dwutygodnik internetowy
12.03.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Katastrofa przyćmiła to, co działo się na co dzień

Grupa Ojneg Szabes, w której znajdowali się przedstawiciele rozmaitych ugrupowań politycznych i przeróżnych środowisk społecznych, za zadanie postawiła sobie dokumentowanie wojennych losów Żydów. Jednakże jej obraz, jaki wyłania się z wystawy organizowanej przez Żydowski Instytut Historyczny, jest niepełny i brakuje w nim istotnych elementów, które pomogłyby zaprezentować bardziej całościowy obraz działalności Archiwum Ringelbluma.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

„Chodźmy więc szukać i badać!” – tymi słowami Szymon Dubnow zachęcał pod koniec XIX wieku Żydów do rozpoczęcia masowej akcji zbierania różnego rodzaju materiałów, dokumentów, przedmiotów – wszystkiego, co było świadectwem ich codziennego życia, fragmentem ich rzeczywistości. Dubnow był znakomitym historykiem, który wywarł wielki wpływ na nowoczesną historiografię żydowską, bowiem to on jako pierwszy rozpoczął badania naukowe nad dziejami i życiem Żydów Europy Wschodniej. Jego śladami miało pójść wielu wybitnych historyków, którzy nawet jeśli nie zgadzali się z nim w pewnych – niekiedy istotnych – kwestiach, to nie zaprzeczali temu, że Szymon Dubnow wywarł na nich duży wpływ. Wśród nich znajdował się Emanuel Ringelblum – twórca Ojneg Szabes.

Otwarta w listopadzie 2017 roku wystawa główna w Żydowskim Instytucie Historycznym została zatytułowana: „Czego nie mogliśmy wykrzyczeć światu”. Opowiada ona o losach Podziemnego Archiwum Getta Warszawskiego i jednocześnie o grupie, która je tworzyła. Ojneg Szabes – bo tak brzmiał kryptonim tego przedsięwzięcia w języku jidysz (a po hebrajsku: Oneg Szabat) – było projektem badawczo-naukowym, który miał na celu gromadzenie i dokumentowanie wojennych losów Żydów. Wśród współpracowników Archiwum znajdowali się przedstawiciele rozmaitych ugrupowań politycznych, którzy reprezentowali całe spektrum ideologii i przekonań. Byli wśród nich przedstawiciele przeróżnych środowisk społecznych: historycy, nauczyciele, pisarze, dziennikarze, ekonomiści, lekarze, także jeden rabin. Jak zauważają twórcy wystawy, współpracownicy Archiwum „postępowali zgodnie z wszelkimi naukowymi zasadami, tworzyli dzieło dla przyszłych pokoleń, które stało się pamięcią świata”. „Czego nie mogliśmy wykrzyczeć światu” – jako hołd złożony ludziom współtworzącym Archiwum, a przede wszystkim jego głównemu inicjatorowi – przedstawia nie tylko sam dorobek grupy Ojneg Szabes, ale także jej dziedzictwo.

Nowoczesna, a przy tym raczej surowa przestrzeń wystawy utrzymana jest w jednolitej kolorystyce. W tym przypadku „mniej” oznacza „lepiej”, bowiem zwiedzający wystawę może w spokoju i w skupieniu objąć wzrokiem otaczającą go przestrzeń. Nie jest zbytnio rozpraszany przez nadmiar fotografii, ikonografii, napisów, eksponatów czy multimediów (tak jak w przypadku wystawy głównej w Muzeum POLIN, gdzie goście, którzy nie spodziewają się takiego ogromu wrażeń wizualnych, nie są w stanie przetrawić tego, co się dzieje wokół). „Surowość” wystawy wzmacniają także materiały wykorzystane do budowy ekspozycji: beton, gruz i drewno. Jednocześnie mamy do czynienia z konkretną i klarowną narracją, która prowadzi zwiedzającego bezpiecznie przez całą wystawę (znów: w przeciwieństwie do Muzeum POLIN, gdzie zwiedzający wielokrotnie gubi się, musi zawracać, nie wie, którędy ma podążać, a wiele szczegółów, nieraz istotnych, umyka jego uwadze). Jednak narracja ta nie jest pełna, brakuje w niej istotnych elementów, które pomogłyby zaprezentować bardziej całościowy obraz działalności Ojneg Szabes, a odbiorcy pomogłyby lepiej zrozumieć istotę i znaczenie tego przedsięwzięcia.

