dwutygodnik internetowy
01.07.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Karlowe Wary: Kino z przeciwnych biegunów

Inspiracją do nakręcenia filmu był panujący w Hiszpanii kryzys, który sprawił, że wiele rodzin zostało zmuszonych do opuszczenia swoich mieszkań, które pozostały puste, ponieważ nikogo nie stać na to, by w nich zamieszkać.

Dziś po godzinie 18.00 na ceremonii zamknięcia zostaną ogłoszone wyniki 48 Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach. Filmem wieńczącym czeskie, a właściwie środkowoeuropejskie święto kina będzie „Behind the Candelabra” Stevena Soderbergha.

 

"Behind the Candelabra"

 

Być może nadinterpretuję rzeczywistość, ale można odczytać to jako zwiastun sukcesu polskiego filmu LGBT („Płynące wieżowce”) w sekcji East of the West. W końcu Libarace, bohater filmu zamknięcia, nosił imiona Władziu Valentino i był pół-Polakiem, pół-Włochem, który zawsze podkreślał swoje pochodzenie. Znany był jako ekscentryczny pianista i showman, który lubił ekstrawaganckie kostiumy, nosił kiczowatą biżuterię i stawiał świecznik na fortepianie podczas swoich występów. Wywodził się z rodziny muzyków (ojciec trębacz i matka pianistka), otrzymał solidne wykształcenie, występował przed publicznością w teatrach i salach koncertowych już jako dziesięciolatek, a na początku kariery pomagał mu sam Ignacy Jan Paderewski.

Tego wszystkiego jednak w filmie Soderbergha nie zobaczymy. Reżyser m.in. „Traffic”, „Erin Brockovich” czy „Ocean’s Eleven” rozpoczyna akcję w momencie, gdy Liberace (znakomity Michael Douglas) porzucił już muzykę poważną i stał się gwiazdą Las Vegas oraz amerykańskiej telewizji. Po jednym z występów poznaje najsłynniejszego ze swoich kochanków – Scotta Thorsona (świetny Matt Damon). Fabuła zawiera historię ich sześcioletniego związku urozmaiconą licznymi ekstrawagancjami głównego bohatera, nienachalnym poczuciem humoru oraz świetnymi dialogami. Na uwagę, poza wybitnym aktorstwem, zasługują również niezwykłe kostiumy, scenografia oraz zdjęcia.

Soderbergh oddziałuje na widza dzięki kiczowatej estetyce, z której znany był Liberace. W tandetnej stylistyce przedstawia od strony prywatnej osobowość sceniczną, na której wzorowali się m.in. James Brown czy Elton John. Subtelnie zwraca uwagę na samotność bogacza, który osiągnął sukces w show biznesie, lecz w życiu prywatnym desperacko i chaotycznie poszukuje bliskości drugiego mężczyzny. Nie jest to jednak trudno przyswajalne, głębokie kino psychologiczne, lecz kino rozrywkowe w najlepszym wydaniu. Z jednej strony przybliża postać istotną dla amerykańskiej i światowej popkultury, a z drugiej serwuje porcję porządnej zabawy.

Na antypodach pokazywanego na zamknięcie kina hollywoodzkiego znajdują się filmy niezależne prezentowane w sekcji Forum of Independents. Poza zazwyczaj bardzo niskim budżetem i amatorskimi warunkami produkcji, charakterystyczne są dla nich częste eksperymenty formalne. Symptomatycznym przykładem jest „The Sad Smell of Flesh” („El triste de la carne”) Cristóbala Arteagi Rozasa – niemal półtoragodzinny film nakręcony bez ani jednego cięcia. Hiszpański reżyser przedstawia wspomniane półtorej godziny z życia mieszkańca Vigo, który stracił pracę, wkrótce straci mieszkanie, zaczyna więc sprzedawać należące do siebie przedmioty, by zdobyć chociaż trochę pieniędzy na życie dla swojej rodziny.

Inspiracją do nakręcenia filmu był panujący w Hiszpanii kryzys, który sprawił, że wiele rodzin zostało zmuszonych do opuszczenia swoich mieszkań, które pozostały puste, ponieważ nikogo nie stać na to, by w nich zamieszkać. Sytuacja finansowa stała się także przyczyną samobójstw na tym tle – w tym mężczyzny, który na znak protestu i własnej bezsilności postanowił podpalić się żywcem w jednym z banków, co zapadło w pamięć reżyserowi.

