dwutygodnik internetowy
18.12.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kącki: Nie ma afer, są tajemnice

To ludzie konstruują moje opowieści. Trzeba do nich pójść, pogadać, wypić trzy herbaty, zeżreć blachę ciasta. Wysłuchać i później zapisać. A przede wszystkim nie konfrontować się. To wymaga wysiłku, zwłaszcza dziś, w naszym spolaryzowanym społeczeństwie.

ilustr.: Anna Gwiazda

ilustr.: Anna Gwiazda

Marcin Kącki w rozmowie z Janem Bińczyckim opowiada o najnowszej książce „Poznań. Miasto Grzechu”, o metodach pracy z bohaterami, etosie reportera i ciekawości świata.

JAN BIŃCZYCKI: Zacznę po mieszczańsku. „Tak panu dobrze z oczu patrzy”. Nikt by nie powiedział, że tak wygląda dziennikarz śledczy, reporter podejmujący najtrudniejsze tematy.

MARCIN KĄCKI: A jak wyglądam?

Jak krytyk teatralny.

To by się zgadzało, bo nigdy nie byłem dziennikarzem śledczym. Napisałem raptem dwa takie teksty.

Ale przecież większość twoich tekstów jest o aferach.

Nie są o aferach. Są o procesach społecznych. O tym, co się dzieje w społeczeństwie, gdy się milczy i przykrywa. Gdy pojawia się temat budzący kontrowersje, bo dotyka tabu lub intymności, to zwykle mówi się, że to afera. I to słowo już na samym wejściu tworzy barierę dla czytelnika, dla whistleblowera (sygnalisty), kogoś, kto jest zainteresowany sprawą. Za tym terminem kryją się konsekwencje, jakieś sankcje, ostracyzm. Dla mnie afera to okrzyk z wiersza Słonimskiego. W dziennikarstwie interesuje mnie tajemnica, dekoracje, parawany, fasady. Kto i po co je przed nami stawia? To moje paliwo. Nie zawsze najważniejsze jest rozwiązanie. Interesuje mnie droga. To, co dzieje się w czasie mojej pracy niejako po drodze, to maszyna społeczna. Taką maszynę stworzył Wojciech Krolopp, pedofil, dyrygent chóru Polskie Słowiki. W mojej książce o Białymstoku działa mechanizm niepamięci, która też ma swoich funkcjonariuszy i strażników. W żadnej mojej książce nie ma nic aferalnego.

Ale wróćmy do sprawy image’u…

Nie mam kreacji!

Będę się upierał, że łatwiej ci wzbudzić zaufanie niż komuś, kto wygląda jak bohater własnych reportaży. A chyba najtrudniejsza część tej roboty to pójść do ludzi i…

I wytrzymać osiem godzin rozmowy. Rozmawiasz siedem godzin z faszystą, który ma swastykę na plecach. On ci opowiada, co by zrobił z tymi, których nienawidzi. Jakie by zastosował genialne metody zbrodni. Zieje potwornymi sloganami. A ty mu nie możesz przerwać. Musi się wygadać, powiedzieć, co go boli, jak widzi świat. To ludzie konstruują moje opowieści. Trzeba do nich pójść, pogadać, wypić trzy herbaty, zeżreć blachę ciasta. Wysłuchać i później zapisać. A przede wszystkim nie konfrontować się. To wymaga wysiłku, zwłaszcza dziś, w naszym spolaryzowanym społeczeństwie.

I potrafisz zrozumieć takiego na przykład Krollopa, zrozumieć jak on widzi świat?

Krolopp też był ofiarą molestowania. Rozmawiając ze mną, zadał sobie pytanie: kim by był, gdyby matka mu nie umarła, gdyby nie trafił pod opiekę do suchotniczej zakonnicy, a potem pod skrzydła mistrza, który go molestował? A kim byłby Gabryś, jeden z moich poznańskich bohaterów, gdyby ojciec nie pił, matka nie była dewotką i nie molestował go Krolopp? Podejrzewam, że byłby fantastycznym, wrażliwym młodym artystą. A dziś jest męską prostytutką. Wiele w naszym życiu zależy nie od nas, ale od naszego środowiska. Zanim Staszyn z „Białegostoku” został faszystą, to w domu i na podwórku ciągle słyszał „Żydki, Żydki”. Potem nie mógł znaleźć roboty, a na ulicach swojego miasta spotykał obcych, którzy byli dla niego lustrem własnych niepowodzeń. To facet, do którego w pewnym momencie nie miał kto wyciągnąć ręki.

Czujesz się odpowiedzialny za swoich bohaterów?

Stawiam dyktafon albo wyciągam notes, ktoś mi opowiada swoją historię. Jeśli ktoś decyduje się na rozmowę z reporterem, godzi się na to, że pokaże, kim jest. Często mam problem z intymnością wyznań. Zdarzało mi się namawiać bohaterów do pominięcia niektórych spraw albo proponować anonimowość. Na przykład wtedy, gdy rozmowa dotyczyła bolesnych spraw rodzinnych, bo wtedy istnieje ryzyko, że ona ponownie ich skrzywdzi. Tak było w wypadku ojców chórzystów z Polskich Słowików. Sami byli molestowani, a wysyłali do chóru swoich synów. To były wielogodzinne rozmowy, czasami przy alkoholu. Musiałem im potem pokazać ich zapis i wspólnie z nimi zastanowić się, jak to przedstawić czytelnikom.

