dwutygodnik internetowy
26.03.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Klubowy przełom marcowy

Nam chodziło o przyzwoitość, przyzwoitość wobec pamięci o Żydach mieszkających kiedyś z nami, o zadośćuczynienie za nasze wcześniejsze zachowania. Uczyło nas to pewnych ludzkich postaw. Tamte lata były przełomem dla Klubu, nasze późniejsze zaangażowanie wyrosło z marca.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Z Krzysztofem Śliwińskim rozmawiał Witold Kunicki-Goldfinger.

***

Uświadomiłem sobie przy okazji tej rocznicy, jak ona jest szalenie przełomowa. Także dla mnie osobiście – gdyby nie 8 marca 1968 roku, w tej chwili byłbym prawdopodobnie emerytowanym profesorem fizjologii zwierząt. To przez Marzec wkroczyłem na drogę polityczną.

Wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat były dla KIK-u i dla Sekcji Kultury przełomem. Właściwie do marca 1968 roku – z pewnymi wyjątkami takimi jak list biskupów polskich do biskupów niemieckich z roku 1966 – trzymaliśmy się tego, że Klub jest bytem społeczno-kulturalnym i że nie mieszamy się w politykę. Od zaangażowania politycznego było Koło Posłów „Znak” i to na nim ciążyła polityczna odpowiedzialność, a my w klubie mieliśmy się zajmować sprawami społeczno-kulturalnymi. Nie był to zresztą podział narzucony, a uwewnętrzniony.

Zmuszeni do działania

Natomiast 1968 rok był momentem, w którym obudziła się w nas świadomość, że nie można stać z boku i nie działać. Wielokrotnie w naszych dyskusjach powracały słowa „non possumus non loqui”, oznaczające „Nie możemy nie mówić” (Dz 4, 20). Prymas Wyszyński używał ich, wyznaczając granicę działania Kościoła – co do zasady Kościół nie angażuje się w politykę, jednak są sytuacje, w których nie może się nie wypowiedzieć, nie może milczeć dalej. Ten obowiązek spada również na wszystkich katolików. Słowa z Dziejów Apostolskich oddają w pełni naszą postawę: kiedy nadchodzi sytuacja, w której biją studentów, aresztują i zmuszają do emigracji Żydów, to wymusza ona na nas zmianę podejścia. Władza przekroczyła granicę i tym samym zmusiła nas do reakcji, sprowokowała do sprzeciwu, zaangażowania, działania.

Właśnie wtedy, w marcu 1968 roku, gwałcono konstytucję, mieliśmy więc sytuację w pełni odpowiadającą zasadzie „non possumus non loqui”. To nie było tak, że my chcieliśmy wejść w politykę i działać politycznie – zostało to na nas wymuszone. Już nie mogliśmy udawać, że my jesteśmy tylko od kultury, ponieważ polityka sama brutalnie weszła w nasze życie. Z mojej perspektywy, z naszej klubowej perspektywy, to, co działo się wcześniej na Uniwersytecie Warszawskim – komandosi, walterowcy i rewizjoniści oraz list Kuronia i Modzelewskiego – to wszystko były elementy gry wewnątrz władzy, wewnątrz innego nurtu. Rozumieliśmy to jako polityczne walki frakcyjne o władzę i sami staliśmy obok. Mogliśmy jedynie sympatyzować bardziej z jednymi niż z drugimi.

Spójrzmy na przykład. Kiedy z Uniwersytetu wyrzucano Michnika i Szlajfera, to my z Klubu – to znaczy ja z Krzysiem Byrskim i Jankiem Kieniewiczem, który był z duszpasterstwa na Rakowieckiej – rozważaliśmy, co zrobić. Czy mamy obowiązek przeciwstawić się ich wyrzuceniu? Otóż ustaliliśmy, nie przypadkiem, że jednak nie zareagujemy. Pracowaliśmy wtedy na Uniwersytecie i argumentem dla nas było wtedy to, że nie zmusza nas do tego solidarność zawodowa: wyrzucani nie byli pracownikami, ale studentami. Teraz widzę, że szukaliśmy pretekstu moralnego, który usprawiedliwiłby naszą bierność. Uznaliśmy po prostu, że w gruncie rzeczy sytuacja ta jest wynikiem konfliktów wewnątrz obozu władzy. Dlatego sam nie poszedłem na wiec, choć o nim świetnie wiedziałem.