 

„The Sad Smell of Flesh”

 

W związku z brakiem cięć oraz nagrywaniem filmu w tętniącym życiem mieście, jego twórcy w dużej mierze improwizowali. – Wykonaliśmy cztery podejścia w ciągu dwóch dni, spośród których jedno okazało się zupełnie nieudane, ponieważ w trakcie kręcenia rozładowała się bateria w kamerze. Trzy pozostałe różniły się od siebie znacząco z powodu różnej pory dnia, innego natężenia ruchu drogowego czy niespodzianek, które nas spotkały. Przykładowo drugiego dnia zdjęć jedna z lokacji, w której realizowaliśmy zdjęcia dzień wcześniej, była zamknięta. I właśnie tę wersję filmu wybrałem, ostatnią nakręconą – powiedział reżyser, który w trakcie zdjęć nie przebywał nawet na planie, a jedynie obserwował niektóre sceny z oddali.

Na uwagę zasługuje również „Stand Clear of the Closing Doors” Sama Fleischnera – oryginalna fabuła, której dramaturgii dodały autentyczne wydarzenia. Inspiracją do nakręcenia filmu była historia autystycznego chłopca, który pewnego razu nie wrócił do domu i przez dziesięć dni błąkał się po ulicach Nowego Jorku. By pozostać jak najbliżej rzeczywistości, reżyser postanowił zaangażować do głównej roli chłopca z autyzmem (Jesus Sanchez Velez). Praca z aktorem nie mogła być łatwa i na pewno wymagała nietypowych metod, lecz efekt okazał się znakomity – trudno nie wierzyć postaciom i zaprezentowanej historii. Duża w tym zasługa pozostałych aktorów, a zwłaszcza aktorek (Andrea Suarez i Azul Zorilla) wcielających się w matkę i siostrę Ricky’ego.

Poza opowieścią o błądzącym po mieście chłopcu oraz nerwowo poszukującej go rodzinie, która w trakcie tych kilku dni przechodzi kryzys, a następnie zacieśnia panujące wewnątrz więzi, Sam Fleischner do zwiększenia dramaturgii wykorzystał zbliżający się do miasta podczas kręcenia zdjęć huragan Sandy, co nadało obrazowi mroczniejszego charakteru i podskórnie wyczuwalnego lęku. Pokazał w ten sposób przewagę kina niezależnego nad mainstreamowym – możliwość spontanicznego reagowania na rzeczywistość, która pozwala czasem podnieść wartość dzieła.

Bardziej tradycyjny formalnie, lecz również interesujący okazał się najnowszy film Vincenta Lannoo „In the Name of the Son” („Au nom du fils”). Narracyjnie przypomina klasyczne kino hollywoodzkie, a jakość realizacji jest zaskakująco wysoka, jak na kino niezależne. Główną bohaterką jest kobieta (Astrid Whettnall), udzielająca porad w kwestiach wiary w katolickiej rozgłośni radiowej. Pewnego razu jej mąż, postrzeliwszy się przypadkiem, ginie podczas nietypowego obozu szkoleniowego dla przyszłych obrońców wiary, w którym bierze udział razem z kilkunastoletnim synem, podczas gdy ona myśli, że są na polowaniu.

 

„In the Name of the Son”

 

Niedługo po tym zdesperowany syn wyznaje matce na antenie, że jest homoseksualistą i nie może żyć bez mężczyzny, którego kocha i który wkrótce zniknie z jego życia. Chłopiec popełnia samobójstwo, a jego kochankiem okazuje się ksiądz, który razem z kobietą udzielał porad na antenie, lecz został nakryty przez zwierzchników i odesłany do rodzinnego miasta. Pragnąca zemsty matka udaje się do biskupa, który okazuje się chronić księży pedofilów, by nie narażać na szwank dobrego imienia kościoła. Kobieta zabija biskupa, wykrada listę pedofilów, będących pod jego protekcją i wyrusza mścić krzywdy bezbronnych dzieci.

Mimo trudnego tematu, film jest lekki i pełen absurdalnego humoru. Oglądając go, nie myśli się o etyce czy o głębszym przesłaniu. Idzie raczej o szczególną konwencję pokazania przemocy, a także o mówienie o poważnych problemach z przymrużeniem oka. Wiele osób może poczuć się tym dotknięte lub zniesmaczone, lecz takie filmy jak „Życie jest piękne” („La vita è bella”) Roberto Benigniego pokazały, że można traktować poważne kwestie z poczuciem humoru, a takie jak „Pulp Fiction” Quentina Tarantino, że przemoc w kinie może być pociągająca, a nawet zabawna.