dwutygodnik internetowy
07.10.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kardynalna zmiana

To na razie tylko plotki. Ot, hiszpański dziennik „El Pais” luźno spekuluje, czy Franciszek mianuje kobietę kardynałem. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie. Ponieważ kwestia godności kardynalskiej nie wiąże się z tematem święceń kapłańskich, podobna decyzja nie naruszyłaby w żaden sposób stanowiska Kościoła w temacie kapłaństwa kobiet.

ilustr. Rafał Kucharczuk

Decyzja o mianowaniu świeckich kobiet i mężczyzn, a także sióstr zakonnych, kardynałami, choć wymagałaby olbrzymiej odwagi, mogłaby być jedną z najważniejszych podjętych przez Franciszka. Nawet jeśli na początku niektórym nie przejdą przez gardło słowa „siostro kardynał” czy „panie kardynale”.

 

To na razie tylko plotki. Ot, hiszpański dziennik „El Pais” luźno spekuluje, czy Franciszek mianuje kobietę kardynałem. W rzeczywistości nie wydarzyło się nic szczególnego. Sam pomysł nie jest przecież nowy – dwa lata temu sformułowała go redakcja jezuickiego tygodnika „America”, rok temu ideę odświeżył pewien szwajcarski mnich w niewielkiej broszurze nagłośnionej przez media. Kościół przez wieki wynosił do kardynalskiej godności ludzi świeckich – ostatniego, Teodolfa Mertela, mianował błogosławiony Pius IX w 1858 roku. Decyzja o nadaniu tytułu kardynała kobiecie – siostrze zakonnej lub świeckiej – byłaby tylko kolejnym krokiem na tej drodze. Krokiem słusznym i potrzebnym.
Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie. Ponieważ kwestia godności kardynalskiej nie wiąże się z tematem święceń kapłańskich, podobna decyzja nie naruszyłaby w żaden sposób stanowiska Kościoła w temacie kapłaństwa kobiet. Póki co, na mianowanie świeckich (zarówno kobiet, jak i mężczyzn), oraz zakonnic kardynałami nie pozwala jedynie Kodeks Prawa Kanonicznego. Wystarczyłby jednak jeden papieski dekret (skonsultowany lub nie z kolegium kardynalskim czy synodem biskupów), by zapis ten zmienić. Przed Franciszkiem, gdyby chciał zdecydować się na podobny ruch, droga stoi więc otwarta.

Równia pochyła?

Można się jednak spodziewać, że takowy projekt spotkałby się z oporem niektórych środowisk kościelnych, a z pewnością także części hierarchów. Niektórzy mogliby przekonywać, że to tylko wstęp do radykalnych zmian w nauczaniu Kościoła. Oczami wyobraźni już widzę artykuły czy komentarze zawierające klasyczny argument z równi pochyłej – teraz wprowadzimy świeckich do kolegium kardynalskiego, a skończy się wyborem kobiety na Stolicę Piotrową, co zresztą nie będzie miało już większego znaczenia, bo przecież po drodze zrezygnujemy z uznawania prymatu papieża. Podobne wizje nadchodzącego kataklizmu pojawiają się za każdym razem, gdy słychać postulaty przesunięcia akcentów w nauczaniu Kościoła (w myśl formuły „Kościoła lepiej poinformowanego”, którą ukuł błogosławiony John Henry Newman, notabene kardynał bez święceń biskupich, co w myśl obecnych przepisów byłoby niemożliwe), bądź nawet modyfikacji dotychczasowej duszpasterskiej czy urzędniczej praktyki. Wizje te nie znajdują jednak póki co potwierdzenia w rzeczywistości, a dopuszczenie świeckich do składu kolegium kardynalskiego byłoby nie tyle zmianą dotychczasowego sposobu działania, co powrotem do dawniejszego. A skoro nowy Kodeks Prawa Kanonicznego pochodzi z 1983 roku, to być może nawet fani strony „Młot na posoborowie” byliby usatysfakcjonowani?
Dość tych złośliwości – sprawa jest bowiem poważna. Mianowanie kobiety kardynałem nieuchronnie wywołałoby ożywioną dyskusję o roli kobiet w Kościele w ogóle. A tę Franciszek widzi jako istotną, być może nawet kluczową. W niedawnym głośnym wywiadzie powiedział między innymi, że „Kościół nie może być sobą bez kobiety i jej roli”, a „geniusz kobiecy jest konieczny w miejscach, gdzie podejmuje się ważne decyzje”. Póki co na ważnych i eksponowanych stanowiskach kobiet brakuje. I choć niektórzy publicyści sugerują, by papieskich rozmów w ogóle nie czytać, to można mieć nadzieje, że jego wypowiedzi nie będą jedynie mającym się spodobać, ale w rzeczywistości nieistotnym pustosłowiem. Dobrze by było zacząć wreszcie inaczej myśleć o roli kobiet w Kościele, tak by nie ograniczać jej do prac porządkowych i modlitwy, ale dopuścić kobiety także do współdecydowania o jego losach. Nie trzeba długo szukać, by znaleźć dowody, że wsłuchiwanie się w ich głos jest Kościołowi potrzebne. Dowodzą tego choćby losy świętej Katarzyny ze Sieny, która nie wahała się pouczać papieża w pisanych do niego listach.