Zjednoczenie z protestującymi

Trzeba sobie uświadomić, że 8 marca to jeszcze nie był czas, kiedy środowisko klubowe było zintegrowane z nurtem protestu. Widzieliśmy wydarzenia z bliska, przyglądaliśmy się im. Znaliśmy niektórych ludzi spośród środowiska protestujących. Z naszego punktu widzenia wiec był organizowany przez jedną z czerwonych frakcji przeciw innej frakcji czerwonych. I myśmy pryncypialnie nie podpisywali listów „w obronie”. Choć oczywiście mówię głównie za siebie.

A co do patrzenia z boku na ówczesną młodzież, to przypominam sobie pewną historię. Otóż wówczas byłem zaprzyjaźniony z Anną Radziwiłł, nauczycielką liceum Lelewela na Żoliborzu. Ona wtedy lepiej znała walterowców, a ja już wówczas kojarzyłem komandosów z ich uczestnictwa w spotkaniach ZMS. Pamiętam, jak raz stwierdziła: „Ale jedno sobie trzeba powiedzieć o tych walterowcach – to nasza najlepsza młodzież”. Sami nie byliśmy zaangażowani i patrzyliśmy z góry na ludzi uwikłanych w komunistyczne struktury. Chociaż jednak korzenie ideowe walterowców nie były bliskie naszym, to wciąż uznawaliśmy ich za naszą najlepszą młodzież. Cechowali się szlachetnością, kierowali się ideami, angażowali się w życie publiczne ideowo, a nie czysto konsumpcyjnie i rozrywkowo.

Wróćmy do naszego Marca. Choć był to niewątpliwie przełom, to stanowił efekt procesu, który trwał od pewnego czasu. Byliśmy już po liście biskupów polskich, obchodach milenium. Klub był stowarzyszeniem katolicko-społecznym, jednak w marcu 1968 roku granica naszego funkcjonowania niezaprzeczalnie musiała zostać przemieszczona. Mogliśmy się jedynie zastanawiać, jak daleko ją przesunąć.

Pamiętam pewną historię związaną z naszym środowiskiem, z Sekcją Kultury i kościołem św. Marcina. Co tydzień chodziliśmy do tego ostatniego na Msze Święte odprawiane przez księdza Bronisława Dembowskiego, ówczesnego rektora kościoła, a późniejszego biskupa. Dodatkowo co którąś niedzielę – chyba raz w miesiącu po Mszy Świętej – byliśmy zapraszani na tak zwaną „kawę u Bronka” w jednej z sal kościoła. Poszliśmy też 10 marca, a Bronek wówczas wygłosił, ku naszemu zaskoczeniu, zwykłe religijne kazanie. Podeszliśmy do niego później z pretensjami – o czym on mówi w takim czasie? Do tej pory pamiętam, jak Bronek odparł zaskoczony: „Dlaczego wyście mi nic nie powiedzieli przed mszą?”. On w gruncie rzeczy miał ten sam sposób myślenia co my, choć nie widział, jak biją ludzi, więc nie widział powodu, aby reagować.

Tydzień później akurat była liturgia o próbie Jezusa. O tym, jak faryzeusze pytają Jezusa, czy wolno płacić podatki cesarzowi, czy też nie. Zresztą ten fragment Ewangelii był ulubionym cytatem władzy: „Oddajcie cesarzowi, co cesarskie”. Wówczas Bronek, z ambony, powiedział do nas: przecież to prowokatorzy, sami to przyznają – przyszli, żeby wystawić Go na próbę i w konsekwencji złapać. Nie można dać się zastraszyć tym słowom, trzeba przemyśleć, gdzie są granice tego podziału. I my musieliśmy na nowo podjąć decyzję: co przynależy do cesarza, a co do Boga?

