dwutygodnik internetowy
17.06.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Katolicyzm Fair Trade

Jako że wciąż jeszcze jesteśmy ludźmi młodymi i gniewnymi, od czasu do czasu zdarza nam się formułować wątpliwości odnośnie niektórych aspektów moralnego nauczania naszego Kościoła, jak również pewnych sposobów jego obecności w świecie. Narażamy się wówczas na zarzut, że postępując w ten sposób, zachowujemy się nie jak mieszkańcy Domu Bożego, lecz jak przypadkowi goście, którym uczta Pańska pomyliła się ze szwedzkim stołem.

Jako że wciąż jeszcze jesteśmy ludźmi młodymi i gniewnymi, od czasu do czasu zdarza nam się formułować wątpliwości odnośnie niektórych aspektów moralnego nauczania naszego Kościoła, jak również pewnych sposobów jego obecności w świecie. Narażamy się wówczas na zarzut, że postępując w ten sposób, zachowujemy się nie jak mieszkańcy Domu Bożego, lecz jak przypadkowi goście, którym uczta Pańska pomyliła się ze szwedzkim stołem. Niektórzy mniemają, że w zupełnie dowolny sposób wybieramy z religijnego uniwersum elementy odpowiadające naszym gustom i bieżącym potrzebom, odrzucamy zaś te, które z różnych przyczyn nam się nie podobają. Nie dziwi, że wystawiającym nam takie świadectwo krytykom przywodzimy na myśl zblazowanych klientów wielkich centrów handlowych. Nazywają nas „katolikami supermarketowymi”.

Wypad z Kościoła

Pojęcie „katolicyzmu supermarketowego”, czasem zwanego również „kawiarnianym”, po raz pierwszy użyte zostało w odniesieniu do świeckich i duchownych krytyków encykliki Humanae vitae, ogłoszonej przez Pawła VI w pamiętnym roku 1968. Dyskusja, która rozpętała się wówczas w Kościele, dotyczyła nie tylko papieskiego rozstrzygnięcia problemu moralnej oceny antykoncepcji, lecz także – o czym w słynnym artykule zatytułowanym Kryzys w Kościele przypomina Jerzy Turowicz – autorytarnego sposobu dokonania tego rozstrzygnięcia, stojącej za nim koncepcji prawa naturalnego, wreszcie stopnia obowiązywalności papieskiego nauczania i zależności pomiędzy jego autorytetem a ludzkim sumieniem.

W wywiadzie udzielonym w roku 1983 kanadyjski kardynał Edouard Gagnon grzmiał: „Katolicyzm nie jest wiarą supermarketową. Niezależnie od tego, co mówią na ten temat różni teologowie, bycie katolikiem oznacza całkowitą akceptację doktryny Kościoła”. Duch kardynała po dziś dzień unosi się nad forami internetowymi, na których aż roi się od wypowiedzi znacznie ostrzejszych: „Wątpić można, a nawet należy, ale to co innego niż negować najważniejsze aspekty nauki moralnej Kościoła. Jeśli ktoś mieni się katolikiem, to jego psim obowiązkiem jest słuchać i powtarzać to, co Watykan ogłosił. A jeśli się z tym nie zgadza, to wypad z Kościoła”. Autorzy podobnych wypowiedzi wydają się zakładać, że taka niezgoda może wyrosnąć tylko na gruncie kapryśnej wiary religijnego konsumenta. A przecież to nieprawda.

Ksiądz Józef Tischner pisał o dwóch tendencjach, które zarysowują się w obrębie katolicyzmu. Pierwsza „traktuje wychowanie religijne jako przysposobienie do konsekwencji: skoro jesteś wierzący, postępuj wedle prawa Bożego”. Druga „skupia uwagę na uczestnictwie: uczestnicząc w tajemnicy Chrystusa, będziesz wiedział, co robić”. Uważamy, że w ramach tej drugiej tendencji pozostaje w Kościele miejsce dla ludzi, którzy – w sytuacjach wyjątkowych – w imię wierności duchowi wypowiadają wierność literze. Do takich zaliczamy siebie. Jeżeli bowiem nie zgadzamy się z niektórymi wątkami moralnego nauczania Kościoła, to wbrew pozorom nie dlatego, że nie trafiają one w nasz wysublimowany gust. Przyczyna nie leży także w tym – a i z takim zarzutem się spotkaliśmy – że pragniemy w ten sposób usprawiedliwić nasze niecne praktyki, najpewniej natury seksualnej. Chcąc poddać nasze stanowisko pod rozwagę Czytelnika, a zarazem pozostać przy zaproponowanej przez krytyków metaforze ekonomicznej, postanowiliśmy określić je mianem „katolicyzmu fair trade”.

