dwutygodnik internetowy
11.07.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kanapowe wyzwolenie. Bracia polscy i strategia lewicy

Bracia polscy stworzyli jedną z najodważniejszych herezji w historii chrześcijaństwa. Czytając ich błyskotliwe teksty, można się wiele nauczyć. Przede wszystkim tego, jak wytrwale działać, obszernie pisać, ogniście polemizować i niczego nie zmienić.

 Tekst pochodzi z 23. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” zatytułowanego „post-turysta”, który ukazał się jesienią 2013 roku. 

„Jeszcze za życia mojego rozpuszczali paszkwile, jakobyśmy na zgromadzeniach naszych dopuszczali się wszelkiego rodzaju zdrożności, nago zawierali małżeństwa. A pomyślcie, co będzie, kiedy umrzemy”. Te mało pogodne słowa, wraz ze skromnym dobytkiem, zapisał dzieciom w testamencie arianin Jerzy Szoman, odchodząc – jak sam to określił – w biedzie i zapomnieniu. Miał rację. Dorobek braci polskich, najbardziej radykalnej i konsekwentnej spośród rodzimych odmian protestantyzmu, doceniany jest obecnie tylko przez znawców epoki i teologicznych ekscentryków. Nie prowokuje gniewu, nie budzi sentymentów, nie skłania do zadumy. Ci, którzy zdecydują się podjąć temat, mogą liczyć jedynie na specyficzny odzew, przeznaczony dla adeptów intelektualnej nekrofilii. Tym ciekawszy jest fakt, że ten, mimo wszystko fascynujący, dorobek polskich arian wskrzesiło ostatnio Wydawnictwo Krytyki Politycznej, niekojarzone raczej z sentymentalizmem historycznym i aktywną promocją sarmatyzmu.

Polska teologia wyzwolenia?

Redaktorzy „Przewodnika po braciach polskich” uzasadniają swoją decyzję aktualnością myśli rodzimych arian, i to na aż trzech poziomach. Po pierwsze, braci polskich uważają za „przerwaną ścieżkę oświecenia”. Otwartość intelektualna braci, ich oczytanie i niezależność wyprzedzały epokę, w której żyli. Gdyby rozwój ruchu nie został tragicznie przerwany przez nietolerancję i wynikające z niej dekrety sejmowe, które zmusiły jego przedstawicieli do opuszczenia Rzeczypospolitej w 1658 roku, być może zyskaliby oni wpływ na dzieje naszego kraju, czyniąc go – dlaczego nie? – nowoczesnym mocarstwem na miarę Anglii czy Francji.

Po drugie, jak twierdzą redaktorzy, bracia polscy rozumieli chrześcijaństwo w sposób, który dochodzi do głosu dopiero teraz, po II Soborze Watykańskim i podczas pontyfikatu Franciszka. Jerzy Blandrata pisał o bliskim Chrystusowi „Kościele ubogim”, kontrastując go z ukontentowaną i wszechwiedzącą hierarchią „Kościoła bogatego”. Jan Ludwik Wolzogen bronił konsekwentnego, radykalnego pacyfizmu, podkreślając, że dla prawdziwego chrześcijanina nie tylko nie istnieje „wojna sprawiedliwa”, ale że nawet powinien się on zrzec każdego urzędu dysponującego „władzą wymuszającą”. Jerzy Szoman, dystansując się od sporów epoki, lansował wizję powszechnego Kościoła, otwartego na „wszystkie sekty chrześcijańskie, a nawet pogańskie i żydowskie, otaczającego je żarem miłości”. Na wieki przed Janem Pawłem II, my – naród wiecznie wtórny i zacofany – byliśmy trendsetterami chrześcijaństwa. Najdalej w tych spekulacjach posuwają w Marek Pospiszyl i Jakub Majmurek, którzy w swoich tekstach nazywają braci przedstawicielami „polskiej teologii wyzwolenia”.

Po trzecie i chyba najciekawsze, klęska braci polskich jest z punktu widzenia twórców przewodnika lekcją, którą polska lewica powinna dogłębnie przemyśleć. Arian zgubiła słabość skrzydła radykalnego, które przegrywało kolejne polemiki i nie było w stanie zaproponować przekonującej alternatywy dla kultury dworków i kontuszy. Bracia polscy w większości rekrutowali się ze szlachty, co ograniczyło zasięg ruchu. Łatwiej przychodziło im wybieranie rozwiązań umiarkowanych, które w dłuższej perspektywie okazywały się mało przekonujące z punktu widzenia szerszych grup odbiorców. Arianie porzucili pragnienie przemieniania świata, niesprawowania urzędów i wyzwalania chłopów, a od szlachty odróżniali się przede wszystkim na poziomie symbolicznym: nie uznając Trójcy Świętej i sprzeciwiając się chrzczeniu dzieci. Polska lewica, wyciągając wnioski z upadku braci, powinna – w myśl logiki autorów przewodnika – reprezentować konsekwentnie pozycje radykalne, odrzucić kulturę opartą na przemocy, tworzyć i podtrzymywać alternatywę dla panującego wyzysku.