Docenić świeckość

Niedowartościowane w Kościele pozostają wciąż także rola i znaczenie świeckich. Przecież najświatlejsi nawet kapłani nie spotykają się na swojej drodze z pewnymi problemami czy dylematami – nie przeżywają wzlotów i upadków małżeńskiego życia, nie boją się o przyszłość swoich dzieci, nie muszą martwić się o wysokość emerytury, nie drżą o to, czy dostaną pracę. Za symbol tego, jak w praktyce pojmowana jest często rola świeckich w Kościele, niech posłuży fakt, że jeszcze niedawno w Komisji Wychowania Katolickiego polskiego Episkopatu nie było ani jednej osoby niekonsekrowanej – a więc na co dzień rzeczywiście wychowującej dzieci. Obecnie zaś obok sześciu biskupów i dziewięciu księży zasiada w niej zaledwie jedna świecka kobieta.
Trudno mi wyzbyć się smutnej refleksji, że marnujemy tym sposobem olbrzymi potencjał. Nie chodzi przecież o to, by do godności kardynalskiej wynieść kogo bądź – byle był kobietą lub świeckim mężczyzną. Chodzi o dopuszczenie do niej jednostek wybitnych, mogących istotnie przyczynić się do podniesienia jakości zarządzania Kościołem i wzbogacić jego refleksję. Do tego, by ten potencjał wykorzystać, potrzeba jednak poważnej zmiany mentalności. Ksiądz Jan Kaczkowski w wywiadzie-rzece „Szału nie ma, jest rak” zwraca uwagę na olbrzymią skalę zjawiska „elementarnego braku poszanowania godności osoby ludzkiej w konkretnej siostrze zakonnej. Do tego te pogardliwe przezwiska: siostra Flakonia od bocznego ołtarza, siostra Autostrada od dróg Bożych… No i tak częste widzenie, także przez księży, miejsca zakonnicy w roli posługaczki: siostrzyczka podskoczy do kancelarii, siostrzyczka zrobi porządek w tych papierach”. Także o zaangażowaniu świeckich wielu księży i biskupów zdaje się myśleć w podobnie protekcjonalny sposób. Decyzja o mianowaniu świeckich kobiet i mężczyzn, a także sióstr zakonnych, kardynałami, choć wymagałaby olbrzymiej odwagi, ma szansę stać się ważnym krokiem na drodze zmiany tej mentalności.
Warto go zrobić, nawet jeśli na początku niektórym nie przejdą przez gardło słowa „siostro kardynał” czy „panie kardynale”.

  • ppp

    Poza ogólnikami, nie ma nic konkretnego. Dlaczego niby kobiety powinny stać się kardynałami? Nie ma żadnych dowodów na to, że są w ogóle potrzebne w kierowaniu jakąkolwiek instytucją, zwłaszcza Kościołem. Skrzywione przekonania autora nie mogą być podstawą do jakiejkolwiek dyskusji. A jeśli papież faktycznie to zrobi, to tylko on będzie obwiniany o rozpad Kościoła, bo powinien pamiętać, że Kościół podtrzymują nie tacy ludzie, jak autor, ale tacy, którzy znajdują się na przeciwległym biegunie ideologicznym.

    • Ignacy

      Pana wypowiedź za to do bólu konkretna, aż ciężko znaleźć ogólnik.

      Proszę wybaczyć ironię, ale ciężko się od niej powstrzymać.

      A Kościół podtrzymuje, spaja i umacnia przede wszystkim Jezus Chrystus. I wierzę, że pomoże On dokonać Franciszkowi dobrego wyboru. Za co, jak sądzę, możemy się razem pomodlić.

      • ppp

        Nie sądzę, abyśmy mogli się razem modlić, bo zbyt wiele nas dzieli i nie można tego ukrywać. Poza tym modlić do kogo i o co, a przede wszystkim z kim? Chcecie raju na ziemi i do tego usilnie dążycie, więc po co to zaproszenie?

        Franciszkiem bym się zbytnio nie przejmował – taki wybój na drodze, który zostanie niedługo zapomniany. Zresztą już jest tylko zjawiskiem medialnym, którym podniecają się nieliczni i do tego nawet nie trzódka, którą miał się opiekować.

        Nadal nie wiem, dlaczego kobieta miałaby zostać kardynałem. Jakie umiejętności, talenty, kwalifikacje mają kobiety, że są tak niezbędne na takim stanowisku? Historia niestety potwierdza, że są tragicznymi przywódcami i zarządcami, więc po co? Po to, żeby ukoić zbolałą “duszę” (oczywiście cudzysłów, gdyż wszelkiej maści lewicowcy nie wierzą w duszę, ani jej nie mają) lewaka? Wasze idiotyczne pomysły już dostatecznie dużo szkód, tu i ówdzie, wyrządziły. Jeżeli już jednak musicie koniecznie wcielać w życie swoje ideały, to róbcie to u siebie, na swój rachunek.