Niedopowiedziane konteksty

Chciałbym zatem dopowiedzieć tę historię, uzupełnić ją o to, co zostało pominięte przez twórców wystawy. Oczywiście nie jest tak, że tych elementów zupełnie brak w jej narracji. Nie zostały one jednak właściwie uwypuklone, zazwyczaj wspomina się o nich w jednym bądź też w dwóch zdaniach. Pierwszym takim nieuwzględnionym przez twórców wystawy aspektem jest prehistoria Ojneg Szabes – przedwojenne konteksty, które wywarły ogromny wpływ na Emanuela Ringelbluma, a które znalazły odzwierciedlenie w sposobie tworzenia i prowadzenia gettowego Archiwum. Aspekt ten został zaznaczony w narracji wystawy jedynie w dwóch miejscach. Zaraz na początku wystawy znajduje się tablica stanowiąca wprowadzenie, krótkie streszczenie wystawy. Tam pojawia się wzmianka o tym, że Archiwum Ringelbluma było konsekwencją przekonania, że to Żydzi muszą pisać swoją historię. Drugim takim miejscem w przestrzeni wystawy jest biogram Ringelbluma. Jednak te dwa miejsca gubią się gdzieś w tej wielkiej opowieści o getcie i Archiwum. Tak naprawdę nie mówią nic o tym, jak to się stało, że Archiwum powstało.

Nie jest bowiem tak, że Ojneg Szabes – niczym deus ex machina – pojawiło się nagle i niespodziewanie. Nie było ono wyrazem desperacji, rozpaczy ani też rodzajem tragicznego wyboru jego twórcy, świadomego, że nie uda mu się tym sposobem uratować ani siebie, ani reszty społeczności żydowskiej. Decyzja o dokumentowaniu tego, co spotyka warszawskich, ale też – w ogólnym wymiarze – polskich Żydów, była dla Ringelbluma naturalnym krokiem badacza, który zobowiązany jest utrwalać i dokumentować wszystko, co się dzieje wokół. Sam Ringelblum miał zaczął pisać kronikę warszawskich Żydów już w początkach wojny, a więc w 1939 roku. A zatem na długo przed tym, zanim zdał sobie sprawę z tego, jaki los czeka polskich Żydów.

Kolekcjonowanie fragmentów rzeczywistości

Nie bez powodu przywołałem na początku słowa Szymona Dubnowa. Jego apel z 1891 roku uważa się za symboliczny moment, w którym nie tylko zwrócono uwagę Żydów na znaczenie, jakie ma dokumentowanie własnych dziejów, ale także uświadomiono im, że każdy pojedynczy Żyd może uczestniczyć w tym procesie. Już wkrótce dos zamlen – co oznacza mniej więcej „kolekcjonowanie” – miało stać się podstawowym sposobem angażowania mas żydowskich w wielki proces tworzenia historii. Dos zamlen było istotne co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, miało uchronić odchodzący coraz bardziej w przeszłość w wyniku postępującej modernizacji świat żydowskiego folkloru, tradycji przed zapomnieniem. Służyć temu miało spisywanie ludowych podań, pieśni – wszystkiego, co do tej pory przekazywane było z pokolenia na pokolenie drogą ustną. Z drugiej strony, kolekcjonowanie źródeł miało uświadomić masom żydowskim, że także one mogą stać się częścią historii, że ich dzieje są równie ważne, co dzieje elit. Warto w tym kontekście przywołać sławną wyprawę etnograficzną na Wołyń i Podole grupy Szymona An-skiego, która odbyła się w latach 1912–1914. Jej uczestnicy starali się spisywać i rejestrować ludowe podania, pieśni czy też powiedzenia. Podobny charakter miał mieć późniejszy, powstały w latach 20. XX wieku ruch krajoznawczy skoncentrowany wokół Żydowskiego Towarzystwa Krajoznawczego w Polsce (ruch Landkentenisz), z którym związany był również sam twórca Ojneg Szabes.

