej nie wytrzymuje żaden typ turysty czy podróżnika? Ani plażowicz, ani backpacker poszukujący swojego duchowego centrum, ani eksplorator, ani twardy reporter wałęsający się po Syberii lub po slumsach w poszukiwaniu tematu, ani postmodernista na wakacjach wyczekujący na epifanię twarzy Innego. Może i etycznie znaczy bardziej świadomie, ale to zawsze wystawia nas na zarzut, że nie dość jeszcze jest świadomie. Inną drogą jest uchylenie się od krytyki post-turystycznej.
 
Osobiście zamiast post-turysty, czy też postmodernisty na wakacjach, wolałbym platonika w podróży. Pre-turystę, który jedzie dla piękna świata i z miłości do niego. Powiedzeć tak, to jednak strach, że się narazi na pobłażliwe uśmiechy dekonstruktorów. Zaproponujmy zatem minimalną i negatywną wersję platońskiego pre-turysty: Ten, który wyrusza nie po coś, ale od czegoś. Nie ten, który dojeżdża, ale ten, który wyjeżdża. Nie ten, który odbywa podróż, ale ten, który pozwala się przez podróż od-być, wypaczyć (“…le voyage qui vous fait ou vous défait.). Każdy Bildungsroman podszywa Abbau-Roman. Moim zdaniem, nie warto wyjeżdzać dla atrakcji turystycznych, ani dla wypoczynku, ani nawet dla wiedzy i doświadczenia. Nie warto jechać, żeby widzieć w Innych nas samych, ani uznać w Innych innych. Trzeba wyjechać, kiedy inaczej nie można. Jak brzmi motto z Shakespeare’a w książce Nicolas Bouvier Oswajanie Świata: I shall be gone and live or stay and die.
 
 

Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.
 

  • Paweł Cywiński

    Odpowiem w komentarzu. Po bardziej lub mnie skrytych pomiędzy wierszami pierwszej połowy tekstu złośliwościach, wnioskuję, że autor powyższego tekstu ani mnie, ani projektu post-turysta.pl, specjalnie nie polubił. Święte prawo czytelnika. Jednakże gdy czytelnik postanawia wejść w polemikę z „kilkoma tezami” oczekiwałbym już trochę mocniejszej argumentacji, niż powtarzającego się „nie wydaje mi się” oraz użycie nieśmiertelnego argumentu krytyków założeń postmodernistycznych, którzy na różnych płaszczyznach próbują udowodnić, że samemu postmodernizmowi nie udaje się wyjść poza dekonstruowaną rzeczywistość. W powyższym tekście sprowadzić można ten argument do sławnego oskarżycielskiego wobec teorii wielkich narracji zarzutu, sprowadzającego się do tego, iż wielka narracja sama w sobie jest wielką narracją. Cóż, nawet jeżeli, to moim zdaniem nie jest do celna argumentacja pozwalająca „ośmieszyć” (bo mam wrażenie, że autor bardziej celuje w ośmieszanie, niż podważanie) narzędzia epistemologicznego, jakim jest zbiór teorii próbujących poradzić sobie z opisem tego co nas otacza. By nie wchodzić zbyt głęboko w różniące nas założenia wyjściowe, spróbuję jednakże odnieść się do kilku „zarzutów” i sprostować kilka „złośliwości”.

    1) Poza ową niechęcią do mnie oraz post-turysta.pl, nie potrafię zrozumieć klucza krytyki autora. Autor, mimo, że pisze o „kilku tezach”, krytykuję w pierwszej połowie swojego tekstu tak naprawdę całość przedsięwzięcia. Ostrze krytyki buduje na kilku wyselekcjonowanych pod swoją tezę cytatach lub interpretacjach. Podczas gdy całość to 31 esejów, które razem mają prawie poł miliona znaków (dla nie umiejących zinterpretować ile to jest – mówimy o dosyć grubej książce).

