dwutygodnik internetowy
15.04.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Karol Modzelewski. Demokrata radykalny

Karol Modzelewski był radykalnym demokratą. Uważał, że ograniczenia nie służą demokracji niezależnie od tego, czy przybierają formę komunistycznej monopartii, dyktatu liberalnej myśli gospodarczej, progów wyborczych, czy restrykcyjnego prawa karnego. Jego myśl pozostaje płodna i… niewygodna dla niemal wszystkich stron dzisiejszego sporu o Polskę.

Karol Modzelewski (źródło: http://www.encysol.pl/wiki/Plik:Modzelewski_Karol_2030_1.jpg)

Karol Modzelewski (źródło: http://www.encysol.pl/wiki/Plik:Modzelewski_Karol_2030_1.jpg)

I. „Każdy ma tylko jedno nazwisko”

27 marca 1981 roku. „Solidarność” jest u szczytu swojej potęgi. Organizuje strajk ostrzegawczy w reakcji na tak zwany kryzys bydgoski, pobicie działaczy Związku w siedzibie Rady Narodowej w Bydgoszczy. Rzecznikiem Krajowej Komisji Porozumiewawczej jest Karol Modzelewski, już wówczas weteran walk z władzą ludową, z dwoma odsiedzianymi wyrokami. Nie przebiera w słowach. W Biuletynie Informacyjnym „S” bezpośrednio przed strajkiem pisze:

„To, co się stało w Bydgoszczy, to nie jest przypadek, to jest objaw starć w naszym systemie politycznym, w grupie rządzącej, to jest rozmyślne działanie tych, którzy dla osiągnięcia własnych celów politycznych, dla objęcia władzy najwyższej po prostu decydują się na wtrącenie kraju w przepaść. Bo jest dla nas wszystkich rzeczą zrozumiałą, że takiego frontalnego starcia z Narodem w marcu 81 roku władza nie jest w stanie wygrać, ani wytrzymać nawet własnymi siłami. My to poczucie siły mamy. […] Ale jednocześnie właśnie z tych powodów dysproporcji sił w gruncie rzeczy, jaka istnieje pomiędzy nami a władzą, takie frontalne starcie nie będzie mogło być rozstrzygnięte polskimi rękami. Inaczej mówiąc, my musimy sobie zdawać sprawę z tego, że […] to jest akcja takich sił politycznych, które bez żadnego wahania i bez niedomówień można nazwać Targowicą. I co się da powinniśmy uczynić, aby plany tej Targowicy zostały pokrzyżowane”.

Mocne słowa. Słowa, których byśmy się pewnie po Profesorze nie spodziewali. Tym mocniejsze, kiedy weźmiemy pod uwagę jego życiową drogę – rozpoczętą przecież w sowieckim domu dziecka… Jak wiemy ze wspomnień Modzelewskiego, w marcu 1981 roku uważał, że „Solidarność” osiągnęła maksimum swoich możliwości mobilizacyjnych i to był moment, gdy można było walczyć o „modyfikację sprawowania władzy komunistycznej w Polsce”. Dlatego z dużym rozczarowaniem przyjął wynegocjowane przez Lecha Wałęsę i pozostałą część delegacji związkowej porozumienie, które między innymi nie zawierało odwołania zarzutów ciążących na Jacku Kuroniu i Adamie Michniku za działalność związkową.

W przemówieniu, które stanowiło uzasadnienie rezygnacji z funkcji rzecznika – nieco dziś zapomnianym, a być może najważniejszym w jego życiu – Modzelewski nie mówi jednak wiele o konkretnych zapisach tak zwanej ugody warszawskiej. Skupia się na sprawie jego zdaniem kluczowej: mechanizmie podejmowania decyzji w Związku. Twierdzi, że „w Związku ukształtował się układ monarchiczny”, w którym „jest król [w domyśle – Lech Wałęsa] i jego dwór [doradcy]” podejmujący decyzje wykraczające poza mandat udzielony im przez robotnicze ciało reprezentacyjne – Krajową Komisję Porozumiewawczą. Modzelewski pyta retorycznie, czy robotniczy członkowie delegacji i KKP czuli się „gospodarzami” podjętej decyzji o porozumieniu i zawieszeniu strajku generalnego. Pyta, czy w takiej sytuacji KKP ma realną możliwość jego ogłoszenia. Konstatuje, że nie, i to jest przyczyna jego decyzji o rezygnacji, którą składa wraz ze słowami, że „każdy ma tylko jedno nazwisko i nie wszystko może tym nazwiskiem firmować”.

