dwutygodnik internetowy
05.06.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kadrowanie wymiaru sprawiedliwości

Jedyną gwarancją w zakresie kolejnych reform sądownictwa jest autorytet Ministra Sprawiedliwości – będącego zarazem politykiem, Prokuratorem Generalnym i nadzorcą sądów. Która natura weźmie górę przy mianowaniu nowych prezesów?

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

Hasło poprawiania i reformowania wymiaru sprawiedliwości jest odmieniane przez wszystkie możliwe formy i przypadki przez kolejne ekipy rządowe. Jest zatem ideą łączącą bez względu na barwy polityczne. Niestety z biegiem czasu reformowanie stało się celem samym w sobie, a nie środkiem do osiągnięcia konkretnie oznaczonych celów czy wyeliminowania określonych problemów w sądownictwie. W konsekwencji nowe ekipy uchylają to, co uchwaliły poprzednie. Mechanizm ten jest główną siłą zamachową reformy wymiaru sprawiedliwości trwającej od początków transformacji ustrojowej.

W powyższe mankamenty debaty o wymiarze sprawiedliwości wpisują się niestety również „założenia planowanej reformy wymiaru sprawiedliwości” ogłoszone przez Ministerstwo Sprawiedliwości w styczniu 2017 roku. Projektowane zmiany są różnorodne – organizacyjne (połączenie małych wydziałów w sądach), proceduralne (wprowadzenie losowania składu sędziowskiego), instytucjonalne (zmiana sposobu wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa) czy kadrowe (możliwość pełnienia funkcji rzeczników dyscyplinarnych w sądach przez prokuratorów).

Podstawowy problem powyższych założeń polega jednak na formie tych propozycji. Otóż – jak wskazało Ministerstwo „przygotowanych zostało bardzo dużo nowych projektów”. Wprowadzając jedną zmianę, nie wiadomo, jakimi kolejnymi zostanie uzupełniona. Podobnie w zagospodarowaniu przestrzennym krajobrazu – nie każda kolejna zmiana będzie pasowała do istniejącej zabudowy (może ją istotnie zepsuć), mimo iż ta poprzednia wydawała się odpowiednia w istniejących wcześniej warunkach.

Rewolucja krok po kroku

Realizację założeń zaczęto od zmiany statusu dyrektorów sądów pełniących funkcję „menadżerów”. Trybunał Konstytucyjny w 2013 roku uznał, że ich obecność w sądach nie narusza odrębności władzy sądowniczej, mimo iż podlegają Ministrowi Sprawiedliwości. Trybunał zastrzegł jednak, że negatywna ocena pracy takiego dyrektora lub wniosek prezesa o jego odwołanie powinny nakładać na Ministra Sprawiedliwości obowiązek podjęcia działań (to jest odwołania dyrektora), czego dotychczasowe przepisy nie gwarantowały. Zamiast wykonać wyrok Trybunału, Rząd zaproponował (a Parlament uchwalił) rozwiązania, które wzmocniły pozycję Ministra względem sądów. Zniesiono między innymi wymóg przeprowadzenia konkursu na stanowiska dyrektorów. Natomiast możliwość odwołania ze stanowiska nie została obwarowana żadnymi ograniczeniami. Zatem jeden z organów sądu jest w pełni podporządkowany centralnej władzy wykonawczej.

Kolejny krok to możliwość mianowania asesorów – przede wszystkim absolwentów szkoły w Krakowie – na stanowiska asesorskie przez Ministra Sprawiedliwości. Jedyna forma kontroli Ministra to możliwość złożenia przez Krajową Radę Sądownictwa sprzeciwu w ciągu miesiąca (jednak bez realnego dostępu do akt osobowych kandydata na asesora). W przypadku braku sprzeciwu asesor pełni swoją funkcję przez cztery lata. Taka formuła stoi w sprzeczności z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 2007 roku, który zakwestionował możliwość sprawowania wymiaru sprawiedliwości przez asesorów, którym nie zapewniono gwarancji niezawisłości (między innymi od władzy wykonawczej). Żeby jednak nowa kompetencja Ministra Sprawiedliwości nie musiała zbyt długo czekać na wykorzystanie, od kilku miesięcy Ministerstwo Sprawiedliwości nie ogłasza konkursów  na wolne stanowiska sędziowskie. Według danych Krajowej Rady Sądownictwa zablokowanych jest w ten sposób około pięciuset etatów sędziowskich, które – w przypadku wejścia w życie ustawy – zostaną prawdopodobnie obsadzone na nowych zasadach.