    2) Krytyka taka byłaby być może nawet dopuszczalna, gdyby owe 31 esejów było spójnym przekazem (tak jak opisuje to autor). Jednakże tak nie jest. Za tymi esejami stoi kilkunastu specjalistów z czołowych polskich instytucji badających turystykę, którzy często mają całkowicie odmienne zdanie na poszczególne tematy (na przykład funkcji turystyki kulturowej). W efekcie na post-turysta.pl przeczytać można często wykluczające się poglądy, co osobiście uważam za wielką zaletą naszego projektu. Autor widać dość pobieżnie przeczytał owe pół miliona znaków, bo tego nie dostrzegł, traktując post-turystę jako spójną „ideologicznie” całość.

    3) Autora tekstu krytycznego nie przekonują „ramy teoretyczne” esejów. Jeżeli dobrze rozumiem, nie podoba mu się zaprzęgnięcie perspektyw tak zwanej „nowej humanistyki” – perspektyw wywodzących się ze studiów nad pograniczami, narodowościami, mniejszościami, wykluczeniem, narracją, pamięcią, płciowością czy postkolonializmem. Zarzut mocny. Argumentów brak, bo i gdzie tu jest problem? Tak przyjęliśmy i tyle. Ze swojej strony mogę tylko napisać, że jestem dumny, że udało się tego dokonać, bo wreszcie udało się wyjść poza niewystarczający moim zdaniem krąg mówienia o turystyce jeżykiem utopijnej „turystyki zrównoważonej”, „ekonomizującej” nauki o zarządzaniu w turystyce lub „pachnących przygodą podróży i eksploracji” opisów podróżniczych .

    4) Autor twierdzi, że krytyka jest zbyt radykalna, że brak próby odpowiedzi, co należy robić. Otóż większość esejów raczej opisuje pewne mechanizmy lub przerabia zjawiska turystyczne przez maszynki różnych teorii. Natomiast rzeczywiście post-turysta.pl jest miejscem w polskim internecie, gdzie pojawia się merytoryczna krytyka wielu zjawisk turystycznych. I patrząc na zatrzęsienie gloryfikujących podróże małe i duże portali, wydaje mi się, że dość dzielnie wypełniamy pewną lukę. Staramy się spojrzeć na zjawisko z innej strony. Choć, jak widać, nie wszystkim się to podoba. Gorzej z podpowiedziami, wszelakimi dekalogami turystów. Tego niestety na naszym portalu nie będzie, bo my nie mamy zamiaru tworzyć zbiorów zachowań turysty etycznego. Każdy ma swój system wartości, swój sposób interpretacji, my dostarczamy tylko, jak autor słusznie na samym początku zaznaczył, narzędzia pozwalającego zrozumieć trochę więcej (bo nie wszystko). Co czytelnik z tym zrobi, jego sprawa.

    5) Omijając wyzłośliwiającą się krytykę całości post-turysty wyłaniającą się z pierwszych akapitów, muszę jednak zaznaczyć dwie kwestie. Primo, naszym celem nie jest nawoływanie do żadnej pogardy. Przykre, że autor tak to odczytuje. Secundo, warto wolonturystyce, jej założeniach i skutkach, poświęcić trochę więcej uwagi, niż jedno ośmieszające zdanie. Problem jest realny, na co wskazują chociażby raportu UNICEFu.

    6) Autor pisze: „Postmoderniści zdekonstruowali już wiele: religie, systemy metafizyczne, wielkie teorie społeczne, europocentryczną historię świata, ale przeoczyli jeszcze jedną małą „wielką narrację”, jaką jest dyskurs turystyczny, po uszy siedziący w kolonialnych wyobrażeniach.” Muszę rozczarować. To co opisałem jako elementy tzw. „turystycznej wielkiej narracji” jest od pół wieku badane przez tłumy badaczy, powstało tysiące książek. By było jeszcze śmieszniej, podróżopisarstwo jest jednym z fundamentów postkolonializmu. Wystarczyło spojrzeć w bibliografię, którą dla bardziej dociekliwych zamieszczamy pod każdym tekstem. Naprawdę nie powiedziałem nic nowego, jak autor zdaje się sugerować, ponad to, że sposób mówienia o turystyce, przybiera kształt metanarracyjny. Autor uważa, że to tak jakby nie powiedzieć o tym nic. Cóż, przyjmuję na klatę, że nie powiedziałem nic (albo, że autor nie wyciągnął z tego nic).

