dwutygodnik internetowy
14.11.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kizwalter: Przemiana rycerza w mieszczanina

Ukształtowany przez „panów” patriotyzm heroiczny stanowił terapię polskiego kompleksu peryferii i stałego poczucia zagrożenia. Dziś odchodzimy od tradycji wojowniczo-obronnej na rzecz codziennego poprawiania jakości życia wspólnoty.

ilustr.: Monika Grubizna

ilustr.: Monika Grubizna

 

Z profesorem Tomaszem Kizwalterem rozmawiają Jan Mencwel i Jan Wiśniewski. Wywiad pochodzi z 24. numeru papierowego Magazynu „Kontakt”, zatytułowanego „Pols-kość niezgody”.

JAN WIŚNIEWSKI, JAN MENCWEL: Co tak naprawdę celebrujemy podczas patriotycznych świąt?

TOMASZ KIZWALTER: Patriotyzm, który każe świętować odzyskanie niepodległości, związany jest z pojęciem ojczyzny, a w szczególności koncentruje się na emocjonalnych z nią związkach. Nie było czegoś takiego jak naród rzymski, co nie przeszkadzało niektórym mieszkańcom imperium twierdzić, że dulce et decorum est pro patria mori. Można również z całą pewnością mówić o patriotach monarchii średniowiecznych – francuskiej, angielskiej, także polskiej. Patriotyzm rozumiany węziej, początkowo będący bardziej postawą niż myślą, pojawia się zatem w Europie wraz z organizacjami politycznymi, które pewne grupy będą uważać za „swoje”.

Osoby przyznające się do uczuć patriotycznych były ze swoją ojczyzną bezpośrednio związane – poprzez identyfikację z organizacją polityczną lub „zrośnięcie” z ziemią. Coś się jednak musiało zmienić, skoro obecnie naturalnym zjawiskiem jest istnienie polskich patriotów, których rodziny od kilku pokoleń mieszkają poza granicami kraju.

Polak z Greenpoint lub z Litwy ma swoją „małą ojczyznę” w Nowym Jorku bądź na Wileńszczyźnie. Odczuwa też zapewne jakąś formę identyfikacji z państwem, które zamieszkuje. Mimo to, gdyby go spytać o „jego” miejsce, często bez wahania wskazałby Polskę. By możliwe stało się dla nas odczuwanie przywiązania do wspólnoty, na zewnątrz której się znajdujemy, musimy znaleźć nowy punkt odniesienia, zdecydowanie bardziej abstrakcyjny niż wspominane „obiekty uczuć”. Mam tu oczywiście na myśli naród, czyli tak zwaną „wspólnotę wyobrażoną”. To pojęcie w ostatnich kilkudziesięciu latach zrobiło oszałamiającą karierę, uwalniając patriotyzm od uwarunkowań terytorialnych.

Kiedy ten typ patriotyzmu pojawia się w historii Polski?

Nowoczesna idea narodu pojawiła się w Polsce u schyłku I Rzeczpospolitej. Wypracowywano ją przez cały XIX wiek, a swoją klasyczną formę osiągnęła mniej więcej u progu I wojny światowej. Musimy jednak pamiętać o tym, że w XIX wieku idea ta upowszechniała się tylko wśród warstw, umownie mówiąc, „wyższych”, i dopiero w XX wieku nabrała charakteru bardziej demokratycznego. Niełatwo odpowiedzieć na pytanie, kiedy tożsamość narodową uzyskali chłopi i kiedy stali się polskimi patriotami. Pewne symptomy myślenia patriotycznego pojawiły się wśród nich pod koniec I wojny światowej oraz w trakcie wojny polsko-bolszewickiej. Istnieją jednak argumenty skłaniające do przyjęcia opinii, że pełna demokratyzacja idei patriotyzmu dokonała się w Polsce dopiero po II wojnie światowej.

Mówi pan, że oznaką pojawiającego się chłopskiego patriotyzmu jest zaangażowanie w wojny obronne. Jak jeszcze manifestowali swój patriotyzm XIX-wieczni Polacy?