Dos zamlen i idea zaangażowania mas żydowskich w tworzenie historii czy szerzej nauki miały swoje odzwierciedlenie również w działalności Żydowskiego Instytutu Naukowego JIWO, założonego – jak się tradycyjnie przyjmuje – w 1925 roku. JIWO powstało jako instytucja badawcza, ale jednocześnie także jako placówka, która miała kształcić przyszłych żydowskich naukowców. Max Weinreich, który przez lata kierował działalnością Instytutu i związany był z jego powstaniem, podobnie jak Ringelblum doceniał znaczenie udziału szerokich mas żydowskich w tworzeniu i dokumentowaniu żydowskiego życia. Ankiety i kwestionariusze wykorzystane przez JIWO w badaniach były również narzędziem wykorzystanym w projektach Ojneg Szabes.

Żydowskie masy

To zwrócenie się ku masom żydowskim było jednym z dwóch fundamentalnych założeń ruchu inteligencji żydowskiej, zwanego jidyszyzmem, który łączył w sobie elementy socjalistyczne i nacjonalistyczne. Z jednej strony dla jidyszystów kluczowe było zwrócenie uwagi na masy żydowskie i ich los. Z drugiej strony konieczne było udowodnienie, że Żydzi stanowią odrębny naród z własnym językiem, tradycją i świecką kulturą. Mieli być zatem definiowani w kategoriach narodu, a nie grupy wyznaniowej. Językiem mas był jidysz, prawdziwy język żydowski, który zasługiwał z całą pewnością na miano języka tak jak polski, rosyjski czy niemiecki. Zadaniem, które wyznaczyli sobie jidyszyści, było podniesienie statusu języka mas żydowskich.

Ideologiem jidyszyzmu był między innymi Dow Ber Borochow, przywódca powstałej w 1906 roku partii politycznej Poalej Syjon, któremu udało się połączyć trzy wielkie ideologie: marksizm, syjonizm i jidyszyzm. To właśnie postać i dziedzictwo Borochowa wywarły ogromny wpływ na Emanuela Ringelbluma, który jeszcze jako młodzieniec mieszkający w Nowym Sączu wstąpił do partii i stał się jednym z jej najbardziej oddanych aż do końca działaczy. Podkreśla to Samuel D. Kassow – twórca obowiązkowej lektury o losach Emanuela Ringelbluma i Ojneg Szabes, czyli książki „Kto napisze naszą historię? Ostatni rozdział zagłady warszawskiego getta. Ukryte Archiwum Emanuela Ringelbluma”. Zdaniem Kassowa to właśnie partia Borochowa „zaszczepiła w nim głębokie oddanie dla badań żydowskiej historii, miłość do jidysz, przywiązanie do żydowskich mas i silne poczucie odpowiedzialności”. Po rozłamie partii w 1920 roku Ringelblum znalazł się w Poalej Syjon-Lewicy (Żydowskiej Socjalno-Demokratycznej Partii Robotniczej „Robotnicy Syjonu”).

Wpływ ideologii partyjnej na młodego Ringelbluma był zatem znaczący. Będzie to później widoczne w postawie Ringelbluma jako historyka, którego uwaga skoncentrowana będzie przede wszystkim na masach żydowskich, na „zwyczajnych” Żydach. Zdaniem Ringelbluma konieczne było skupienie się w badaniach naukowych na codziennym życiu wschodnioeuropejskich Żydów, dotąd w ogóle niedostrzeganym przez historyków i innych badaczy. Tworzenie historii było dla niego zbiorowym przedsięwzięciem wykształconych badaczy, ale także osób bez cenzusu naukowego, które miały pomagać badaczom zbierać materiał konieczny do prowadzenia badań.

Zarysowany tutaj w wielkim skrócie kontekst przedwojenny przede wszystkim udowadnia, że przedsięwzięcie Ojneg Szabes trzeba postrzegać jako kontynuację tradycji przedwojennej historiografii, jako kolejne przedsięwzięcie Ringelbluma, które oczywiście prowadzone było w niezwyczajnie trudnych, dramatycznych warunkach, w konspiracji, w poczuciu ciągłego zagrożenia życia. Był to kolejny projekt, który niestety okazał się tym ostatnim. Wykorzystanie tego szerszego kontekstu w narracji wystawy pozwoliłoby jeszcze bardziej podkreślić naukowy charakter przedsięwzięcia grupy z warszawskiego getta.

O czym (nie) pamiętać?