Są też uczucia, które wykraczają poza skalę rodzinną. Na przykład lokalny patriotyzm. Kiedy wydajesz książkę taką jak „Poznań. Miasto grzechu”, to naturalną reakcją społeczności jest obrona.

Andrzej Leder pisze o kulcie wizerunkowości, „amoralnym familizmie”. Wszyscy mamy naturalną potrzebę, by czuć się dobrze, budować tożsamość. Mówimy o sobie, że pochodzimy z dobrej rodziny, z dobrego podwórka, dzielnicy i tak dalej. To wpływa na politykę. Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania, uznał, że nowym hasłem promocyjnym (w miejsce „miasto know how”) będzie „miasto otwarte”. Wydrukujemy ładne koszulki, ubierzemy się w nie, następnego dnia obudzimy się z dobrym samopoczuciem. Ale o tym, czy Poznań jest otwarty, nie decyduje przecież żadna akcja promocyjna ani nasze samopoczucie, tylko wrażenia tych, którzy przyjechali z zewnątrz. To tak jak z knajpą. Nie da się założyć lokalu, który od razu będzie kultowy i popularny. O tym zadecydują goście. Hasła nie mają znaczenia. Białostoczanom przez wiele lat mówiono, że mieszkają w mieście wielokulturowym i otwartym. Tylko jakoś, kurwa, co chwilę płonęły mieszkania obcokrajowców i obrywał jakiś czarnoskóry. Nawet jeśli mieszkał tam dwadzieścia lat, jak Roger Cole-Wilson, lokalny prezenter radiowy.

Kiedy Jaśkowiak wygrał wybory, poznaniacy uwierzyli, że już mogą oddychać pełną piersią. Bo mają otwartego na świat prezydenta, który sam pokazuje się na marszach równości. Prezydent zaprosił mnie do siebie, żeby porozmawiać o książkach. Bo niedawno wyszedł wywiad rzeka o nim i jego drodze „Dżej Dżej” Violetty Szostak i Włodzimierza Nowaka. Spotkaliśmy się i prezydent przekonywał mnie, że napisałem o historii Poznania, o problemach, które już należą do przeszłości. Kilka dni po naszej rozmowie okazało się, że radni „miasta otwartego” utrącili budżet na warsztaty antydyskryminacyjne dla młodzieży. Obowiązkiem reportera jest sprawdzać, jak życie weryfikuje takie hasła i slogany reklamowe. Ma być jak komar, który bzyczy koło ucha i nie daje zasnąć. Reportaż ma być o tym, co jest nie tak. Nie oczekuję, że ktoś, kto przeczyta, następnego dnia wyjdzie na ulicę z transparentem piętnującym zło. Wystarczy mi, że wytrącę go z komfortu.

Kiedy zorientowałeś się, że ten komfort i samozadowolenie Wielkopolski zasługują, by je zakwestionować?

Inspiracją do książki o Poznaniu był dla mnie Thomas Bernhard. Czytałem jego książki, artykuły o nim, a parę lat temu obejrzałem „Wymazywanie” w reżyserii Krystiana Lupy. Wstrząsnęło mną, bo miałem wrażenie, że na scenie zobaczyłem nie Wiedeń, a Poznań. Taką mieszczańską mentalność „wszystko jest dobrze, jesteśmy ok, niech nic się nie zmienia”. Podstawowy zarzut, z jakim spotykał się Bernhard, brzmiał: „O co ci chodzi? Przecież żyjemy w nowoczesnym, demokratycznym i szczęśliwym społeczeństwie. Daj nam spokojnie iść do teatru czy filharmonii, posłuchać Straussa, Brahmsa”. W latach 70. to było jedno z najlepszych, najbardziej prestiżowych miast. Nawet dziś, kiedy grasz w Monopoly, to Wiedeń jest najdroższą lokalizacją. Ten, kto kupi tam parcelę i postawi hotel, ma wygraną w kieszeni. A Bernhardowi chodziło właśnie o ten dyskomfort, o to, by pokazać, jak czyny kłócą się ze słowami, a tożsamość z wizerunkiem.

Ale może ci mieszczanie mają pewne zalety? Nawet Karol Marks pisał o mieszczanach z pewnym rodzajem uznania, jako o klasie, która była motorem historii, przynosiła zmiany. Mam wrażenie, że poznańskie cnoty to akurat te, na których deficyt cierpi reszta Polski.