Polsce – oświecenie, chrześcijaństwu – wyzwolenie, lewicy – przykład. Ruchowi braci polskich, który w szczytowym okresie rozwoju liczył niecałe dwanaście tysięcy wyznawców, autorzy przewodnika przypisują bardzo ambitną listę zadań do wykonania. Nikt o zdrowej samoocenie nie czuje się chyba na tyle oczytanym historykiem, dobrym chrześcijaninem i wizjonerskim lewicowcem, by ogarnąć wszystkie wątki działalności arian i podjąć jednocześnie aż trzy poważne problemy, które – dość niefrasobliwie – stawiają w swoich artykułach redaktorzy tomu. Warto jednak rzucić okiem na dwa wycinki z duchowej spuścizny braci polskich, które mogą pomóc w rekonstrukcji złożonej historii ich rozkwitu i upadku z nieco innej perspektywy: debatę nad przyjęciem przez braci „komunizmu”, na wzór morawskich anabaptystów, oraz polemiczny tekst Kacpra Wilkowskiego – arianina, który na jesieni swojego życia zdecydował się na powtórne przyjęcie religii katolickiej.

Z wizytą u komunistów AD 1569

Pomysł wprowadzenia „komunizmu”, to znaczy życia w małych, egalitarnych wspólnotach pozbawionych własności prywatnej i podporządkowanych zasadom wiary, był najbardziej radykalną koncepcją braci polskich. Inspirowali się oni radykalizmem morawskich anabaptystów, którzy żyli w komunach znajdujących się pod polityczną opieką czeskiej magnaterii. Pod koniec lat sześćdziesiątych XVI wieku wysłana została nawet kilkuosobowa ariańska delegacja studencka, która miała przyjrzeć się życiu „komunistów”. Rezultat pierwszego spotkania nie był jednoznaczny: część uczestników, takich jak Daniel Zwicker, entuzjastycznie pisała o ustroju Morawian, inni jednak pozostawali krytyczni, a zbory pogrążyły się w płomiennych dyskusjach. Z tej burzliwej debaty do dziś zachowały się dwa teksty: anonimowy „Traktat przeciwko «komunistom» morawskim” oraz fragment korespondencji dwóch braci polskich, Daniela Zwickera i Marcina Ruara.

Po przybyciu do morawskiej komuny, szlachetni goście bez większych ceregieli zostali skierowani „do cepów i siekier”. Rąbanie drewna i młócenie zboża musiało być dla uczonych arian sporym zaskoczeniem, tym bardziej, że niektórzy z nich zapewne wykonywali tę czynność po raz pierwszy w życiu. Choć rześkie przyjęcie mogło zniechęcić część delegacji, to mimo wszystko chwalono Morawian za imponującą wytrwałość w realizowaniu przesłania Nowego Testamentu, dążenie do ubóstwa i czystość obyczajów, której Zwicker nie zawahał się nazwać „doskonałością”.

Pozostali bracia polscy z intelektualną sumiennością dostrzegli jednak pewne wady społeczności anabaptystów. Dzieliła się ona „starszych”, obieralnych przedstawicieli, podejmujących wszystkie ważne dla wspólnoty decyzje, oraz pozostałych, wykonujących posłusznie ich polecenia. Ponieważ każdy nowy członek wspólnoty zdawał swój majątek na rzecz komuny, a starsi dysponowali komunalnymi zasobami wedle uznania, w oczach delegacji uchodzili oni za autorytarną klasę panującą. Dla braci, którzy konsekwentnie poszukiwali relacji partnerskich we wspólnocie, w debacie i w małżeństwie, podobny układ, oparty raczej na systemie nakazowym niż wolnej dyskusji, był absolutnie nie do przyjęcia.