    7) Ciekawy, choć oczywiście nie nowy, jest argument o asymetrii pozbawiającej sprawczości badanych przez badaczy i tworzeniu opozycyjnego obrazu świata. Jednakże zanim się nam to zarzuci, proponuje raz jeszcze rzucić okiem do jednego z esejów dr Natalii Bloch na post-turysta.pl – stara się ona z nim rozprawić i uwrażliwić na nas na ten problem. Moim zdaniem jej się to udaje.

    8) Autor tekstu nie dostrzega bakcyla kolonializmu w umysłach turystów i ich turystycznej wyobraźni. Jak zwykle nie daje żadnych kontrargumentów – poza tym, że nauczyciele uczą dzieci jak rozumieć „W pustyni i w puszczy”. Jednakże temu zarzutowi poświęcę trochę więcej uwagi, bo zupełnie się z nim nie zgadzam. Nie da się zrozumieć fenomenu współczesnej turystyki globalnej bez dwóch faktów. Po pierwsze tego, że turystyka masowa narodziła się, nie gdzie indziej, a właśnie w Europie. Pisząc „turystyka masowa”, mam na myśli nie tylko sam model biznesowy oparty na określonych zachowaniach konsumenckich, ale i narodziny nowego typu narracji towarzyszących turystyce, które miały niebagatelny wpływ na interpretacje świata pozaeuropejskiego przez mieszkańców dominującej cywilizacji (o tym będzie dalej) lub zagnieżdżenie się praktyk turystycznych na poczesnym miejscu w świadomościach klasowych ówczesnego społeczeństwa. Zagnieżdżenie tak silne, że obecnie turystyka traktowana jest przez wielu już nie jako przywilej, ale swoiste niższej kategorii prawo człowieka. Po drugie tego, że powstała ona i rozwijała się w czasach narodzin kapitalizmu i rozwoju kolonializmu, co miało niebagatelny wpływ na rozwój i charakter praktyk turystycznych. Jak zauważyła Anna Horolets: „Sukces turystyki międzynarodowej jako niezwykle dochodowej branży gospodarki światowej polega między innymi na tym, że dynamicznie dostosowała się do zmian ekonomicznych i kulturowych, korzystała z rosnących nierówności pomiędzy częściami świata, a na dodatek handlowała zasadniczo i przede wszystkim obrazami, które tworzyła i dopasowywała do wyobraźni potencjalnych turystów”. W tym kontekście, nie należy zapominać, że z punktu widzenia teoretyków postkolonialnych (których autor chyba też nie lubi, ale obiecuję autorowi, że jeżeli zaproponuję lepsze próby wyjaśnienia tego zjawiska, to zapraszam go z esejem na post-turysta.pl. Oczywiście za esej zapłacę) turystyka globalna ma w sobie wielki potencjał europocentryczny, czyli „uświadomionego lub nieświadomego przekonania, że to co europejskie/zachodnie jest „normalne”, „lepsze”, „uniwersalne””. Wielkim polem badawczym jest w związku z tym poruszana już tu kwestia narracji wokół podróży i turystyki, która od czasów jej powstania zdumiewająco powoli (choćby w porównaniu do języka nauk humanistycznych oraz polityki) ewoluuje, zachowując w sobie nadal pewne historycznie uwarunkowane klisze. Przywoływany przez autora Edward Said twierdził, że „to jak Wschód został zdobyty, każe nam przemyśleć, w jaki sposób Wschód został poznany”. Wtóruje mu Anna