dwutygodnik internetowy
9.11.2015
magazyn papierowy


„Każdy obraz jest rzeczywistością”. Wojciech Fangor (1922–2015)

W tegorocznym Dniu Wszystkich Świętych wśród osób, które wspominam, pojawiło się jeszcze jedno nazwisko. Tydzień wcześniej, 25 października, zmarł w wieku niespełna dziewięćdziesięciu trzech lat jeden z najwybitniejszych polskich artystów XX wieku – Wojciech Fangor. Postępowy, innowacyjny, rozpoznawalny na świecie. Żył na tyle długo, by doczekać się uznania za życia, choć wbrew temu, co może nam się wydawać (gdy zewsząd słychać o „jedynym Polaku, który miał swoją indywidualną wystawę w nowojorskim Muzeum Guggenheima”), został doceniony z ogromnym opóźnieniem.

ilustr.: www.artdone.wordpres.com

ilustr.: www.artdone.wordpress.com

Wojciech Fangor obronił swój dyplom na warszawskiej ASP w 1946 roku. Kiedy w 1949 roku ogłoszono socrealizm jedyną dopuszczalną formą sztuki, młody artysta wszedł w ów styl bez oporów. Namalowana wtedy „Matka Koreanka” bez wątpienia przyniosła mu w tamtym okresie ogromną popularność. Niedługo potem, zaraz po śmierci Stalina, z taką samą łatwością, w jaką wszedł w socrealizm, wyszedł z niego, wkrótce porzucił figurację i zainteresował się odwzorowywaniem zjawisk optycznych. Odkrył, że zmieniają one przestrzeń poza obrazem, działają na widza. Tak radykalny zwrot łatwiej zrozumieć wiedząc, że artysta nie uznawał podziału na obrazy rzeczywiste i abstrakcyjne: „Każdy obraz jest rzeczywistością, nawet jeśli nie kojarzy się z okiem, nosem czy stopą ludzką. To rzeczywistość sama w sobie, powiązana czasem z figurami geometrycznymi, które istnieją także poza tym obrazem. Koło istnieje jako figura geometryczna w przyrodzie, historii, w wierzeniach”. Zwrot w kierunku op-artu pozwolił wpasować mu się w nurt, którym akurat zaczęła interesować się sztuka świata, choć pierwsze iluzjonistyczne obrazy pojawiły się w jego twórczości już w latach 50., co jest dowodem na nowatorstwo artysty. W 1961 roku wyjechał z Polski. Najpierw do Berlina Zachodniego, potem do Anglii, żeby wreszcie w 1966 zamieszkać w Stanach Zjednoczonych. To właśnie wtedy namalował serie obrazów, które stanowią ogromny wkład do minimal artu i op-artu. Najsłynniejszym cyklem są prace z charakterystycznymi kołami, gdzie sprawdzał zestawienia różnych kolorów, o innym stopniu nasycenia, jasności. Skupił się na obrazowaniu iluzji przestrzeni na płótnie, zestawiał barwy w wibrujące kompozycje kół o niewyraźnych konturach. Odmalowanie pędzelkiem tych koncentrycznych kręgów w różnych kolorach z pewnością wymagało ogromnego kunsztu. Ukoronowaniem jego pracy było wspomniane już wystawienie trzydziestu siedmiu płócien w Muzeum Guggenheima na indywidualnej wystawie w 1970 roku.

Obracając się w kręgach światowych Fangor zupełnie wypadł z polskiego życia artystycznego. Za datę jego oficjalnego powrotu do Polski przyjmuje się rok 1999. Jednak, jak wspomina Anda Rottenberg w audycji „Andymateria”, artysta próbował wrócić już dużo wcześniej. Tak jak inni artyści wracający z emigracji myślał, że Polska przyjmie go z otwartymi ramionami. W 1990 roku przyjechał z obrazami, które chciał podarować, lecz spotkał się z odmową, gdyż polska sztuka miała swoje priorytety, do tego wciąż pamiętano mu nieszczęsną „Matkę Koreankę”. W 1991 roku udało się zorganizować jego wystawę w Zachęcie, na stałe przeprowadził się jednak dopiero w rzeczonym 1999. Aby zaczęło wracać zainteresowanie op-artem, potrzeba było jeszcze dekady. I wtedy właśnie, z ogromnym opóźnieniem, Wojciech Fangor został w Polsce odpowiednio doceniony.

Za co jeszcze tak podziwiamy Fangora? Bez wątpienia jego nowatorstwo przejawia się w awangardowym podejściu do przestrzeni, które zauważamy już w jego wczesnych op-artowskich pracach. Sam artysta wspomina: „Moje zainteresowania przestrzenne były intuicyjnie obecne we wszystkich moich obrazach, ale bardziej skoncentrowane i świadome od późnych lat 50. Od tego czasu nie tylko malowałem obrazy, które emanują przestrzenią na zewnątrz, tak jak te koła czy fale, ale również robiłem struktury przestrzenne i rzeźby”. Oczywiście należy tu przypomnieć „Studium przestrzeni” – dzieło w dziele, wspólną koncepcję Wojciecha Fangora i Stanisława Zamecznika. W 1958 roku artyści stworzyli pierwszą w sztuce światowej instalację przestrzenną w Salonie „Nowej Kultury” w Warszawie. Przeróżne kompozycje na sztalugach zapełniały przestrzeń wystawową i można było swobodnie się między nimi poruszać. Wszystko w galerii stało się elementem wystawy. To jeden z pierwszych dowodów na to, co jeszcze dziś nie wszystkim wydaje się oczywiste – że wystawa sama w sobie jest dziełem sztuki.