***

Następował więc przełom – włączaliśmy się coraz bardziej w przestrzeń polityczną, ludzka przyzwoitość nie pozwalała nam pozostać biernymi. Stopniowo zaczęliśmy w Klubie udzielać rozmaitego wsparcia. Na przykład przygotowywaliśmy listy osób aresztowanych. Na naszych maszynach do pisania można było swobodniej pisać, inne były już często namierzone, a nasze jeszcze nie. Ta nasza wcześniejsza klubowa niewinność polityczna powodowała, że łatwiej nam było działać. Strasznie trudno było z nas zrobić rewizjonistów czy syjonistów.

Po paru miesiącach dowiedzieliśmy się, co władza o nas myśli. Towarzysz Józef Kępa, pierwszy sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR, podczas stołecznego plenum wymieniał różne kategorie wrogów, jakie objawiły się w Marcu. Wymienił między innymi rewizjonistów, syjonistów i moralistów marcowych – tymi ostatnimi byli ci, którzy z pseudohumanitarnych pobudek okazali wrogość władzy ludowej. Właśnie do tej ostatniej grupy przydzielił mnie towarzysz Kępa. To było dla mnie przełomowe doświadczenie – z nazwiska zostałem przez sekretarza Komitetu Warszawskiego zakwalifikowany jako wróg, moralista marcowy. Zostało to publicznie powiedziane, miałem już zdartą maskę. Trzeba było więc iść dalej.

Zadośćuczynienie i pamięć

Ściśle powiązana z Marcem jest coroczna akcja sprzątania cmentarza, którą zapoczątkowaliśmy w ramach Sekcji Kultury w 1973 roku. Odtąd co roku przez pięć kolejnych dni czerwcowych grupa ludzi – głównie studentów – będzie przez parę godzin dziennie sprzątała cmentarz żydowski. Wycinała chwasty, przycinała krzewy. A po pracy organizowana będzie Msza Święta oraz spotkania o kulturze żydowskiej.

Zacznijmy jednak od początku. Ważny bezpośredni impuls w kontekście cmentarza żydowskiego przyszedł dla mnie z nurtu pojednania z Niemcami. Główną postacią była tutaj pani Anna Morawska oraz jeszcze parę osób ze środowiska Znaku. Utrzymywały one kontakty z ruchem Aktion Sühnezeichen – Akcją Znaku Pokuty. Był to ważny ruch protestantów chcących pokutować za wojenne winy Niemców, a funkcjonował równolegle w Niemczech Wschodnich i Zachodnich (obecnie działa również – jako jedna organizacja Aktion Sühnezeichen Friedensdienste).

Akcja Znaku Pokuty organizowała spotkania, seminaria i konkretną pracę w miejscach pamięci. Ten nurt opierał się na pokoleniu, które uznało, że powinno – w konkretny, fizyczny sposób – zrobić coś dobrego w miejscach, gdzie popełniono zbrodnie, gdzie mordowano ludzi, w obozach zagłady, ale też w szpitalach dla psychicznie chorych. Niemcy przyjeżdżali między innymi do Polski, do Auschwitz. Myśmy też chcieli w jakiś sposób zadośćuczynić za własne, polskie winy związane z Marcem. Z naszej perspektywy opuszczony cmentarz świetnie się do tego nadawał. To była pewna forma protestu, a zarazem wyrażenia poparcia; połączone zostały pojęcia „znak” i „słowo”. Pierwsze związane było ze sprzątaniem cmentarza, a drugie ze spotkaniami o kulturze żydowskiej. Słowo zostało wzmocnione przez znak.

Pamiętajmy, że ówczesny cmentarz przy ulicy Okopowej znacznie się różnił od dzisiejszego. Sam na ten kirkut trafiłem dopiero gdzieś w połowie lat 60., a dokładniej chyba w 1965 roku. Przyjechał wtedy do Polski Richard Rubenstein – jeden z pierwszych rabinów, którzy pisali o judaizmie po Holocauście. Oprowadzać go po żydowskiej Warszawie, dawnym getcie i cmentarzu miał Władysław Bartoszewski, ja natomiast zostałem poproszony o bycie tłumaczem. To było dla mnie niezwykłe spotkanie z Bartoszewskim, trwało tylko pół dnia, ale zapamiętam je do końca życia. Właśnie wtedy trafiłem na cmentarz i wywarł on na mnie niezapomniane wrażenie. Był kompletnie opuszczony i zaniedbany, a przy tym gigantyczny. Najbardziej zwróciłem uwagę na to, że cały cmentarz gęsto porastały drzewa o jednakowej wysokości. Na zwykłych cmentarzach żydowskich drzew właściwie nie ma, bo wszędzie są kamienie, a tutaj – odwrotnie. Było dokładnie widać, w którym roku miasto przestało żyć, kiedy doszło do wielkiego dramatu i kataklizmu. Wszystkie te drzewa zasiały się w tym samym czasie. Są żywą pamiątką tego momentu.

