dwutygodnik internetowy
24.06.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Karlowe Wary. Obiecujący początek

Konkurs główny Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach rozpoczął się obiecująco. Już pierwszy wyświetlony film wysoko ustawił poprzeczkę konkurencji.

Konkurs główny Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach rozpoczął się obiecująco. Już pierwszy wyświetlony film wysoko ustawił poprzeczkę konkurencji.

 

Pokazy oficjalnej selekcji zapoczątkował reprezentant gospodarzy – Jan Hřebejk, w którego najnowszym filmie widać inspiracje „Jesienną sonatą” Ingmara Bergmana oraz „Festen” Thomasa Vinterberga, czego nie kryje sam reżyser. „Honeymoon” („Líbánky”) przedstawia przyjęcie weselne, na którym nieoczekiwanie pojawia się przez nikogo nie zaproszony gość. Twierdzi, że zna pana młodego, który początkowo nie może lub nie chce go sobie przypomnieć. Goście wydają się go akceptować, jednak niektórych wprawia w konsternację, ponieważ pada podejrzenie, że jest byłym kochankiem pana młodego. Trop okazuje się błędny, lecz prezent, który wręczył młodej parze, wywoła jeszcze poważniejszą małżeńską burzę, która doprowadzi do wygrzebywania z pamięci wydarzeń, o których nikt nie chciałby pamiętać.

Obraz Hřebejka nie skupia się jednak na ukazaniu haniebnej przeszłości pana młodego lub podłej próby oczernienia go przez niespodziewanego gościa. Autorzy większą wagę przywiązali do relacji nowożeńców i wątpliwości, jaki wprowadzą w ich związek nieznane dotychczas informacje o drugiej osobie, której dopiero co ślubowało się wspólne życie aż do grobowej deski. Dramaturgię filmu budują przede wszystkim znakomite dialogi oraz monologi (jeden z nich trwa aż 11 minut!), ponieważ wiele dzieje się w nim w słowach, a twórcy unikają retrospekcji. Rekonstrukcję wydarzeń pozostawiają wyobraźni widza, dzięki czemu przez większość filmu nie sugerują, jak było naprawdę. Pokazują zaś, jak skrzętnie skrywane sekrety z przeszłości wpływają na teraźniejszość, gdy wychodzą na jaw.

 

Same słowa to jednak połowa sukcesu. Drugą połowę stanowią ludzie je wypowiadający. Odgrywający troje głównych bohaterów Anna Geislerová, Stanislav Majer oraz Jiří Černý zaprezentowali aktorstwo na wysokim poziomie, dzięki czemu widz daje się uwieść zgrabnie skrojonej i wciągającej historii. Historii, która nie tylko gra na emocjach, lecz także porusza kilka ciekawych kwestii. Zwraca uwagę na wybiórczość pamięci oraz to, że każdy ma subiektywny ogląd przeszłości – pamięta to, co chce pamiętać, i tak, jak chce to pamiętać. Stawia także pytanie o odpowiedzialność za przeszłość – o to, czy za minione błędy powinno się zapłacić mimo wszystko, czy też grzechy młodości ulegają przedawnieniu. O to, czy człowiek jest tym, kim jest w danej chwili, czy raczej całą swoją przeszłością, niezależnie od tego, jak bardzo się zmienił.

„Honeymoon” zamyka trylogię Jana Hřebejka, której pierwsza część („Czeski błąd”) cieszyła się w Polsce przychylnością krytyków, natomiast druga („Nievinnost”) nie doczekała się w naszym kraju dystrybucji. Miejmy nadzieję, że najnowsza podzieli los pierwszej, ponieważ to film, który warto znać i niewątpliwie pierwszy poważny kandydat do tegorocznego Kryształowego Globusa.

 

Drugim filmem z konkursu głównego był „A Place in Heaven” („Makom Be Gan Eden”) izraelskiego reżysera Josepha Madmony’ego, który przedstawia historię kariery wojskowej (od zbrodniarza w jednej wojnie do bohatera w drugiej) oraz życia żydowskiego żołnierza o pseudonimie Bambi. Mało tego, przedstawia także losy jego syna. A wszystko upchnięte w dwóch godzinach. Kosztem pokazania tak wielu wątków (najciekawszym jest obsesyjne wręcz pragnienie ojca, by mieć syna) jest oczywiście powierzchowne zaprezentowanie większości postaci oraz częste, liczące lata przeskoki między kolejnymi wydarzeniami. W związku z tym bohaterowie uzupełniają nasze niedobory wiedzy werbalnie, co sprawia, że film jest przegadany i mimo tak wielu wątków, szybko zaczyna się dłużyć. W walce o Kryształowy Globus jest raczej bez szans, lecz ma też dobre strony. W ciekawy sposób przedstawia pozycję mężczyzny w żydowskim społeczeństwie – poprzez obsesję ojca, który ma już dwie córki, lecz jest w stanie zaryzykować życie żony, by spróbować jeszcze raz. Interesujące są również wątki religijne i metafizyczne, jednak giną w niezbyt wciągającej całości.

Późnym wieczorem w reprezentatywnej Wielkiej Sali hotelu Thermal zabrakło miejsc. Setki osób przybyły na światową premierę promowanego m.in. przez Johna Travoltę filmu „Killing Season” Marka Stevena Johnsona. Nie zabrakło również samego gwiazdora, który gra w nim jedną z dwóch głównych ról. W drugą postać wciela się Robert De Niro. Film przedstawia historię dwóch weteranów wojny na Bałkanach, którzy walczyli po przeciwnych stronach. Po latach jeden z nich postanawia wyrównać rachunki. Wybiera się na polowanie w Appalachy, gdzie ktoś odnalazł dla niego dawnego prześladowcę. Obraz stoi przede wszystkim znakomitym aktorstwem, ponieważ historia jest schematyczna i przewidywalna, a akcenty rozłożone tak, jak przystało na przyzwoite kino akcji. A właściwie należałoby je nazwać kinem zwrotów akcji, gdyż co kilka minut sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Nie brakuje również mocnych, bardzo naturalistycznych scen przeznaczonych dla widzów o mocnych nerwach, a emocje, które chcą wywołać w widzach twórcy, sugeruje i podkreśla znakomita muzyka Christophera Younga. W skrócie – „Killing Season” to kawałek dobrego kina rozrywkowego, ale nic ponad to. Dobre na nudę w deszczowy wieczór, ale w pamięci na dłużej zostają raczej takie filmy, jak „Honeymoon” Jana Hřebejka.