Fair Trade jest międzynarodowym ruchem zorientowanym na uczynienie globalnego handlu bardziej sprawiedliwym, między innymi poprzez promowanie ekologii i idei zrównoważonego rozwoju, jak również wspieranie lokalnej gospodarki, przede wszystkim w krajach Trzeciego Świata. Zaopatrując się w certyfikowane towary, nieco tylko droższe od zwyczajnych, europejski klient może mieć pewność, że przy ich produkcji nie doszło do łamania praw człowieka. W myśl naczelnej zasady Fair Trade człowiek jest bowiem ważniejszy od zysku. Nie idzie nam bynajmniej o to, by idealizować Sprawiedliwy Handel jako ruch ekonomiczny; liczne aspekty jego funkcjonowania, ze skutecznością i elitaryzmem na czele, są wszak dyskusyjne. Nie kryjąc pewnej do niego sympatii, pragniemy posłużyć się nim przede wszystkim jako modelem, przy pomocy którego da się wyeksponować najważniejsze cechy sposobu myślenia o Kościele i świecie, z którym się utożsamiamy.

Ważniejsze od zysku

Na gruncie idei Fair Trade podstawowym celem ekonomii nie jest bogacenie się społeczeństw, lecz tworzenie warunków, w których poszczególni ludzie staliby się wolni nie tylko w teorii, lecz również w praktyce. Jaki bowiem pożytek płynie dla człowieka z zagwarantowanej mu nominalnie wolności, jeśli brak mu środków niezbędnych do jej realizowania? Spróbujmy pod podobnym kątem spojrzeć na Kościół.

Podstawowym celem Kościoła nie jest zbawienie jak największej ilości ludzi przy ich biernej akceptacji, lecz dostarczenie każdemu człowiekowi moralnych i intelektualnych narzędzi, które pozwolą mu aktywnie współpracować przy Bożym dziele zbawienia jego samego i zbawienia innych ludzi. Kościół nie powinien więc wyręczać ludzkiego sumienia poprzez udzielanie człowiekowi gotowych odpowiedzi na dręczące go pytania, lecz zakorzeniać go w niejednoznacznej logice Ewangelii. Chrześcijanin nie tyle powinien Ewangelii się podporządkować – trudno zresztą powiedzieć, cóż miałoby to znaczyć – ile nią powinien myśleć. Za nieuzasadnione uważamy oczekiwanie od kogokolwiek „przylgnięcia” do moralnej doktryny, w hipotetyczny tylko sposób wywiedzionej z Ewangelii, gdy ta nie jest w stanie w wystarczającym stopniu usprawiedliwić się przed jego rozumem. Nauczanie encykliki Humanae vitae stanowi tutaj dość wymowny przykład, o czym świadczy jej wyjątkowo krytyczna, nawet jak na posoborowe standardy, recepcja.

Wspomniany już kardynał Gagnon, nie będąc jeszcze kardynałem, w roku 1974 wystąpił przeciwko europejskim biskupom otwarcie krytykującym Humanae vitae. Stwierdził wówczas, że „jednym z obowiązków biskupów jest rozstrzyganie moralnych problemów w taki sposób, żeby wierni wiedzieli, co jest dobre, a co złe”. Naszym zdaniem jest to pogląd błędny. Czego bowiem możemy spodziewać się po człowieku, który przez całe życie był w ten sposób obsługiwany, a który wskutek nagłego znalezienia się w sytuacji granicznej, odcięty od tego, co moglibyśmy określić mianem „żywienia zbiorowego”, musi obsłużyć się sam? Czy zamiast budować wiarę na fundamencie legalnych uczynków, nie słuszniej byłoby to ją raczej uznać za podstawę, uczynki zaś – za naturalne wiary konsekwencje?

Podobnie jak PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca niekoniecznie jest wymiernym wskaźnikiem dobrobytu w państwie, tak też i wyniki badań przeprowadzanych przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego nie powinny stanowić podstawy do wnioskowania o religijnym i moralnym poziomie życia wiernych. W Polsce „argument 95 procent” wciąż zdaje się usprawiedliwiać duszpasterską niemoc Kościoła, Francja zaś uchodzi w naszym katolickim kraju za miejsce, w którym ziścił się najczarniejszy scenariusz cywilizacyjnych przemian. Tymczasem wygląda na to, że mniejszościowy Kościół francuski ma się zupełnie przyzwoicie, odkąd przynależność do niego stała się kwestią świadomego wyboru. Za to potęga instytucjonalna Kościoła polskiego – systematycznie zresztą słabnąca – wciąż jeszcze nie przekłada się na jego sprawność formacyjną i intelektualną. Przeciwnie, raczej staje się dla niego źródłem pokus związanych z władzą i posiadaniem.