Autorom wystawy można by również zarzucić niewłaściwy dobór materiałów. Warto zauważyć, że zdecydowana większość przedstawionych materiałów archiwalnych pochodzi z 1942 roku, a przede wszystkim z okresu wielkiej akcji likwidacyjnej getta warszawskiego (lipiec–wrzesień 1942) i okresu późniejszego, a więc z momentu, w którym Żydzi warszawscy i polscy zdali sobie sprawę z tego, jaki los ich czeka. Na wystawie praktycznie brak jest materiałów archiwalnych pochodzących z początkowego okresu działalności Ojneg Szabes. Samuel D. Kassow zwraca uwagę na to, że Ringelblum wraz z upływem wojennego czasu zrozumiał, że późniejsze okropieństwa wojny przyćmią codzienne życie „sprzed katastrofy”, czyli z początku wojny; tym bardziej zależało mu zatem na zachowaniu tego, co działo się „przed”, po to, by zachować pełen obraz żydowskiego życia. Paradoksalnie, jak się zdaje, twórcy wystawy postanowili zignorować intencje i założenia samego Ringelbluma i skupili się przede wszystkim na „ostatnim rozdziale zagłady warszawskiego getta”, na samej katastrofie.

I tak oto na pierwszy plan wysunięto Jizkor Racheli Auerbach, napisany przez nią już po „aryjskiej” stronie jesienią 1943 roku, a także ostatni fragment jej dziennika (pisanego od sierpnia 1941 roku do lipca 1942), będący swego rodzaju testamentem autorki. Twórcy wystawy nie wykorzystali innych fragmentów dziennika, w których starała się przedstawić całościowy obraz otaczającej ją gettowej rzeczywistości. Nie zaprezentowano wpisów z dziennika, w których autorka wykazuje się pełną podziwu świadomością historyczną i w których do opisu gettowej rzeczywistości wykorzystuje odniesienia do ważnych wydarzeń historycznych (chociażby nocy św. Bartłomieja czy też pogromów Żydów z lat 1919–1920). Miejsce tych rozważań zajmują emocjonalne i pełne dramaturgii Jizkor i testament z 26 lipca 1942 roku.

Jak mówić o Zagładzie?

Warto zatem zadać sobie pytanie: dlaczego twórcy wystawy zdecydowali się wyeksponować właśnie te, a nie inne teksty? Dlaczego, zdaniem twórców, najbardziej interesujące mają być materiały, w których dominują emocje, dramaturgia i tragizm sytuacji, w której znaleźli się ich autorzy, a nie te, w których pojawia się rzeczowy opis i które powstawały w celu ukazania jak najbardziej całościowego obrazu rzeczywistości? Czyżby uznano, że przeciętny odbiorca, decydując się zobaczyć wystawę poświęconą Żydom w trakcie Zagłady, spodziewa się przede wszystkim emocjonalnego ujęcia tematu nawet w przypadku opowieści o projekcie badawczo-naukowym, jakim było Podziemne Archiwum Getta Warszawskiego? Zapewne takie emocjonalne podejście wydaje się najbardziej atrakcyjnym. Zresztą nie jest też tak, że w zbiorach archiwum znalazły się jedynie teksty mające obiektywny charakter, pisane w tonie sprawozdawczym, pozbawionym emocji. Jak widać po doborze archiwaliów, tak nie było. Teksty te nieraz mają charakter osobisty. Poza tym projekt Ringelbluma zakładał zbieranie świadectw prostych, zwyczajnych ludzi, którzy przecież nie byli gotowi opowiadać o swoich doświadczeniach w zdystansowany, rzeczowy sposób. Brakło jednak wśród materiałów zaprezentowanych na wystawie tych, które opisywały życie społeczne, religijne, gospodarcze czy też kulturalne w getcie. Tak jak spodziewał się Ringelblum, katastrofa przyćmiła to, co działo się na co dzień.

***

Podczas pisania o przedwojennym kontekście korzystałem z prac Samuela D. Kassowa „Kto napisze naszą historię? Ostatni rozdział zagłady warszawskiego getta. Ukryte Archiwum Emanuela Ringelbluma” (tłum. G. Waluga i O. Zienkiewicz) oraz Cecile E. Kuznitz „YIVO and the Making of Modern Jewish Culture. Scholarship for Yiddish Nation”.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Halina Birenbaum: Trzeba opowiadać

Edelman: Trudno jest żyć wśród złych ludzi

Antysemityzm bez żydów