Na początku XIX wieku pojawili się ludzie mówiący i piszący o patriotyzmie. Kolejnym krokiem stała się popularyzacja zestawu symboli, które pozwalały na manifestowanie patriotycznych uczuć: znaczek w klapie, flaga w oknie, udział w przemarszu. Osoba posługująca się tymi rekwizytami czy wykonujące te praktyki wysyła wyraźny sygnał, że w momencie próby zachowa się tak, jak oczekuje tego od niej dyskurs patriotyczny. Z kolei następuje praktyczna weryfikacja składanych deklaracji. Może ona wyglądać rozmaicie. Czasem będzie to sytuacja typu „wróg u bram”, w której pojawia się możliwość udzielenia odpowiedzi na absurdalne w warunkach pokoju pytanie: „Czy oddałbyś życie za ojczyznę?”. Ale może to być też zwykła codzienność. Tak jak w przypadku każdej miłości, miernikiem emocjonalnego stosunku do ojczyzny jest to, ile jesteśmy w stanie dla niej poświęcić – im więcej, tym bardziej kochamy. Nie będzie więc nadużyciem stwierdzenie, że granicę patriotyzmu może współcześnie wyznaczać unikanie płacenia podatków.

Mówi się, że codzienny, propaństwowy patriotyzm jest słabą stroną Polaków. Może trudno się temu dziwić? Przecież od kiedy naród polski miał okazję zdać sobie sprawę z własnego istnienia, władza państwowa była zazwyczaj nie tylko opresyjna, ale też narzucona i obca.

Rzeczywiście, proces kształtowania nowoczesnego polskiego patriotyzmu przebiegał w warunkach braku państwa, co z pewnością nie pozostało bez wpływu na jego kształt. Ja zwróciłbym jednak uwagę na inne elementy polskiej rzeczywistości XIX wieku, które mogły wywrzeć duży wpływ na kształtowanie się postawy patriotycznej. Po pierwsze, społeczeństwo polskie było w tym okresie głęboko podzielone na „panów” i „lud”. Nie można o tym zapominać, choć każda tradycja patriotyczna ma tendencję do zacierania tego podziału, przedstawiając naród jako nieskazitelną jedność. Jest to fikcja, zwłaszcza w przypadku polskim, w którym podział był bardzo głęboki. Wiązał się z przynależnością Polski do kręgu „Europy pańszczyźnianej”. Termin „pańszczyzna” może brzmieć dziś jak szkolny frazes, ale jeśli przyjrzymy się temu zjawisku uważniej, to nie ujdzie naszej uwadze, że panujący w Polsce system pracy przymusowej był całkiem podobny do niewolnictwa, które zresztą utrzymywało się w USA mniej więcej tak długo jak praca przymusowa w zaborze rosyjskim. Czyli do lat sześćdziesiątych XIX wieku.

Jakie są konsekwencje wspomnianego podziału na „panów” i „lud”?

Poczuwająca się do uczuć patriotycznych warstwa wyższa nadała postawie patriotycznej postać, która była odbiciem tego, co „panowie” uważali za wartościowe. A że byli oni bezpośrednimi spadkobiercami spuścizny szlachecko-rycerskiej, to można im przypisać pojawienie się typowych dla polskiego patriotyzmu kawaleryjskich ideałów poświęcania się, walki i oddawania życia. Inną konsekwencją wyjątkowej pozycji tej warstwy jest utrzymujące się do dziś zdominowanie dyskursu patriotycznego przez wyobrażenia zaczerpnięte z czasów I RP. Znaleźć je można tak w twórczości akademickiej, jak i w publicystyce. I to nie są tylko symbole – poważnie mówi się, że w kontuszu, w dworku, w republice szlacheckiej znaleźć można esencję polskiej miłości do ojczyzny.

ilustr.: Monika Grubizna

ilustr.: Monika Grubizna

Wszystkie społeczeństwa – czy może raczej narody – europejskie zachowywały w pamięci wzorce rycerskie i w wielu miejscach przywiązana do nich arystokracja odgrywała istotną rolę w rozpowszechnianiu patriotyzmu. Dlaczego akurat w Polsce te wzorce odegrały rolę główną?

By uczynić codzienną gotowość do małych poświęceń elementem patriotyzmu, konieczne było wzbogacenie postawy „rycerza” o postawę „mieszczanina”. A etos mieszczański nie mógł pojawić się w Polsce z prostego powodu: prawie nie było tutaj mieszczaństwa. Właśnie ta krytykowana, wykpiwana przez artystów i intelektualistów tradycja mieszczańska miała ogromne znaczenie dla formowania się nowoczesnej Europy. Modernizacja weszła w życie mieszkańców Europy, dezorganizując ustalone od stuleci zasady życia społecznego, a mieszczaństwo zdołało wypracować program efektywnego wchodzenia w nowoczesność. Ta „mieszczańska szkoła”, w której wychowywano samych siebie, swoje dzieci, a następnie „lud”, była trudna i wymagająca. Idealny mieszczanin miał być pod wieloma względami zaprzeczeniem szlachcica-kawalerzysty: pracowity, sumienny, rzetelny w czynnościach dnia codziennego, oszczędny (jeszcze!), zdyscyplinowany. Mieszczański program społecznego wychowywania miał na pewno wiele wad i, jak mówili niektórzy, „niszczył człowieka w człowieku”, ale wielki sukces państw Zachodu, też zresztą bezlitośnie krytykowanych, zbudowany został właśnie na mieszczańskim fundamencie.