Braci odrzuciła również hipokryzja „starszych”: „Nędznie lud pospolity chowają […], piwa nie dawają, ale wodę piją telko. A sami dostatnie rybami i mięsem brzuchy natykają i winem nalewają”. Nawykłymi do długiego radzenia arianami wstrząsnął autorytaryzm i niechęć do polemik, zastąpione ślepym, ich zadaniem, posłuszeństwem. Gdy chcieli porozmawiać o sprawach wiary, znowu oddelegowano ich do pracy fizycznej. Wzbudziło to w nich obawę, że zastąpienie władzy własności i przywileju bezwzględną władzą autorytetu nie tylko nie wzmacnia wspólnoty moralnie, lecz do ucisku materialnego dodaje jeszcze duchową cenzurę.

Radykalna otwartość

Oczywiście, pewną rolę w odrzuceniu wspólnotowego radykalizmu Morawian odgrywało przywiązanie do kultury szlacheckiej, wyssana z mlekiem matki awersja do porządku, w którym uczonych posyłają „do cepów” i, o zgrozo, „piwa nie dawają”. Te właśnie okoliczności autorzy przewodnika uznają za najistotniejszą przyczynę nienawiązania współpracy pomiędzy obydwiema grupami reformatorów. Jeśli jednak wczytamy się w zapisy prowadzonych wówczas dyskusji, to okaże się, że nie był to wcale problem centralny. Zarówno Marcina Ruara, jak i anonimowego autora „Traktatu” oburzało przede wszystkim graniczące z sekciarstwem zamknięcie członków komuny na resztę społeczeństwa. Skoro „Jezus, mistrz nasz, nie kazał się kryć, ale świecić na świecie”, to ograniczanie zasięgu działań do grupy wybrańców uznać należało za sprzeczne z samą istotą chrześcijaństwa. Jeżeli chrześcijanin ma naśladować Chrystusa i walczyć, trochę po kawkowsku, o zbawienie duszy i świata, to „jakież może być zwycięstwo nad światem, gdy ktoś, w pewnym sensie, żyje poza światem? Męstwo żołnierza poznaje się po walce, a nie w spoczynku” – pisał Ruar.

Sami bracia publikowali w wielu językach i starali się wywierać wpływ na bieżące sprawy europejskie. „Katechizm rakowski”, synteza poglądów unitariańskich, został zadedykowany królowi Anglii Jakubowi I. I choć sam władca rozkazał książkę publicznie spalić, to już unitarianin Thomas Jefferson uważał ją za ważne źródło konstytucji Stanów Zjednoczonych. Akademia Rakowska, zwana „sarmackimi Atenami”, prowadziła korespondencję z szanowanymi ośrodkami naukowymi w całej Europie. Odrzucenie komunizmu mogło być zatem nie tyle przejawem słabości radykalnego skrzydła arian i ich kulturowego konformizmu, ile konsekwencją podjęcia przez nich znacznie bardziej ambitnego projektu. Być może bracia polscy odrzucili poglądy izolujących się w swoich komunach anabaptystów, ponieważ chcieli dążyć do przekształcenia całego chrześcijańskiego świata.

Pogrążanie ambicji

Tę ogromną ambicję braci polskich zauważa Zbigniew Ogonowski, który w książce „Arianie polscy” wyróżnia trzy etapy historii ruchu. Początkowo, w okresie radykalnym, mieli oni dążyć do pacyfistycznej, ale głębokiej przemiany całego społeczeństwa. Skonfrontowani z nietolerancją, ograniczyli te postulaty i w drugim etapie zamiast Królestwa Bożego zaczęli budować małe, zorganizowane wspólnoty, takie jak Raków czy Pińczów, mające być wzorem i źródłem odnowy prawdziwego chrześcijaństwa, obficie publikujące i polemizujące ze światem zewnętrznym. Wraz z pogłębiającymi się prześladowaniami, arianie, pod duchowym przywództwem Fausta Socyna, weszli w etap trzeci, stając się w coraz większym stopniu intelektualnym klubem gentlemanów, którzy poświęcali się drobiazgowemu badaniu wybranych ustępów biblijnych i abstrakcyjnym dociekaniom filozoficznym. Warto zastanowić się nad tym, czy schemat upadku ambicji braci polskich („świat – miasto – kanapa”) był jedynie skutkiem nietolerancji i obiektywnych warunków historycznych, czy też wynikał również z przyjętej przez nich strategii. Jeżeli potraktować braci polskich jako ruch społeczny, to przekaz, dobór środków i wyobrażenie docelowego odbiorcy mogłyby być równie istotne dla oceny jego dynamiki jak warunki historyczne. Czynniki te mają dodatkowo tę zaletę, że nieco bardziej prowokują do zastanowienia nad docelową „strategią lewicy”, która miałaby z losu braci polskich wynikać.