Loomba, zwracając uwagę że „zewnętrzne światy napotkane przez europejskich podróżników były przez nich interpretowane za pomocą ideologicznych filtrów czy sposobów widzenia, jakie zapewniały im ich własne kultury i społeczeństwa”. Niewątpliwie, każdy region geograficzny posiada przypisany mu system tropów retorycznych, głęboko przesiąkniętych sferą potoczności i stereotypowych osądów. A owa przestrzennie ulokowana retoryka sięga zazwyczaj czasów wielkich odkryć geograficznych, narodzin w europejskich akademiach uporządkowanych opisów świata, publikowania, tak mocno pobudzających do dziś wyobraźnię mas, kolonialnych książek podróżniczych, tworzących wręcz cały nowy gatunek literacki – piśmiennictwo podróżnicze rozszerzające się obecnie na cały przemysł mediów turystycznych. No i oczywiście rozwoju turystyki, bazującej w wymiarze dyskursywnym na owych kliszach. Nic więc dziwnego, że klisze te przesiąknięte są bakcylem kolonializmu. Lata badań nad tym zagadnieniem poświęciła językoznawczyni i socjolożka Mary Louise Pratt, która opisała orientalizującą formację ideologiczną w europejskiej literaturze podróżniczej czasów współczesnych i kolonialnych, a dokładnie to, „w jaki sposób książki podróżnicze, pisane przez Europejczyków o nieeuropejskich częściach świata, kreowały pewien imperialny ład i porządek dla Europejczyków (…) i jak ukazywały należne im miejsce w tym porządku.” Jej badania wskazują na swoisty rewers orientalizmu – jego wpływ na tożsamość i samopoczucie Zachodu. Podążając tym tropem, zauważyła ona, że literatura podróżnicza, poprzez takie właśnie przedstawianie i prezentowanie „Innych” spełniała rolę tożsamościowotwórczą i samopoznawczą, albowiem: „teksty podróżnicze są środkami, za pomocą których Europejczycy opisują dla własnego użytku swoich „Innych”. Literaturoznawcy zwracają uwagę, że literatura podróżnicza jest z punktu widzenia badań postkolonialnych często „stronniczką imperialnej polityki kolonizacji, gdyż produkuje i utrwala kulturowe stereotypy krajów i kultur kolonizowanych”. Podkreślają, że „zarówno język, jak i literatura, są zamieszane w konstruowanie binarnej opozycji pomiędzy europejskim „Ja”, a nie europejskim „Innym”, które jak zostało to zasugerowane w „Orientalizmie” Saida, jest częścią procesu stanowienia (…) władzy.” Zatem z całym szacunkiem dla autora, warto badać kolonialne bakcyle nie tylko w narracjach z czasów kolonialnych, ale i tych współczesnych – zawartych w artykułach z magazynów, portalów lub blogów turystycznych, bądź w książkach, choćby Wojciecha Cejrowskiego lub Beaty Pawlickiej, ale również na przykład Ryszarda Kapuścińskiego. Są to bowiem najbardziej znaczący polscy narratorzy turystycznej wyobraźni. Narratorami takimi są nie tylko Sienkiewicze, jest ich trochę więcej i nie wszyscy używają wyłącznie pióra. Odpowiadając na inny zarzut autora, naprawdę pomiędzy „W pustyni i w puszczy” a Saidem dużo się dzieje. I to „dużo” ma znaczący wpływ na naszą turystyczną wyobraźnię. Również moją.