Trzeci element reformy to wspomniana Krajowa Rada Sądownictwa. Przy okazji prezentacji tego projektu posłużono się argumentem, który stosunkowo szybko się zdezaktualizował – demokratyzacją. Otóż projekt miał na celu spowodować, że sędziowie różnych szczebli sądownictwa zostaną członkami KRS. Środkiem mającym doprowadzić do owej „demokratyzacji” jest pomysł, aby piętnastu sędziów (spośród 25 wszystkich członków KRS) wybierał Sejm. Rozwiązanie takie nie mieści się w granicach przyznanych Sejmowi przez Konstytucję – ma on prawo wybrać czterech swoich przedstawicieli do KRS. Zdaniem Ministerstwa zmiana jest możliwa, ponieważ podobne (chociaż nie identyczne) rozwiązania funkcjonują w innych państwach w Europie. Zmiana sposobu wyboru członków KRS ma natomiast uzasadnić skrócenie czteroletniej kadencji obecnych członków KRS, a co za tym idzie – wybór nowych sędziów do KRS, tym razem już przez polityków. Kadencji oczywiście nie można skrócić przy pomocy ustawy zwykłej, ponieważ wynika ona z Konstytucji. Jakby tego było mało, podczas prac w komisji wprowadzono możliwość – w ciągu sześćdziesięciu dni od wejścia w życie ustawy – wypowiedzenia lub zmiany warunków umów o pracę pracowników Biura KRS.

Na wymianę kadr nastawiona jest również czwarta nowelizacja. Pozwala Ministrowi Sprawiedliwości na odwołanie wszystkich prezesów sądów powszechnych w ciągu sześciu miesięcy od jej wejścia w życia. Możliwe będzie również odwołanie (przez prezesów) przewodniczących wydziałów w sądach. Natomiast powołanie nowych prezesów nie będzie wiązało się z koniecznością uzgadniania takiej nominacji z kimkolwiek (obecnie potrzebna jest pozytywna opinia zgromadzenia sędziów lub KRS). Pełnienie zatem funkcji prezesa sądu przez sędziego będzie zależało od Ministra Sprawiedliwości. Tymczasem prezes sądu odpowiada między innymi za przydział sędziów do poszczególnych wydziałów, ale co najważniejsze – jest sędzią orzekającym w indywidualnych sprawach. Możliwość arbitralnego odwołania z tej funkcji przez polityka (i Prokuratora Generalnego zarazem) będzie wyzwaniem dla niezawisłości sędziowskiej, której podołają najlepsi.

Wielka niewiadoma?

Wspólnym mianownikiem wszystkich czterech projektów są narzędzia do wpływu na kadry. Nie wiadomo jednak, ile jeszcze projektów obejmie „reforma wymiaru sprawiedliwości” (prawdopodobnie za rogiem czekają zmiany w Sądzie Najwyższym). Nie ma też pewności, że „nowe” będzie lepsze. Jedyną gwarancją w tym zakresie jest autorytet Ministra Sprawiedliwości – będącego zarazem politykiem, Prokuratorem Generalnym i nadzorcą sądów. Która natura (polityczna, prokuratorska czy sądowa) weźmie górę przy mianowaniu nowych prezesów?

Niepokojący jest również język używany podczas prac nad projektami. Operuje się argumentami, które generalizują – negatywne przykłady rozszerza się na ogół ponad dziesięciu tysięcy sędziów – kończąc na rekomendacjach przejścia „reedukacji” w zakresie demokracji. Niestety duże kwantyfikatory nie ułatwiają diagnozy rzeczywistych problemów sądownictwa (na przykład zbyt szerokiej kognicji sądów czy zbyt małej liczby asystentów sędziów). Na to nakłada się garść nowych utrudnień, ponieważ wymiana kilkuset prezesów sądów i przewodniczących wydziałów wróży niemały chaos. Tymczasem wprowadzanie zmian w sądach – w organizacji, w procedurach, w kognicji – jest zawsze operacją na żywym organizmie. Konsekwencji nie odczują jednak politycy, a pracownicy wymiaru sprawiedliwości i zwykli obywatele, którzy w sądach mają swoje sprawy.

Niestety jednego możemy być prawie pewni – doświadczenie pokazuje, że za ewentualne błędy popełnione przez władzę wykonawczą przy wprowadzaniu reformy nikt odpowiedzialności politycznej ani prawnej nie poniesie.