dwutygodnik internetowy
25.09.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Komu nie smakuje „Szprycer” Taco Hemingwaya?

Najnowsza EPka Taco Hemingwaya ukazała się blisko dwa miesiące temu. Przez ten czas zdążyła zostać zignorowana przez słuchaczy i znienawidzona przez recenzentów. Czy słusznie?

materiały prasowe

materiały prasowe

SZPRYCER, składniki:

  • białe wino
  • kostki lodu
  • woda sodowa
  • cytryna

Taco Hemingway to twórca niespokojny – w ciągu ostatnich czterech lat dawał poznać się słuchaczom ze ścieżek aż pięciu różnych krążków. Na każdym z nich ukazywał nieco inne swoje oblicze. Na „Marmurze” – jedynej płycie długogrającej – występował w roli narratora i głównego bohatera fabularnego słuchowiska. Jeszcze wcześniej został okrzyknięty „raperem hipsterów” i „głosem pokolenia umów śmieciowych”. Kolejne błyskotliwe koncepcje zamykał w krótkich cyklach utworów nagranych na wydawanych rokrocznie minialbumach. Wypuszczając ostatni z nich – „Szprycer” – na przełomie lipca i sierpnia tego roku, dotrzymał zapowiedzianego terminu, co w rapowym świecie stanowi rzadkość. Tym samym Filip Szcześniak okazał się także twórcą zdyscyplinowanym.

Białe wino

A jak smakuje „Szprycer”? Trzydziestopięciominutowa EPka od pierwszych chwil brzmi inaczej, niż spodziewałby się – taki jak ja – niedzielny słuchacz, który wciąż tkwi głęboko zanurzony w wersach i brzmieniach debiutanckiego „Trójkąta warszawskiego” lub złotodajnej „Umowy o dzieło”. W bitach stworzonych przez czterech producentów: Zeppy’ego Zepa, Borucci’ego, Du:ita oraz – znanego z większości dotychczasowych numerów Hemingwaya – Rumaka, syntezatory dominują nad zapożyczonymi samplami, stopa i dudniący bas odzywają się w kościach, a gdzieniegdzie dają się poznać charakterystyczne odgłosy automatu perkusyjnego TR-808. Moi bardziej zafascynowani hip-hopem znajomi skomentowaliby je czymś w rodzaju: „Widać, że nawet tutaj odciskają się wpływy przybyłej zza oceanu mody na trap”. Ja czuję tylko, jak zmieniają się tempa i figury rytmiczne, a równolegle do tych zmian gęstnieje lub rozrzedza się nawijka warszawskiego rapera – nawet kilkakrotnie w obrębie jednego kawałka. Jeśli jednak pominąć te „pułapki” na słuchacza, a w odbiorze aranżacji pozbyć się kontekstu poprzednich albumów Taco, to podkłady na „Szprycerze” nie przyciągają uwagi.

Kostki lodu

„Ludzie by chcieli tu lepszej techniki / Przyśpieszeń, hasztagów i więcej impetu / Ludzie by chcieli kolejnej repliki”mówił Hemingway dwa lata temu na trackach „Umowy o dzieło”. Dla wszystkich, którzy widzą się wśród opisanych „Ludzi”, mam złą wiadomość. Szcześniak i tym razem podjął niewiele prób popisania się technicznymi zdolnościami, a nieliczne triole czy podwójne rymy na ścieżkach EPki nie brzmią zbyt imponująco. Co wcale nie znaczy, że niekorzystnie wpływają na całość kompozycji. Nawet niedoskonałe wykonawczo przyspieszenie, zastosowane we właściwym miejscu, sprawdza się moim zdaniem nie gorzej niż charakterystyczne dla Taco, wyluzowane, zimne, niemal obojętne flow. U MC cenię bowiem świadome i celowe użycie środków wyrazu.

Czy wszechobecny na „Szprycerze” autotune także został użyty świadomie i celowo? Trudno powiedzieć. W rozpoczynającym minialbum numerze „Nostalgia” sprawdza się świetnie – odsuwa od słuchacza słowa refrenu, łagodzi dynamikę, podkreśla lekko oniryczny nastrój zwrotek, w których Taco dokonuje retrospekcji. Z początku sądziłem, że efekt elektronicznego stroiciela wokalu został zastosowany jako dowcip lub ironiczna gra z konwencją. Jednak, kiedy autotune pojawił się w kolejnym kawałku i w następnym, żart przestał śmieszyć, a wtyczka, która wspomaga wokal warszawskiego rapera w śpiewanych refrenach, zaczęła przede wszystkim drażnić. Na szczęście gros płytowego materiału to chłodne, wyrapowane nieco do przodu wersy, z których każdy kończy się peonem I*  – znakiem rozpoznawczym Taco Hemingwaya.