Mozaika na Dworcu Śródmieście źródło: www.powojennymodernizm.com

Mozaika na Dworcu Śródmieście
źródło: www.powojennymodernizm.com

Artysta poprzez swoją instalację chciał wykazać, że wchodząc w przestrzeń, współtworzymy ją, że również należy ją traktować jak artystyczną materię. Dlatego też nie kto inny jak on został zaproszony do współpracy przy aranżowaniu przestrzeni wybudowanego latem 1955 roku dworca Warszawa Śródmieście. Wszyscy artyści pracujący przy ożywianiu podziemnego węzła komunikacyjnego, między innymi Jerzy Sołtan i Zbigniew Ihnatowicz, byli świadomi, jak przestrzeń może silnie oddziaływać na człowieka. Postanowili odwołać się do jak najprostszych środków wyrazu. Dziś ten modernistyczny wystrój dworca, ówcześnie manifest prostoty, został całkowicie przyćmiony i próżno go szukać wśród krzykliwych reklam czy budek z kebabem. Trudno uzmysłowić sobie, że każdy najmniejszy element aranżacji miał służyć ociepleniu piwnicznej przestrzeni, dostarczać przyjemnych wrażeń oczom podróżujących. Dziełem Fangora są intensywne w kolorze mozaiki, umieszczone w pionowych wnękach ścian. Miały one łudzić oko, kojarzyć się z lekko rozmazanym pejzażem, jaki widzimy z okien pędzącego pociągu, miały w jakiś sposób odmaterializować szare bryły ścian.

Mówiąc o ożywianiu przestrzeni publicznej, nie sposób nie wspomnieć o jednym z ostatnich projektów Wojciecha Fangora, nad którym pracował od 2007 roku. Mowa oczywiście o opracowaniu plastycznym II linii warszawskiego metra. Olbrzymie, wysokie na trzy i pół metra jaskrawe kompozycje składające się w nazwy stacji z pewnością ożywiają i nadają niepowtarzalnego charakteru peronom. Wprawdzie tak barwne nazwy stacji wystarczyłyby jako mocny akcent kolorystyczny w podziemiach, mimo to projektanci postanowili każdej stacji przypisać inny, jaskrawy kolor, co powoduje, że ściany II linii zamiast przyjemnie ożywiać przestrzeń, bardzo głośno do nas krzyczą. Choć przesadzona, jaskrawa estetyka podziemi pozostawia wiele do życzenia, z pewnością należy docenić pomysłowe, zaprojektowane z klasą godną mistrza, zgrafizowane napisy autorstwa Fangora.

Nazwy stacji II linii warszawskiego metra fot.: Wanda Kaczor

Nazwy stacji II linii warszawskiego metra
fot.: Roman Kaczor

Jeszcze tak niedawno, 13. września, zamykała się wystawa artysty we wrocławskim Muzeum Narodowym zatytułowana „Wspomnienie teraźniejszości”. Dyrektor muzeum Piotr Oszczanowski opowiadał, jak to „twórczość Wojciecha Fangora jest […] w dalszym ciągu żywo komentowana oraz analizowana. Artysta nadal jest bowiem bardzo aktywny”. Do ostatniego momentu tak wiekowy twórca był bardzo szanowany i ceniony, a młodym artystom zależało na jego krytyce, liczyli się z jego opinią. Kilka lat temu, poproszony o korektę i wypowiedzenie swojego zdania, Fangor komentował prace studentów. Kiedy zobaczył papierową pracę opartą o tył naciągniętego na płótno obrazu (tylko z racji tego, że w ten sposób najlepiej można było mały obrazek wyeksponować), szalenie zainteresował się tym pomysłem i zbudował własną interpretację dotyczącą owego połączenia starego obrazu z nowym. Żywa reakcja artysty, jego pomysł wnoszący pewną wartość dodaną do dzieła, prawdopodobnie nawet nieuświadomioną przez samego autora kompozycji, świadczy o niezwykłej kreatywności i pasji, z jaką Fangor do końca życia podchodził do sztuki. Znamienny tytuł ostatniej wrocławskiej wystawy to nie tylko zgrabna gra słów, ale zauważenie nieustannej innowacyjności malarza.

 „Wspomnienie teraźniejszości” to z pewnością nie ostatnia wystawa Fangora. Miejmy nadzieję, że każda kolejna będzie sama w sobie dziełem sztuki, pobudzającym do nowych interpretacji godnych samego wybitnego twórcy.