dwutygodnik internetowy
24.03.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz

Steve Rogers, czyli Kapitan Ameryka, działa w organizacji T.A.R.C.Z.A. Po wykonaniu dość rutynowej misji najlepszy żołnierz świata nabiera wątpliwości co do ideałów, które kierują jego przełożonymi.


 
Produkcje Marvela od długiego czasu cechuje tendencja zwyżkowa jeśli chodzi o jakość. Mimo to wśród widzów często można zauważyć lekceważący stosunek do tych ekranizacji komiksów – w końcu jest DC Comics, z Batmanem na czele. Problem w tym, że ostatnie filmy sygnowane logiem DC stały na bardzo niskim poziomie (bardzo zły „Mroczny Rycerz powstaje” i koszmarny „Człowiek ze stali”). Uważam więc, że nie liczenie się z Marvelem graniczy z ignorancją, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę nie tylko poziom kolejnych filmów, ale też spójną wizję i to jak wszystkie wzajemnie się ze sobą łączą. Pierwszym, długo wyczekiwanym dziełem Marvela w 2014 roku jest „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz”.
 
Jesteśmy po wydarzeniach znanych z „Avengersów” – do których zresztą są tu nawiązania – Steve Rogers, czyli Kapitan Ameryka, działa w organizacji T.A.R.C.Z.A. Po wykonaniu dość rutynowej misji najlepszy żołnierz świata nabiera wątpliwości co do ideałów, które kierują jego przełożonymi. W tym samym czasie na terenie Stanów Zjednoczonych pojawia się tajemniczy osobnik, którego nazywa się Zimowym żołnierzem.
 
Bez psucia widzowi zabawy nie można napisać wiele więcej o fabule. Z tego samego powodu nie da się więc omówić zmian wobec komiksu, które zdecydowali się wprowadzić twórcy. A są one bardzo duże i, moim zdaniem, nie do końca udane. Można zrozumieć z czego to wynika – dzięki temu „Zimowy żołnierz” znacznie lepiej łączy się z pierwszą częścią – ale gdyby zostawić najważniejszy wątek w oryginalnej postaci, film mógłby wiele na tym zyskać, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną.
 
Zabieg ten pociąga za sobą także to, że tytułowy przeciwnik, Zimowy żołnierz, jest bardzo zmarginalizowaną postacią. Szkoda, tym bardziej, że to niezwykle ważny i ciekawy bohater. Potraktowany został on po macoszemu i sprowadzony w zasadzie do zwykłego narzędzia. Na szczęście korzyść Zimowego żołnierza działa to, iż został bardzo dobrze wykreowany – otacza go odpowiednia dawka tajemnicy, grozy i siły. A skoro już przy postaciach jesteśmy, to warto zauważyć, że powoli chyba staje się regułą, że aktorzy, dotąd średni, w drugiej części wchodzą na zupełnie nowy poziom. Tak było z Chrisem Hemsworthem w „Thorze: Mrocznym świecie”, tak jest też z Chrisem Evansem grającym Kapitana Amerykę. Ma on w sobie zaskakujący luz i, przede wszystkim, ironię, dzięki której osłabia patetyczny wydźwięk swojej postaci – w ogóle patos jest tu mocno temperowany przez humor, co stanowi wielki plus produkcji. Sprawdzają się także Robert Redford w roli Alexandra Pirce’a, człowieka nadzorującego T.A.R.C.Z.Ę. oraz Anthony Mackie jako nowy super bohater, czyli Falcon. Dodajcie do tego Scarlett Johansson i Samuela L. Jacksona w znanych już rolach i otrzymacie ekipę, w której losy ciężko jest się nie zaangażować.
 

Do atutów na pewno zaliczyć też trzeba konwencję – „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz”, zgodnie z zapowiedziami, utrzymany jest w klimacie filmu szpiegowskiego z lat 70. Stąd zresztą pewnie pomysł zatrudnienia Roberta Redforda. Przy okazji twórcom udaje się podjąć całkiem ciekawe, chociaż niezbyt rozbudowane, rozważania na temat natury dobra i zła oraz bardzo aktualnego problemu bezpieczeństwo vs wolność. Dzięki temu, że Marvel coraz częściej sięga po tego typu przemyślenia, jego produkcje przestają być tylko pustą rozrywką.
 
Żadnym zaskoczeniem nie jest bardzo dobra oprawa audio-wizualna. Warto jednak zauważyć, że rzeczywiście widać, tak jak chcieli twórcy, że efekty specjalne były wykorzystywane wyłącznie wtedy, kiedy było to konieczne. Kiedy jednak już się pojawiają, jak zawsze są spektakularne. Jedyna kwestia techniczna, która budzi wątpliwości to taka, że w niektórych scenach walk kamera trzyma się zbyt blisko postaci. Powoduje to, że momentami nie widać co się dzieje i na ekranie panuje chaos, nie można więc w pełni napawać się bardzo dobrą choreografią pojedynków.
 
Chociaż można odczuwać lekki niedosyt związany ze zmianami fabularnymi, zgodnie z przewidywaniami „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” w jest dobrym filmem, o rozczarowaniu nie może być mowy. Nowe przygody Steve’a Rogersa to rozrywka na bardzo wysokim poziomie. A do tego wcale niegłupia.
 

 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.