*(Tak nazywa się stopa metryczna zamykająca wiele linijek autorstwa Filipa Sześniaka, przykłady:  „Narodowy”, „album nowy”, „bardzo proszę”, „idź się ożeń”)

Woda sodowa

„Dziewięć piosenek o niczym i o wszystkim” – w ten sposób autor lapidarnie opisuje zawarte na płycie teksty. Jacek Skolimowski w recenzji dla Newsweeka (a za nim kilku innych krytyków) kwituje – „raczej o niczym”. Na przekór jednemu i drugiemu dostrzegam w opowieści zaserwowanej na „Szprycerze” kilka silnych, dających się wyróżnić wątków. Podmiot liryczny tego cyklu piosenek to raper „tuż przed trzydziestką”, w rozkwicie popularności. Seria podobieństw do życiorysu Filipa Szcześniaka, nawiązania do jego znanych piosenek sprawiają, że chce się utożsamić go z wykonawcą. Szprycerowy Taco konfrontuje się ze wszystkimi dysonansami, jakich dostarcza proces stawania się osobą publiczną. Inaczej odbiera miasto – nocna, imprezowa Warszawa przestaje być przyjazna. Hemingway zmienia swój stosunek do przypadkowo spotykanych ludzi. Trudno powiedzieć, czy autoironicznie, czy serio porównuje się do greckich bogów – Zeusa (w „Chodź”) i Dionizosa (w „”). Ciągnącą się przez kolejne utwory sytuację liryczną doskonale ilustruje okładka albumu. Na pierwszym planie siedzący Taco popija z kieliszka szprycer. Dookoła opary różowej mgły, w oparach sylwetka dziewczyny, która wyciąga rękę z telefonem komórkowym, żeby zrobić sobie zdjęcie w towarzystwie rapera.

Bolączki sławy, fałszywi nowo poznani kumple, nieszczerzy starzy znajomi? To naprawdę wyświechtane motywy rapowych songów.

Cytryna

Nie dziwią zatem zawiedzione głosy fanów. Trudno utożsamiać się, czy chociaż empatyzować, z historią tak odległą od doświadczenia znakomitej większości słuchaczy. Ponadto, nagrywając płytę egocentryczną, Taco stracił jeden ze swoich największych autów – porzucił rolę uczestniczącego obserwatora. W utworze „Saldo ‘07” Szcześniak pisze o otaczających go ludziachOni gadają, płaczą, krzyczą, a ja nic nie słyszę”. Na „Szprycerze” podmiot liryczny piosenek Hemingwaya wsłuchuje się przede wszystkim w siebie. Nie ma tu miejsca dla „pokolenia na umowie zleceniu”, nie ma miejsca dla jakiegokolwiek pokolenia. Może właśnie dlatego – pomimo doskonałych wyników sprzedaży albumu – teksty z ostatniej EPki Taco nie trafiają do polskiej popkulturowej memosfery?

Do dna?

Bity niekojarzone dotąd z alternatywą, opowieść o świecie oderwana od światów słuchaczy, brak technicznej doskonałości w zamian – to wszystko zniechęciło do najnowszej płyty Hemingwaya jego dotychczasowych wielbicieli. Recenzenci w osty sposób komentowali zmiany w aranżacjach i liryce – autor przezwany został „Taco Coelho”, a wersy jego nowych piosenek mają ponoć „wywoływać śmiech”. Większość z tych reakcji wydaje mi się przesadzona. Szprycer absolutnie nie sięga dna, ani nawet się do niego nie zbliża, jak próbowali sugerować niektórzy krytycy. Hemingway faktycznie nie przechodzi nad poprzeczką zawieszoną wysoko przez swoje poprzednie produkcje. Lecz nie dlatego, że nie byłby w stanie spełnić oczekiwań dziennikarzy i fanów – on po prostu przestał uprawiać skok o tyczce. Tym razem postanowił spróbować sił w grze w bilard. Choć sam także wolałem kibicować skokowi o tyczce, w niepopularnej decyzji rapera widzę raczej objaw artystycznej dojrzałości, a nie upadku.