Później przychodziłem na ten cmentarz już częściej, przyprowadzałem swoich znajomych. Natomiast w 1968 roku to miejsce świetnie nadawało się do konspiracji. Jeśli chciałem z kimś zupełnie swobodnie rozmawiać, nie obawiając się podsłuchu, to umawiałem się właśnie na cmentarzu. W Łazienkach nie było wiadomo, czy za nami nie idą esbecy i nas nie podsłuchują, a na cmentarzu mogliśmy łatwiej stwierdzić, czy jesteśmy śledzeni, czy też nie. Tam prawie nikt nie chodził, był jeden stróż i jedna brama. Poza tym z różnych stron mur był dziurawy, łatwo można było się dostać do środka.

***

Chcieliśmy przypomnieć  o Żydach i ich kulturze – przeprosić ich za nasze polskie przewinienia. W 1973 roku zorganizowaliśmy pierwszą akcję sprzątania. Przez parę dni w czerwcu grupa młodych ludzi z Sekcji Kultury i ich znajomi starali się przywrócić blask zapomnianego cmentarza. To miało dla nas również głęboki wymiar religijny, ponieważ każdego dnia po pracy jechaliśmy do sióstr Zmartwychwstanek na Żoliborzu, gdzie była odprawiana Msza Święta, a na końcu odbywały się spotkania dotyczące kultury żydowskiej i jej powiązań z kulturą polską. W ten sposób narodził się Tydzień Kultury Żydowskiej (nawiązujący do Tygodni Kultury Chrześcijańskiej): pięciodniowa akcja odbywająca się co roku w czerwcu.

Był jeszcze jeden powód, dla którego zaczęliśmy działać. Jeszcze przed 1973 rokiem władza ogłosiła plan przedłużenia ulicy Gęsiej (Mordechaja Anielewicza); miała ona być pociągnięta przez cmentarz na Młynów. To by oznaczało nawet dalej idące zatarcie pamięci o tych wszystkich ludziach i całej społeczności żydowskiej. Przekonaliśmy się wówczas do działania. Przywracaliśmy pamięć, poznawaliśmy ludzi będących przez wieki naszymi współobywatelami. To było również ważne miejsce integrujące różne środowiska, które wcześniej nie miały żadnych szans się spotkać. Po raz pierwszy zetknęli się tutaj między innymi Marek Edelman i Jacek Kuroń.

Nam chodziło o przyzwoitość, przyzwoitość wobec pamięci o Żydach mieszkających kiedyś z nami, o zadośćuczynienie za nasze wcześniejsze zachowania. Chcieliśmy pokutować na wzór Aktion Sühnezeichen za nasz marzec 1968 roku. Uczyło nas to pewnych ludzkich postaw. Tamte lata były przełomem dla Klubu. Gdyby nie one, nie byłoby naszego udziału w Solidarności czy aktywności w okresie transformacji. Klub wyglądałby inaczej – nasze późniejsze zaangażowanie wyrosło z Marca.

***

Rozmowa z Krzysztofem Śliwińskim odbyła się w przededniu pięćdziesiątej rocznicy 8 marca 1968 roku. Fragmenty uzupełnione zostały o wcześniejszy wywiad z 2017 roku.

Tekst jest publikowany pięćdziesiąt lat po posiedzeniu Sejmu, podczas którego odbyła się dyskusja nad interpelacją posłów Znaku. Miała ona miejsce w Wielki Tydzień 1968 roku.

 

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Prof. Friszke: PRL – oswojona dyktatura

Nasz i wasz „gwiezdny czas”