Jakie to miało przełożenie na kształt polskiego patriotyzmu?

Cechą wyróżniającą polski patriotyzm stała się gotowość do wielkich, czasem ostatecznych poświęceń w sytuacjach kryzysowych. Ale konsekwencją tej ofiarności było i jest przekonanie, że codzienna, mało spektakularna praca na rzecz państwa i wywiązywanie się z prozaicznych zobowiązań wobec niego nie jest niczym godnym uwagi – a przecież większa część życia każdego narodu odbywa się w realiach codzienności. Sprawia to, że polski patriotyzm można nazwać „heroicznym”.

Taki heroizm nie zawsze musi być wadą.

Oczywiście, bywał nawet wielką zaletą. Wydaje mi się jednak, że krytyczne spojrzenie i podejmowanie refleksji nad wadami jest bardziej owocne niż ciągłe podkreślanie zalet. Odruch budowania dobrego samopoczucia jest bardzo silny i nie trzeba ludzi do tego zachęcać. Zawsze znajdą się też ideolodzy, którzy w tym pomogą, mówiąc: „Nie krytykujmy się tak, nie biczujmy się, nic dobrego z tego nie wyniknie, stracimy pewność siebie”. Zwróćmy jednak uwagę na to, że społeczeństwa odnoszące sukcesy, społeczeństwa, którym się dobrze powodzi, są zazwyczaj skłonne do samokrytyki. Pewne przeczulenie na punkcie własnych słabości jest nieodłączną cechą kultury europejskiej w jej najlepszym wydaniu. A zanik samokrytycyzmu zawsze prowadził na manowce i wyzwalał straszne nieraz wady. Kiedy więc patrzymy krytycznie na nasz patriotyzm, praktykujemy jedną z rozsądniejszych form uczestniczenia w nim.

W tym świetle stosowne wydaje się pytanie o inne defekty, których można się w polskim patriotyzmie doszukać.

Wskazałbym na terapeutyczną funkcję, którą ten patriotyzm spełnia. Jest ona związana z peryferyjnym położeniem naszego kraju i stanowi próbę przekucia wyraźnego i boleśnie namacalnego defektu w zaletę. I o ile różnorodne strategie pocieszania się były czymś uniwersalnym na europejskich peryferiach, o tyle w Polsce zyskały one dość specyficzny rys. W polskiej literaturze, myśli politycznej czy filozoficznej ostatnich dwustu lat niezwykle popularne jest przeciwstawienie zgniłego moralnie Zachodu czystemu polskiemu duchowi, który nie tylko tworzy alternatywę dla dekadencji, ale także w sprzyjających okolicznościach może doprowadzić do odrodzenia przegniłej cywilizacji. Równolegle utrwala się przekonanie o „fatalnym losie polskim”. Katastrofy narodowe zaczynają być traktowane jak esencja polskości. Podskórnie czujemy, że Polacy muszą być skazani na koszmarne doświadczenia, a świat jest im wrogi. I gdy zdarzy się coś, co potwierdza ów fatalizm, mamy zazwyczaj do czynienia z prawdziwym wybuchem patriotyzmu. Dlatego też patriotyzm codzienny wydaje nam się mało sensowny. I tak trzeba będzie w końcu walczyć, poświęcić się, i tak wszystko przepadnie. Po co więc budować, pracować? Wydaje mi się, że to bardzo aktualny spadek po XIX wieku: współcześnie, niezależnie od stabilizacji politycznej i braku perspektyw wojny, w odczuciu dużej części polskiego społeczeństwa los Polaka jest zagrożony.

Jaki temat z podręcznika historii byłby najlepszym przykładem takiej postawy?

Kulminacyjnym momentem oddziaływania omawianej wersji patriotyzmu jest połowa XIX wieku. To epoka, w której romantyczne idee zakorzeniły się w znacznej części społeczeństwa na tyle mocno, że na fali patriotycznej gorączki doprowadziły do powstania styczniowego. Od samego początku miało ono znikome szanse powodzenia, za to cieszyło się szerokim poparciem społecznym, co zaowocowało poruszającymi scenami: w Warszawie podczas manifestacji w 1861 roku ludzie pod kulami klęczą, modlą się i śpiewają. To był szczyt patriotycznego uniesienia! Heroicznego i ufundowanego na wierze w odkupieńczą misję. Przecież jeszcze przed rozpoczęciem działań zbrojnych patrzono na polską walkę o niepodległość w kategoriach mistycznych, uświęcających przegrane zrywy. Wydarzenia roku 1863 wyrosły z takiego sposobu myślenia, a później stały się dla niego ważnym punktem odniesienia.