    9) Kilka słów o świadomości. Zgadzam się, nie da się być Buddą, pełnią świadomości, i nie o to walczymy. Marzymy, by być świadomym malutkich szczegółów, jak choćby tego, że wykupując wycieczkę all inclusive, nie zostawia się zbyt wiele pieniędzy w miejscu swoich wakacji albo to, że gdy czerpię się wiedzę o świecie wyłącznie ze źródeł pochodzących od zachodnich autorów, to grozi nam zapakowanie do głowy wiedzy europocentrycznej. Tyle i tylko tyle. Po to jesteśmy. Nie wiem jak to możliwe, by autor posądził nas (mnie i resztę publikujących) o próbę „wzniesienia się ponad konstytuujące nas narracje”. Nota bene w tekście o WNT napisałem, że to nie możliwe. Ale jak widać, udało mu się. Nie rozumiem też, dlaczego autor wyklucza możliwość budowania swojej świadomości wewnątrz wielkiej narracji. Przecież to dokładnie w ten sposób narracje się przełamywało, tworzyło nowe paradygmaty. Zostawiam to autorowi do przemyśleń.

    10) Błędna jest interpretacja ciągu przyczynowo-wynikowego – tylko post-turysta może być etycznym turystą. Nie twierdzimy tego. Twierdzimy, że aby postępować odpowiedzialnie, należy świadomie dokonywać wyborów. Cytując znaną reklamę – „prawie robi różnice”.

    11) Natomiast jest coś z czym z autorem się poniekąd zgadzam. W wielu wywiadach wskazywałem, że każdy turysta może być post-turystą. To nie są wykluczające się podmioty. Choć, ni każdy turysta akcentuje podczas swoich wakacji wagę zrozumienia tego gdzie jest, dlaczego tam jest, jakie są tego konsekwencje, itd. Więc trudno mi się zgodzić w całości tej tezy – nie każdy turysta jest post-turystą, ale i na pewno też nie żaden – jak w innym miejscu autor starał się wskazywać.

    12) Nie twierdzę, że udało nam się zrozumieć turystykę i wytłumaczyć turystykę. Na post-turysta.pl raczej zamiast mówić „jak jest”, staramy się pokazywać, jak się o pewnych sprawach mówi na uniwersyteckich korytarzach. A mówi się różnie. Co ciekawe, na końcu swojego tekstu autor stawia jeszcze mocniejszą tezę, niż nasza próba włączenia w praktykę turystyczną, elementu autoanalizującego. Przy czym wcześniej krytykuję nas za zbytni radykalizm… Twierdzi on, że „nie warto wyjeżdżać dla atrakcji turystycznych, ani dla wypoczynku, ani nawet dla wiedzy i doświadczenia. Nie warto jechać, żeby widzieć w Innych nas samych, ani w Innych innych. Trzeba wyjechać, kiedy inaczej nie można.”. Cóż, moim zdaniem jednak warto. Tylko warto również wcześniej zastanowić się, czy kim się jest i co się robi. Aby komuś nie zaszkodzić. Po to powstał post-turysta.pl

    Pozdrawiam, PC

    • Wawrzyn Warkocki

      Wdzięczy jestem za odpowiedź i rozjaśnienia.

      Po pierwsze, proszę czytać moje “złośliwości” jako
      nie tylko wyraz niezadowolenia z teoretycznych ram portalu post-turysta.pl, ale też jako autoironię i wraz własnej niemocy. Temat turystyki jest mi bliski i sam nie mogę się w niej odnaleźć.

      Myli się Pan, portal polubiłem i z chęcią przeczytałem wszystkie zamieszczone na nim eseje. Rzecz jasna nie aspirowałem do podważenia wszystkich tekstów. Raczej z ich wyników korzystałem.

      Starałem się jasno określić, co mi się zdaje mało satysfakcjonujące. Projekt post-turystki jako takiej oraz koncepcja wielkiej narracji turystycznej, dobitnie wyrażonej w terminie: turystyczny matriks. Projekt ten jest implicytny, a często i jasno wyrażony w Pana tekstach. Pan się pyta: kim jest post-turysta i według mnie nie otrzymujemy odpowiedzi. Pozytywna strona etycznego post-turysty zamknięta jest w kilku zdaniach o Lévinasie i uznania podmiotowości innego. Co według mnie niewiele daje.

      Nie krytykuję całości przedsięwzięcia, ale jego “idealistyczną” strukturę wyrażoną w Pana tekstach, tzn. posługiwanie się kategorią teoretyczną “narracji” i “dyskursu”. Rzecz jasna nic w tym nowego. Z tym problemy miał już Foucault, a i Orientalizm Saida pozostawia wiele do życzenia. Był krytykowany za esencjalizowanie Zachodu, skupienie się na tekstualności, pominięci kontekstu społeczno-ekonomicznego etc.