II. „Zwarta, bojowa wspólnota”

Z perspektywy czasu można się zastanawiać, czy ta  reakcja nie była zbyt mocna; czy mocne słowa odpowiadały sytuacji, w której – jak przyznał sam Modzelewski – negocjatorzy mieli do rozwiązanie „równanie z wieloma niewiadomymi, spośród którą jedną było utopienie Polski we krwi”. Wydaje się jednak, że dymisja była jak najbardziej zrozumiała. Wypływała bowiem z radykalnego wyobrażenia o „prawdziwej demokracji”, które kształtowało się z pewnością przez całe długie życie tego intelektualisty i polityka.

Z „Wyznań poobijanego jeźdźca” wynika, że kluczowe znaczenie mogło mieć aktywne uczestnictwo Modzelewskiego w warszawskim Październiku 1956 roku. Jako student pierwszego roku historii przeniósł się wówczas do Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu, gdzie wraz z pracownikami (kierowanymi przez pierwszego robotniczego przywódcę kontestacji w PRL, Lechosława Goździka, z którym do końca jego życia się przyjaźnił) przygotowywał obronę zakładu przed potencjalną agresją sowieckich czołgów.

Modzelewski wspomina, że „podczas wiecu przy fabrycznej bramie tłum robotników zamienił się w zwartą, bojową wspólnotę”. Swoją wizję „demokracji robotniczej” rozwija w jednym z fundamentalnych źródeł do historii polskiej myśli politycznej, napisanym wspólnie z Jackiem Kuroniem „Liście otwartym do partii”. Już na początku tego dzieła padają słowa: „Jeśli nie ma demokracji robotniczej w fabryce, nie może jej być na dłuższą metę również w państwie. Bowiem tylko w fabryce robotnik jest robotnikiem i spełnia swą zasadniczą funkcję społeczną. Gdyby w miejscu pracy pozostał on niewolnikiem, to wszelka wolność poza miejscem pracy stałaby się rychło wolnością od święta, czyli wolnością fikcyjną”.

Demokracja zatem, zdaniem Modzelewskiego, musi zaczynać się w miejscu realnej działalności człowieka – jego miejscu pracy, zamieszkania. I musi zakładać realny wpływ na podejmowanie decyzji o warunkach własnego życia, a więc między innymi o planach produkcyjnych zakładu czy też o podziale nadwyżki PKB. Demokratyczny obywatel musi czuć się w swojej wspólnocie „gospodarzem”. To niecodzienne w kontekście politycznym słowo przewija się przez wiele wypowiedzi Modzelewskiego.

Wizji tej pozostał wierny do końca życia. Oczywiście nie formułował jej już w języku marksistowskim, a o samym „Liście” (który przypłacił trzema latami w kryminale) wypowiadał się po latach z dużym krytycyzmem. Mimo to jednak w wypowiedziach publicznych wskazywał na niedostatki obecnej formy demokracji. Pamiętam, jak zdziwionemu dziennikarzowi TVN24 mówił o „dyktacie agencji ratingowych i światowych instytucji finansowych”, które ograniczają obywatelom realne możliwości decydowania o systemie gospodarczo-społecznym. A także jak na wiecu Komitetu Obrony Demokracji mówił o „niedostatkach naszej demokracji” przejawiających się między innymi w systemie wyborczym, który sprawił, że w 2015 roku kilkanaście procent wyborców (głównie zresztą lewicowych) nie otrzymało swojej reprezentacji w parlamencie.