Nie było ludzi, którzy protestowali przeciwko takiej wizji walki o niepodległość?

Oczywiście, że byli – cały, zróżnicowany zresztą, obóz umiarkowanych – ale orientacja ta została zepchnięta na margines przez przemawiający do emocji polityczny romantyzm. Po klęsce powstania odżyła między innymi w środowisku pozytywistów warszawskich.

Czy w realiach braku państwa i istnienia opresyjnych, walczących z polskością sąsiadów, wizja bardziej stonowanego patriotyzmu miała jakiekolwiek szanse zakorzenienia w społeczeństwie?

Istotnie, nawyk obrony zagrożonej tożsamości wydaje się czymś naturalnym. Od razu pojawiają się jednak nierozstrzygalne wątpliwości co do skuteczności strategii „heroicznej” i, powiedzmy, „pragmatycznej” lub „minimalistycznej”. Jeśli jakieś społeczeństwo przez dziesięciolecia miało negatywne doświadczenia w kontaktach z sąsiadami, żyło w stanie zagrożenia i musiało bronić swojej odrębności, nie ma nic zaskakującego w tym, że jego lęki utrzymują się także w czasie stabilizacji. Wraca tu również kwestia lęku przed modernizacją – bo jeśli kontakty z obcokrajowcami kojarzą się głównie z opresyjnością, to nic dziwnego, że niektórzy patrioci negować będą wszystko, co przychodzi z zewnątrz. Czy będzie to język rosyjski w szkole, czy niemiecki kapitał inwestowany w budowę fabryk.

U progu niepodległości wróciły jednak w Polsce próby ugruntowania patriotyzmu codziennego.

W 1902 roku ukazały się „Myśli nowoczesnego Polaka”. To data symboliczna, nie tylko dla ruchu narodowego, który szuka w „Myślach” swojej genezy, ale także dla dziejów polskich modeli patriotyzmu. Roman Dmowski, opisując polski patriotyzm heroiczno-terapeutyczny, nie przebiera w słowach, grzmiąc, że jest on tworem zupełnie bezsensownym. Jego zdaniem nowocześni patrioci powinni być skuteczni i pragmatyczni. Oczywiście, czasem trzeba życie ofiarować, ale z sensem. Program Dmowskiego był programem modernizacyjnym, dzięki któremu Polacy mieli stać się mieszczanami w stylu zachodnim.

Te pomysły zostały dziś zapomniane. Słysząc, że Dmowski był nowoczesny, wielu oburza się i chce bronić dobrego imienia nowoczesności. Ona jednak taka właśnie była, a Dmowski był jej czołowym przedstawicielem. Dopiero z czasem ruch narodowy zaczął wycofywać się ze swojej radykalnej postawy i sukcesywnie przyswajać tradycję szlachecką i romantyczną. W efekcie nacjonaliści zmienili się w tradycjonalistów, a współczesna postawa narodowa jest ideologicznie bardzo bliska wzorcom, na które Dmowski początkowo reagował jak na zabobon i do przezwyciężenia których wzywał.

Znaczy to, że dwa wielkie programy, które chciały nadać patriotyzmowi nowy wymiar, poniosły całkowitą klęskę. W obu przypadkach zwyciężył model „gorący”. W jaki sposób na kwestię patriotyzmu zapatrywał się ruch socjalistyczny, który rodził się w tym samym co endecja czasie?

Na początku późniejsze „lewica” i „prawica” tworzyły jedno środowisko, skupione wokół założonego w 1886 roku czasopisma „Głos”. Była to gazeta młodych, walczących z tradycją radykałów. Drogi działaczy rozeszły się, bo mimo wspólnego celu – pracy na rzecz nowoczesności – każdy z nich musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy podmiotem jego modernizacyjnej aktywności będzie wspólnota narodowa, czy klasa robotnicza. W ostatecznym rozrachunku wschodnioeuropejscy socjaliści ponieśli porażkę. Jej symbolem stała się rewolucja październikowa, kompromitująca w znacznym stopniu cały ruch w regionie.