      Ja nie twierdzę, że to robią wszyscy na portalu, ale według
      mnie taką idealizująco-tekstualną perspektywę ma Pan. Zresztą świadomie wybiera Pan tę ścieżkę, mówiąc: “Jednakże w mojej ocenie, o wiele istotniejszym dla zrozumienia dzisiejszej globalnej rzeczywistości jest tożsamościowa ściezka neokolonizacji. Chodzi o ten żywotny bakcyl neokolonializmu, drzemiący zarowówno w spadkobiercach ofiar, jak i wnukach kolonizatorów.”

      I to właśnie ta ścieżka prowadzi do impasu.

      1. Prowadzi do klasycznego argumentu sceptycznego, że Pańska
      “narracja” nie różni się wiele od innych “narracji”, tzn.
      trudno podać argumenty, że ona jest “prawdziwsza”, albo lepsza od innych, dajmy na to, od narracji kolonialnej.

      2. Prowadzi do wspomnianej asymetrii: dialektyka Innego i Tego Samego, która zawsze uprzedmiotawia, tzn. my biali akademicy zastanawiający się nad warunkmi upodmiotowienia Innego.

      3. Teoretyzowanie, które mało ma wspólnego z empirią.

      Zagadza się, że pierwszy problem Pan zauważył, ale postępuje dalej, jakby go nie było. Bo tworzy Pan teorię matriksa turystycznego, który jest nie do utrzymania.

      Drugiego problemu nikt nie poruszył i tu się kryje brak
      pozytywnych propozycji. Cały portal ma charakter krytyczny, i dobrze. Krytykuje się całą paletę turystycznych zachowań, nawet tych, które zdają się być etyczne i zrównoważone. I ja tę krytykę przyjmuję. Ale po krytyce chciałbym jednak usłyszeć odpowiedź na pytanie: co robimy?

      Co do problemu trzeciego, to rzeczywiście się bardzo nie zgadzamy. Dajmy na to, że cała tekstualna krytyka postkolonilana jest słuszna. Konstruowanie Orientu, odmienności etc. Właściwie się z nią zgadzam. Jedna rzecz, że w Pana tekstach jest tak krytyka niemalże manichejska, tak jak manichejski jest matriks. Po drugie, Pana stwierdzenia są często deklaratywne: dyskurs turystyczny kształtował się w cieniu kolonializmu, czyli dzisiejsi turyści powielają te wzorce. I tu się nie zgadzamy. Ja tego nigdy nie doświadczyłem, żeby turyści na wakacjach kierowali się jakąś prostą podświadomością kolonialną. Odmawiali podmiotowości Innym etc. Raczej coraz bardziej jesteśmy kosmopolitycznie wytresowani. I dobrze. Nie idzie to jednak w parze z ekonomią, nie zauważamy i nie chcemy zauważać, że Północ się wzbogaciła na Południu i
      dalej ją wykorzystuje. Bardzo mi się zresztą podobały artykuły Michała Jasińskiego “Turystyczna lista płac” i Anny Horolets “Czyj jest ten kawałek podłogogi?”

      Ukazaniu tego miało służyć moje metaforyczne stwierdzenie, że nie czytamy już o przygodach Stasia i Nel. (Nawiązałem tu do
      wystąpenia Marysi Złonkiewicz) Nie bardzo po prostu przeciętnego turystę interesują narracje podróżnicze, te z poprzednich wieków zupełnie, a nawet te współczesne. Jak teraz udowodnić ich realny wpływ na swiadomość przeciętengo turysty? Wiadomo, że wiedza musi być wybiórcza. Czy Lonely Planet i czasopisma podróżnicze rzeczywiście traktują Innego jako obiekt do podbicia? Nawet jesli lansują charakter ekspoloracyjno-przygodowy turystyki.

      Na końcu podaję czysto personalne upodobania, które próbują wyplątać się z problemów inności i jej uznania. Bo artykuły na portalu post-turysta.pl pięknie ukazją, że często przy najlepszych intencjach i etycznej motywacji, ciągle szkodzimy.