Warto przyjrzeć się interesującemu przypadkowi Kacpra Wilkowskiego – wykształconego i religijnego szlachcica, który w młodości z entuzjazmem przyłączył do arian, by po latach ich porzucić i przejść z powrotem na katolicyzm. Jego „Przyczyny nawrócenia do wiary powszechnej” nie są charakterystycznym dla ówczesnych jezuitów pamfletem w stylu „Recepty” Marcina Łaszcza, w których „sprośnych, ubogich dziadów” i „babskich rabinów” odmienia się przez przypadki. Nie są też wiernopoddańczym donosem jak „Wędzidło” Hieronima Powodowskiego, uniżenie błagającego Stefana Batorego o uchylenie zasad tolerancji. Wilkowski spokojnie i bez histerii przedstawia trzy przyczyny, które skłoniły go do odejścia od braci polskich: wewnętrzne spory, rezygnację ze chrztu niemowląt oraz zaniedbania na polu wychowywania dzieci.

Bracia polscy byli najlepiej wykształconymi ludźmi swojej epoki, pielęgnującymi tolerancję, przyznającymi prawo do głoszenia kazań kobietom, podkreślającymi konieczność indywidualnych poszukiwań duchowych i znaczenie odwagi cywilnej. Dlatego też podczas kilkudziesięciu przeprowadzonych przez nich soborów temperatura, w której toczył się tak pożądany dialog, bywała bardzo wysoka. Ponieważ rekrutowali się niemal wyłącznie ze szlachty i z mieszczaństwa, na konflikt przekonań nakładał się, zwłaszcza w większych miastach, konflikt stanowy. Spory wśród arian czasami kończyły się rozłamem i odejściem na jakiś czas od zboru, jak to miało miejsce w przypadku Szymona Budnego. Podkreślając wagę indywidualności, bracia nie doceniali przyciągającej mocy autentycznej wspólnoty, która w czasach kryzysu Rzeczypospolitej mogła być dla wiernych oparciem i punktem odniesienia.

 Happeningi dla wybranych

Odrzucenie chrztu niemowląt, wynikające z liberalnego podejścia do wychowania, nawet jeśli posiadało dla braci pewną rację teologiczną, przez ogół szlachty, w tym Wilkowskiego, odbierane było jako „pogaństwo”. Podobnie jak atak na procesję Bożego Ciała, podczas którego Erazm Otwinowski stłukł monstrancję i podeptał hostię, czy zniszczenie krzyża przez młodzież rakowską, które stało się pretekstem do likwidacji tamtejszej akademii. Przekaz, chociaż inspirujący, oparty był na hermetycznych wywodach teologicznych albo na bardzo kontrowersyjnych gestach, budzących skojarzenia z dzisiejszymi akcjami Femenu. Mało obyty czytelnik, mając do wyboru dwa sprawozdania z debaty: „Krótkie a prawdziwe opisanie dysputacji” Wojciecha z Kalisza i „Pogrom Lewartowski” jezuity Łaszcza, sięgał raczej po tę drugą, prostszą i bardziej emocjonującą lekturę.

Zdaniem Wilkowskiego, bracia pozostawili wreszcie wychowanie dzieci jezuitom. Oczywiście, dzieci braci polskich nie uczęszczały do kolegiów, zborom nie udało się jednak stworzyć przekonującej alternatywy dla jezuickiego modelu wychowania. Zaniechanie chrztu dzieci mogło być odbierane jako wykluczenie ich z Kościoła, co przywiązanej do życia rodzinnego szlachcie musiało wydawać się bluźnierstwem. Wbrew pozorom, jest to zarzut bardzo poważny. Brak pracy u podstaw kłócił się z ambitnymi planami przemiany świata przez arian. Przedkładali oni właściwe postępowanie ponad artykuły wiary, w przeciwieństwie jednak do nietolerancyjnego i – bądźmy szczerzy – ciemnego w porównaniu z nimi księdza Skargi, nie zakładali już na przykład organizacji charytatywnych, specjalizując się przede wszystkim w ambitnej, niszowej publicystyce. Jeżeli istotą teologii wyzwolenia jest solidarne przeżywanie cierpienia ubogiego, jak pisali Leonardo i Clodvis Boff w swoim „Wprowadzeniu do teologii wyzwolenia”, to stosowanie tego terminu do indywidualistycznych braci polskich wydaje się poważnym nadużyciem. Zamiast siać Słowo szeroko i bez selekcji ziaren, znaczna część braci polskich w końcowym etapie degeneracji ruchu przekazywała je srebrnymi sztućcami rozpartym w fotelach członkom intelektualnej bohemy.