Być w porządku

W tym wszystkim nie chodzi zresztą o samą tylko skuteczność. Inicjatywa stojąca za ruchem Fair Trade nie przymierza się do budowania kolejnego raju na ziemi, a jedynie chce uczynić świat miejscem choć trochę bardziej ludzkim. Ludzkim, a więc takim, w którym człowiek więcej myśli o drugim człowieku. W którym człowiek w ogóle więcej myśli. W bezmyślności wszak – zauważyła to już Hannah Arendt – znajduje swoją pożywkę zło.

Na uwolnieniu naszego myślenia moralnego od wszelkich automatyzmów zależy również nam, katolikom fair trade. Głos naszego sumienia nie jest bowiem, jak się czasami słyszy, żadnym widzimisię, lecz sądem rozumu praktycznego. Zaufanie, które w nim pokładamy, powinno być wprost proporcjonalne do staranności, z jaką codziennie przystępujemy do jego formowania. Nasz rozum sam się przecież nie wychowa.

Fair Trade zwiększa naszą moralną wrażliwość, pozwalając nam zrozumieć, że znacznie więcej spośród wyborów, których dokonujemy na co dzień, daje się interpretować jako wybory moralne, nie zaś tylko instrumentalne. Wybór określonego produktu nie jest tylko kwestią smaku, lecz również wszystkiego, co się za tym produktem kryje: stosunków społecznych i stosunków pracy, a nade wszystko – losu drugiego człowieka. Mówiąc obrazowo, dobrze jest wiedzieć, że naszych nowych adidasów nie uszyło na przykład pracujące za przysłowiową miskę ryżu chińskie dziecko. Oczywiście, nikt z nas nie chciałby w takich adidasach chodzić. Pytanie jednak, czy dokładamy starań, by zorientować się w pochodzeniu naszego obuwia. Na gruncie idei Fair Trade sama wiedza o obecnym w świecie złu staje się moralnym obowiązkiem każdego człowieka. Ślepa wiara w istnienie globalnego, samoregulującego się i, tym samym, usprawiedliwiającego nas mechanizmu rynkowego wiedzie ku przekonaniu, że jesteśmy „w porządku”. W rzeczywistości na świecie jest dość cierpienia, by obciążyć nim sumienia nas wszystkich.

Pomyślenie o sobie jako o człowieku, który jest „w porządku”, jest jedną z gorszych rzeczy, jakie mogą przytrafić się chrześcijaninowi. Godnie reprezentowana w Kościele tendencja „katechizmowa”, kładąca nacisk na legalistyczne wypełnianie bądź niewypełnianie konkretnych praktyk, a rezygnująca z integralnego formowania ludzkiego światopoglądu, skutkuje, z jednej strony, ciągłym zawężaniem kościelnych marginesów, na których szukają schronienia ludzie będący „pomiędzy”, z drugiej zaś – wychowaniem zastępów zadowolonych z siebie katolików, którzy zachowują się tak, jak gdyby nic nikomu nie byli dłużni; przekonanych, że każdy dylemat moralny posiada dokładnie jedno właściwe rozwiązanie, które w swojej mądrości podpowiada im Kościół i które z jednakową surowością można egzekwować od każdego człowieka.

Ich jaśniejące bielą sumienia raczej niż błogosławieństwem wydają się jednak ich przekleństwem, gdy zapytani o stosunek katolika do problemu dwóch miliardów mieszkańców Ziemi żyjących w skrajnej nędzy, wzruszając ramionami, odpowiadają, że „taki jest świat”. Wiemy, jaki jest świat. Jest niedoskonały i niedoskonały pozostanie. Pytanie, czy my, katolicy, jesteśmy gotowi do wzięcia za to swojej cząstki odpowiedzialności. Czy swoje zaangażowanie społeczne gotowi jesteśmy rozumieć jako obowiązek, nie zaś fakultatywną dobroczynność. Myślenie o drugim człowieku – nie tylko tym nienarodzonym, lecz także tym bezdomnym, głodnym czy ubogim – i służenie mu na miarę naszych możliwości nie jest jałmużną, nie jest gestem łaski.

