dwutygodnik internetowy
8.02.2016
magazyn papierowy


Klasztorne reality show. Wszystko można kupić?

Nowe reality show w hiszpańskiej telewizji pokazywać ma drogi powołania kandydatek na zakonnice. Niektórym wydaje się, że to znak zwrotu zachodniej kultury ku religii. Ale to myślenie naiwne. To raczej próba uczynienia towaru z kolejnej sfery naszego życia.

Materiały prasowe (Mediaset Spain)

Materiały prasowe (Mediaset Spain)

W poszukiwaniu kolejnych pomysłów telewizje ponownie zwróciły oczy na religię i Kościół. Tym razem kamery będą towarzyszyły piątce młodych dziewczyn, które postanowiły wstąpić do paru różnych zakonów. Program pod tytułem „Chcę zostać mniszką” reklamowany jest jako opowieść o kobietach, które „będą musiały zrezygnować z luksusów życia w XXI wieku, z codziennego komfortu oraz, oczywiście, technologii, składając śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa”.

W programie – same atrakcje. Bohaterki będą pracowały w żłobku z setkami dzieci, mieszkały w pięćsetletnim, zamkniętym klasztorze, a nawet „ruszały na misję do boliwijskiej dżungli”. Na koniec – jak przekonują twórcy – „kobiety będą musiały zdecydować, czy chcą ofiarować swoje życie Bogu, czy wolą rozwijać swoją wiarę jako osoby świeckie”.

Jaki cel przyświeca twórcom? Sami przyznają, że przede wszystkim chcą dać wgląd w nieznany dotąd świat życia konsekrowanego. To zresztą nie pierwsze reality show dziejące się w klasztorze. W tym emitowanym w 2005 roku przez BBC trzy miliony widzów nie oglądały jednak drogi powołania, czekając na ostateczną decyzję kandydatek na siostry zakonne. Wtedy, w reality show „Klasztor”, pięciu mężczyzn różnych zawodów na czterdzieści dni zamieszkało w opactwie benedyktynów, zachowując reguły panującego tam życia – nie nastawiając się, że zostaną tam choćby dzień dłużej.

Zakonnica jako towar

Niektórzy wyciągają z tego zainteresowania telewizji daleko idące wnioski. Pytają, czy „to, podobnie jak sukces siostry Cristiny we Włoszech, nie pokazuje, że nasza zsekularyzowana, zachodnia cywilizacja tęskni za swoimi judeochrześcijańskimi korzeniami?”. Ale to myślenie naiwne.

Rzeczywiście, w komercyjnych telewizjach coraz częściej pojawiają się ostatnio osoby konsekrowane. Szerokim echem odbiła się wygrana siostry Cristiny Scucci w programie „Voice of Italy”. Niedawno w hiszpańskiej wersji programu pojawił się ksiądz Damian Maria Montes, a australijski ksiądz Rob Galea poszedł na casting do tamtejszego „X Factor”.

Warto jednak pewne rzeczy rozróżnić. Zachodnia kultura nie tyle tęskni za „judeochrześcijańskimi korzeniami”, ile szuka kolejnego rynku zbytu, kolejnej niszy przynoszącej zyski. Po wspomnianym sukcesie siostry Cristiny, która – rzeczywiście – weszła w laicką rzeczywistość przynajmniej częściowo na swoich zasadach (choć obawiam się, że na ogół ostatecznie także to okazuje się mrzonką), telewizje dostrzegły możliwość dalszego wykorzystywania podobnego schematu dla swoich korzyści. Wykazały się inicjatywą. Pomysły takie jak reality show z nowicjatu nie przywrócą jednak tożsamości Europy czy Zachodu jej chrześcijańskiego charakteru (cokolwiek w zasadzie miałoby to znaczyć), ale raczej sprawią, że to, co religijne, zacznie się stawać towarem jak każdy inny. De facto, choć w innej formie, wrócimy do czasów płatnych odpustów i symonii. Ale już na zasadach wielkiego kapitału.

To kolejny wyraz tego, jak konsumpcjonizm jest w stanie zagarnąć wszystko. Nie wierzę w to, że decyzje dotyczące poświęcenia życia Bogu powinno się podejmować w świetle kamer i przy włączonych mikrofonach. Nie wierzę w to, że sceny z udziału w mszach, nabożeństwach, a „nawet z boliwijskiej dżungli” służyć mają czemuś innemu niż zaspokojeniu kolejnej ciekawości – bez przełożenia na życie duchowe widzów. Uczynienie towaru z tak intymnej sprawy, jaką jest powołanie do życia zakonnego, nie służy Kościołowi, religii i samym kandydatkom na mniszki. Raczej prowadzi do ich – zgodnego z logiką współczesnego kapitalizmu – uprzedmiotowienia.

Kupieni przez współczesność

Problemem nie jest wchodzenie w dialog ze światem – ten był, jest i będzie potrzebny. Kłopot polega na prowadzeniu tego dialogu na zasadach, które to ten świat ustala. Zasadach, w których nie sposób grać czysto – nawet jeśli ma się dobre intencje. Zasadach, które wszystkich sprowadzają do roli towaru. Zasadach, grając według których nie sposób się uświęcić. Nie można przecież dwóm Panom służyć – Bogu i mamonie. Musimy być obecni w świecie – to powołanie każdego chrześcijanina. Ale żeby ten świat przemieniać, trzeba umieć rozróżniać między tym, co jest w nim dobre, a tym, co wymaga reakcji. Chodźmy do telewizji, uczestniczmy w programach, pokazujmy w nich swoje wartości. Ale nie pozwólmy stać się bohaterami spektaklu reżyserowanego przez kogo innego. To już pięknoduchostwo.

Wielkie reformy Kościoła, przełomy w duchowości czy potężne dzieła ewangelizacyjne nie polegały na graniu według reguł świata, ale na wchodzeniu w dialog ze światem przy jednoczesnym zwróceniu się do źródeł. Tak było ze świętym Franciszkiem z Asyżu, Soborem Watykańskim II, pontyfikatem Jana Pawła II czy teraz papieża Franciszka. Ten powrót do źródeł oznacza również gotowość do krytykowania tego, co w otaczającej rzeczywistości – zarówno Kościoła, jak i świata – jest złe. Dlatego Franciszek tak mocno krytykuje choćby dyktaturę pieniądza, rynków finansowych i nieokiełznanej konsumpcji.

Płonne są nadzieje tych, którzy wierzą, że takimi programami można przemienić współczesność. Raczej to ona przemieni nas. Przemieli i wypluje. Łatwo sobie wyobrazić, co się stanie, jeśli któraś z bohaterek programu „Chcę zostać mniszką” pod presją kamer złoży śluby wbrew rozeznaniu swojego rzeczywistego powołania. Skończy się to albo nieszczęśliwym życiem w murach klasztoru, albo głośnym odejściem. Które to odejście kamery pokażą równie chętnie.

Otwierajmy się na współczesność. Ale nie pozwólmy się jej kupić.