Bracia Polscy nie powiedzą, jak naprawić kraj, jak być dobrym chrześcijaninem, jak doprowadzić do obyczajowej rewolucji. Lektura ich pism to odważna analiza ówczesnej rzeczywistości, kilka porywających pytań i trochę potłuczonych dogmatów. Los tego ruchu pokazuje, że pomimo dobrych intencji i intelektualnego potencjału łatwo oderwać się od swojego domniemanego odbiorcy i zamienić się w towarzystwo wzajemnej adoracji. Pogłębiona refleksja nad możliwością usłyszenia tych, których się reprezentuje, jest paraliżująca, przykra i zawsze niewystarczająca, ale niestety potrzebna. Zanim nasze krytyki społeczeństwa i gorące wyznania wiary pozamieniamy na kanapowe koterie.

  • Piotr Ciompa

    Autor entuzjazmuje się przypomnieniem dziedzictwa Braci Polskich przez “niewierzącą” Krytykę Polityczną (to prawda, nikt inny przypominać go nie chce, a warto), ale nie zauważa instrumentalnego charakteru tej publikacji. W świetle zapowiedzi podobnej publikacji o mariawitach, wiele wskazuje na to, że Krytyce chodzi tylko o pokazanie wzorów “dekonstruujących” Kościół. Jak każda heterodoksja, Bracia mieli negatywne przesłanie krytykujące katolickie status quo, ale mieli też “dobrą nowinę”. Otóż co z pozytywnego przesłania publicyści Krytyki chcieliby zaczerpnąć dla siebie? NIC. Chcą natomiast, by katolicy czerpali z nonkonformizmu Arian pełnymi garściami. Bracia są przydatni Krytyce jako współczesny taran na katolicki monolit i do niczego więcej. Z publikacji przebija, najbardziej chyba z wypowiedzi S.Obirka, nadzieja na współczesne podobne ruchy odśrodkowe w polskim Kościele. A i tu publikacja jest bardzo wybiórcza, bo przemilcza, z tego co pamiętam, że do wygnania Braci najbardziej przysłużyła się nie katolicka większość, która owszem ostatecznie “podpisała się” pod tą decyzją, a kalwini, od których Bracia się odszczepili i przez których byli znienawidzeni jako herezja kalwińska. Mnóstwo stereotypów anty-ariańskich było produkowanych właśnie przez kalwinów, nie katolików, którzy dopiero je przejmowali. Gdyby szlachta protestancka w Polsce stała murem za Braćmi, ich los nie byłby przesądzony. Nie pasuje to jednak to narracji, której celem jest podtrzymanie nadziei na pęknięcia we współczesnym Kościele. Przy zrozumiałym szacunku dla nonkonformizmu Braci Polskich, Kontaktowi radziłbym więcej ostrożności z takimi podpuchami ze strony środowisk, które nie identyfikują się z Kościołem/chrześcijaństwem. Trzeba się zdecydować, czy Kontakt bierze udział w wewnętrznych próbach naprawy Kościoła, czy w zewnętrznych próbach jego zmiany. Widzę, jak środowisko się zmaga z tym wyborem i cały czas mam nadzieję, że wybierze pierwszą opcję. Przepraszam za ten ton “wujka dobra rada”, ale ze względu na waszą odmienność mi (jeśli moja skromna osoba może mieć jakieś znaczenie) na was zależy.
    Tym niemniej, publikacja Krytyki o Braciach jest lepsza taka, niż żadna, a póki co nikt inny nie ma interesu w tym, by o nich przypominać. Ale to nie może oznaczać braku krytycyzmu.

    • Kamil Lipiński

      Rozumiem co do zasady Pana zastrzeżenia, ale tym bardziej zachęcam do lektury całego tekstu!

      Może to niespełniony zamysł, ale tekst miał być konstruktywnie krytyczny zarówno wobec ruchu Arian (proszę zauważyć piszę o nich jako o ruchu który upadł częściowo na własne życzenie) jak i wobec środowiska KP, nie nazwłabym jednak chyba tego tektu “entuzjazmowaniem się”, choć na pewno nie jest to młot na czarownice:)

      Pozdrawiam

      • Marcin Witold Surowiec

        I jest, ale jak widać krytyka Krytyki dla niektórych za subtelna.