Jak we wspomnianym już roku 1968 pisał Jerzy Turowicz, „człowiek, który nie reaguje na to, że wojna w Wietnamie przynosi śmierć i straszliwe cierpienia milionom niewinnych ludzi, że potęgujące się napięcia międzynarodowe grożą całej ludzkości kataklizmem atomowym, że codziennie dziesięć tysięcy ludzi umiera z głodu w Indiach, w brazylijskim Nord Este i gdzie indziej, że niesprawiedliwe struktury społeczne utrzymują miliardowe masy ludzkie w nędzy, ciemnocie, zacofaniu, czyli na poziomie poniżej godności ludzkiej, ten człowiek nie jest chrześcijaninem, nie rozumie Ewangelii i nie daje jej świadectwa”.

Ucieczka przed wolnością

Człowiek, który decyduje się wspierać ruch Fair Trade, wcale nie znajduje się w łatwym położeniu. Odtąd, zamiast żywić się w gastronomii lub iść do supermarketu, w którym wszystko jest na wyciągnięcie ręki i portfela, musi szukać małych sklepików, ponosić większe koszty, upewniać się, że wybierając określony towar, nie przyłoży ręki do krzywdzenia kogokolwiek. Zaczyna przeżywać swoją ekonomiczną wolność w sposób bardziej odpowiedzialny. Bynajmniej nie znaczy to, że idei Fair Trade nie można niczego zarzucić. Obok wspomnianego już elitaryzmu i „psucia rynku” oskarża się ją o to, że umożliwia cynicznym dorobkiewiczom wykorzystywanie ludzi chcących zrobić „coś dobrego”. Obydwa te zarzuty wypada odnieść również do proponowanego przez nas modelu wiary.

To prawda, istnieje spore ryzyko, że stawiany przez nas na cokole katolik fair trade, czując się mniej „czysty” od innych katolików, będzie się zarazem czuł od nich lepszy, bardziej autentyczny. Jest to pokusa, którą bezwzględnie powinien on odeprzeć. Ludzie mają prawo do bezpieczeństwa, gwarantowanego przez względnie jednoznaczne nauczanie Kościoła. Problem nie polega na tym, że oni tego bezpieczeństwa szukają, lecz na tym, że Kościół instytucjonalny robi wszystko, by ich w tym poszukiwaniu utwierdzić. Nauczanie moralne wciąż wykładane jest raczej w formie nakazowo-zakazowej niż otwartej, wskazującej na powołanie do miłości, sformułowane przez Chrystusa w Kazaniu na Górze. Nad wyraz aktualna wydaje się zacytowana wcześniej wypowiedź z forum internetowego: „Jeśli ktoś mieni się katolikiem, to jego psim obowiązkiem jest słuchać i powtarzać to, co Watykan ogłosił. A jeśli się z tym nie zgadza, to wypad z Kościoła”. Wolność, największy dar, wciąż traktowana jest raczej jako Tischnerowski „dar nieszczęsny”.

Pisał ksiądz Tischner: „Gdy mówimy o niebezpieczeństwach konsumpcjonizmu, obwiniamy wolność. Gdy wskazujemy na aborcję, obwiniamy wolność. Gdy szukamy źródeł pornografii, podejrzewamy wolność. To wolność sprawia, że »wszędzie panoszą się komuniści«, że »są obrażane uczucia ludzi wierzących«, że niektórzy posuwają się nawet do podważania autorytetu Ojca Świętego. […] Może się mylę, ale często – bardzo często – widzę, jak nasz lęk przed wolnością staje się większy niż lęk przed przemocą”.

Uważamy, że obawy sformułowane przez księdza Tischnera prawie dwadzieścia lat temu są wciąż aktualne. Nam, którzy określiliśmy się jako „katolicy fair trade”, marzy się, by Kościół wykazywał się pewnym zaufaniem w stosunku do ludzi nietraktujących bynajmniej spraw wiary na zasadzie pick and choose. W tym tkwi zresztą odpowiedź na drugi zarzut: Każdego katolika, który przykłada rękę do krytyki Kościoła, można oczywiście oskarżyć, jeśli nie o naiwność, to w każdym razie o niegodziwe intencje, o bycie „piątą kolumną”. Można, tylko po co? Przykład ruchu Fair Trade, pogodnego, choć niemającego specjalnych złudzeń w stosunku do pełnego niesprawiedliwości świata, dobitnie pokazuje, że warto zaufać człowiekowi, który gdzieś pomiędzy swoimi egoizmami nosi w sobie pragnienie realizowania tej samej naiwnej miłości, o której poucza nas Ewangelia, a która nie zawsze daje się zamknąć w do bólu jednoznacznych orzeczeniach doktrynalnych. W co i my wierzymy.

 

Tekst pochodzi z 17. numeru „Kontaktu”, zatytułowanego „Polska na eksport”.

Dyskusja wokół artykułu dostępna:

http://kontakt-kik.blogspot.com/2009/10/katolicyzm-fair-trade-kontakt-172011.html