Powraca tu specyfika peryferyjności. Na Zachodzie nawet najbardziej radykalni w deklaracjach socjaliści w praktyce posługiwali się metodami ewolucyjnymi, godząc się na mieszczańskie reguły gry. Okazuje się bowiem, że społeczeństwa mieszczańskie, dając szansę rozwoju ruchom narodowym, stanowiły też dobry grunt dla działalności socjalistycznej. Tak rozumiany socjalizm stawał się częścią życia publicznego, odgrywał produktywną rolę i po pewnym czasie mógł sobie pozwolić na solidarność zarówno z klasą robotniczą, jak i narodem. Realia peryferii, pozbawionych silnego centrum politycznego, zdominowanych przez konserwatywnych i progresywnych radykałów, prowadziły socjalistów do antysystemowej radykalizacji bądź do pożegnania z socjalizmem. To dlatego w Rosji rozprzestrzenianie się idei marksistowskich w społeczeństwie prawie niemającym nowoczesnego mieszczaństwa doprowadziło do destabilizacji i upadku imperium Romanowów, którego miejsce zajęła bolszewicka dyktatura.

Możemy dziś mówić o rzadko spotykanej w naszym regionie stabilizacji politycznej. Czy można liczyć na to, że będzie to miało wpływ na zapatrywania polskich patriotów?

Wydaje mi się, że nasz polski model patriotyzmu podlega przemianom stanowiącym pochodną warunków, w jakich obecnie znalazło się społeczeństwo polskie. Nie wiemy, dokąd te zmiany nas zaprowadzą. Moja intuicja jest taka, że okoliczności zmuszą nas do większego otwarcia się na patriotyzm dnia codziennego.

Polska będzie mogła przestać obawiać się swoich sąsiadów?

Tu też doszukać się można optymistycznych symptomów. Gdy mówi się o eskalacji nacjonalizmu w Europie przełomu XIX i XX wieku, często zwraca się uwagę na to, że był to okres, w którym rzecznicy kultur narodowych – to też wynalazek tamtych czasów! – czując zagrożenie, zaczynają się coraz głośniej domagać politycznej ochrony. Ten mechanizm ujawniał się w państwach niemieckich już na początku XIX wieku – mocą napędową dla rozwoju niemieckiego nacjonalizmu było zagrożenie francuskie. W efekcie przyjęty został model, w którym jednym z głównych zadań państwa była ochrona kultury narodowej przed agresją z zewnątrz. I dopiero pod wpływem wydarzeń II wojny światowej Europejczycy doszli do wniosku, że bezkompromisowe forsowanie interesu narodowego może się wymknąć spod kontroli i doprowadzić do niepożądanych przez nikogo wydarzeń.

Sugeruje pan, że to trwała tendencja? Brzmi trochę utopijnie…

Mimo wszystkich sceptycznych wobec europejskiego federalizmu głosów, okres powojenny wyraźnie pokazuje, że kultury narodowe już nie potrzebują tak rygorystycznej ochrony państwowej jak wcześniej. Widać, że integracja pod wieloma względami postępuje, a kultury narodowe jak trwały, tak trwają. Francuzi nadal mówią po francusku, Niemcy po niemiecku. Tu właśnie widzę czynnik sprzyjający rozsądnej ewolucji pojęcia patriotyzmu. Od myślenia w kategoriach obronno-wojowniczo-heroicznych do takiego patriotyzmu, który skupiałby się na poprawie jakości życia wspólnoty.

Dla niektórych brzmi to fatalnie i kojarzy się z komercjalizacją, materializmem, bezdusznością. Ale musimy sobie uświadomić, że w takim pomyśle na patriotyzm nie ma najmniejszej skazy moralnej. Jest takie rozsądne powiedzenie: „Sensowne jest oczekiwanie tylko tego, żeby ludzie byli dla siebie trochę lepsi”. Niech ten patriotyzm będzie skromniejszy, niekoniecznie efektowny. Miejmy nadzieje że Zeitgeist nie zmusi nas więcej do heroicznych czynów. Myśl o końcu historii, zapewne pochopna, często wyśmiewana i odrzucana, ma w sobie pewien rys sympatyczny.

 ***

Prof. Tomasz Kizwalter jest związany z Zakładem Historii XIX wieku w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Napisał między innymi „Nowatorstwo i rutyny”. „Społeczeństwo Królestwa Polskiego wobec procesów modernizacji (1840–1863)” oraz „O nowoczesności narodu. Przypadek polski”.

  • Piotr Cywiński

    “Dziś odchodzimy od tradycji wojowniczo-obronnej na rzecz codziennego poprawiania jakości życia wspólnoty.” – chyba żyjemy w innych światach.

    • mariaaa

      Wywiad jest z 2013 roku.