III. „Syndrom zawiedzionego zaufania”

Jego niezgoda na rzeczywistość III RP sięgała jednak znacznie głębiej niż tylko do niedostatków kodeksu wyborczego. Krytykował postsolidarnościowe elity za poddanie wszystkich dziedzin życia zasadom neoliberalnego wyznania wiary. Już na pogrzebie Kuronia w 2004 roku mówił: „W Polsce nie brak […] takich, którzy uważają, że wiedzą na pewno, jak twardą ręką wprowadzić należyty ład społeczny, jak twardą ręką zapewnić poszanowanie twardych reguł rynku. Jeżeli wolno zapożyczyć określenie od Wojciecha Młynarskiego, są to liberałowie silnej ręki”. Wtedy jednak mało kto go słuchał. Sytuacja zmieniła się, na szczęście, dekadę później.

Śmiało można powiedzieć, że opublikowany w „Magazynie Świątecznym” wywiad, który przeprowadził z nim Grzegorz Sroczyński we wrześniu 2013 roku (pod znamiennym tytułem: „Wkurzył się Pan? Świetnie!”), oraz wydana miesiąc później autobiografia zainicjowały krytyczną debatę intelektualną w przeddzień dwudziestej piątej rocznicy wyborów czerwcowych i przeniosły wiele tez funkcjonujących na obrzeżach dyskursu publicznego do jego mainstreamu. Modzelewski postawił niezwykle mocną tezę: „z triady wolność, równość, braterstwo ponieśliśmy na polu tych dwóch ostatnich poważną porażkę”. Nawet zamieszki podczas Marszu Niepodległości był skłonny tłumaczyć „syndromem zawiedzionego zaufania” klasy ludowej (tworzącej niegdyś bazę „Solidarności”) do elit wolnej Polski. Jego „Wyznania” nie kończą się więc „happy endem”, ale nie ma w nich też malkontenctwa. Jest natomiast specyficzne błogosławieństwo: „Szczęść Wam Boże” dla „przyszłych rewolucjonistów”, to znaczy ludzi, którzy aktywnie nie zgodzą się na zastane niesprawiedliwości.

Krytyka społecznej twarzy III Rzeczpospolitej i aprobata dla elementów polityki społecznej obecnego rządu nie uczyniła jednak z Modzelewskiego zwolennika „dobrej zmiany”. Doskonale pamiętam jego wystąpienie w czasie wielodniowej pikiety Partii Razem pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów przeciwko odmowie publikacji przez rządzących wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Już wówczas, na pierwszym etapie zmian w sądownictwie, wyraził przekonanie, że jest to kluczowy krok w kierunku „budowy państwa policyjnego”, i przewidywał (niestety trafnie), że za nim pójdą zmiany w prawie o prokuraturze, policji i ustroju sądów powszechnych. Wzywał do walki z tymi zamiarami, zwracając uwagę, że państwo policyjne („którego ślady ma wygarbowane na skórze”) jest dramatem zarówno dla jego przeciwników, jak i szeregowych policjantów.

*

Odszedł człowiek niewątpliwie wielki. Jeden z najważniejszych Bohaterów najnowszej historii naszego kraju i naszych najwybitniejszych współobywateli, słusznie odznaczony najwyższym polskim orderem. Wybitny i nieszablonowy myśliciel polityczny, który zarazem za swoją myśl nie bał się pójść do więzienia. Patriota i człowiek lewicy. Wspaniały badacz średniowiecza i niestety niespełniony polityk. Można, za Józefem Piniorem, marzyć o tym, że ten „duchowy ojciec Solidarności” powinien był zostać po 1989 roku prezydentem Polski. Może jednak należy pogodzić się z tym, że ta rola nie była mu pisana, i dokładnie wczytać się w jego przesłanie. Jest bowiem zaskakująco aktualne. I zaskakująco niewygodne dla każdego, kto okopał się w polsko-polskiej wojnie po którejkolwiek stronie.

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego internetowego wydania Kontaktu można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Karol Modzelewski, „Zajeździmy kobyłę historii”

Dwie dusze – jeden umysł

Prof. Friszke: PRL – oswojona dyktatura