Marksistowski opis nie pasuje do Poznania. Problemy, którymi się zajmuję, narastały już po zaborach. Prusacy rugowali polskich mieszczan, blokowali możliwość awansu zawodowego i rozwoju. Kiedy upadły zabory, Poznań był twierdzą. Tego dziś nie widać w krajobrazie, ale wydaje się znaczące w sferze mentalności. Zrozumiałem to, kiedy Maciej Nowak przyjechał do Poznania. To zresztą wspaniałe wydarzenie. Oto warszawski gej przyjeżdża do endeckiego miasta i tłumaczy jego mieszkańcom, kim tak naprawdę są. Robił takie parateatralne performanse dokumentalne. Zobaczyłem dziewiętnastowieczną grafikę przedstawiającą mury ciasno okalające miasto. Na zewnątrz prowadziło ledwie kilka bram. Wtedy pomyślałem, że może te pruskie mury, choć dawno ich nie ma i mało kto o nich pamięta, jednak pozostały w naszej podświadomości.

Ale przecież nie było aż tak źle.

Kiedy padają zabory, Poznań nie ma mieszczaństwa. Było ziemiaństwo i najwytrwalsze, najbardziej zdeterminowane jednostki. O karierę lekarza czy adwokata trzeba było ciężko walczyć. Kto miał pieniądze, uczył się w Berlinie, Hanowerze lub Monachium. Gdy przyszła niepodległość, zaczęto wzywać mieszczan z innych regionów, by zasiedlali Wielkopolskę, bo brakowało polskich lekarzy, nauczycieli, urzędników. I oni zaczęli napływać. Z Kongresówki, Galicji i tak dalej. Ale coś nie gra. Przyjeżdżają na przykład artyści i za chwilę rejterują. Choćby Emil Zegadłowicz. Współkierował radiem, które nadawało audycje katolickie, transmisje z mszy świętych i tak dalej. On był uznany za pisarza katolickiego, ale jednocześnie był przecież samodzielnie myślącym i otwartym facetem. A tu konserwatyzm w redakcji, wydawnictwo, z którym współpracował, wynajęło szpiega, który sprawdzał, czy Zegadłowicz aby na pewno moralnie się prowadzi. Napisał słynny „List pasterski” i wyjechał.

Poznań otrzymał w dwudziestoleciu międzywojennym ogromną szansę. Mógł być fantastycznym tyglem, wyciągającym to, co najlepsze, ze wszystkich stron kraju. Takim polskim Berlinem. A nie jest. Z Berlinem też nie ma żadnych kontaktów. Do książki wybrałem bohaterów, którzy są trzonem elity Poznania. Tak jak ich ojcowie i dziadkowie. To też o czymś świadczy.

Ale Poznań jest też miastem, które przoduje w ogólnopolskich rankingach jakości życia. Często stawia się go za wzór dobrego zarządzania.

Pracując nad książką, celowo nie zajmowałem się aktualną polityką. Zrobili to za mnie jej bohaterowie. Prezydent Jaśkowiak pojawia się na ustach zawsze w tym samym kontekście – PRZE – CZE – KAMY! – mówią ludzie poznańskiej elity. – To gorszyciel! – stwierdza jeden z moich bohaterów, którego jednak nie gorszy Juliusz Paetz. – Niszczyciel! – dodaje inny. To jest prawdziwa lokalna elita. W połowie lat 90. na sesję rady miasta przyszła kobieta, która apelowała, by zająć się sprawą molestowania dzieci w chórze Polskie Słowiki. Co zrobili radni? Utajnili obrady.

Ale za to bardzo prężnie działają anarchiści.

Zgoda. Doceniam i szanuję tych ludzi. Ale w tym kontekście akurat nie interesowała mnie ich pomoc wykluczonym czy kluboksięgarnia Zemsta, ale to, że profesor Polak, który interweniował w sprawie Paetza, dziś ma gabinet w piwnicy i pomimo swej potęgi intelektualnej traktowany jest przez otoczenie jak śmierdzące jajo.

A skąd pomysł na opisanie Małgorzaty Musierowicz? Ciężar jej przewin ma się nijak do pozostałych problemów opisanych w książce.

Ale ja nie widzę u niej żadnych przewin.

Opisujesz jej relacje z bratem, Stanisławem Barańczakiem, oraz to, że bywa nieprzystępna i antypatyczna.

Będąc artystką, pozywa innych artystów, którzy stworzyli przedstawienie polemizujące z jej cyklem Jeżycjada. Musierowicz zarejestrowała swoją twórczość jako znak towarowy, w klasach 41 i 42, czyli na przykład usługi salonów fitness i siłowni, stylizacja, dekoracja wnętrz, opakowań… To wymowny gest. Zastanawiam się, dlaczego tak się stało. Tak naprawdę nie chciałem tego tematu, dwa razy go porzucałem. Nie mogłem się dodzwonić, a jej przyjaciele powiedzieli, że nie chce rozmawiać. Pojechałem pod jej dom, zadzwoniłem domofonem. Powiedziała, że to nie ona. Kłamstwo lekkie jak piórko. Pomyślałem sobie, że dam spokój. Ale chwilę później stwierdziłem – zaraz, co tam tkwi? Czemu zamiast powiedzieć, że nie chce ze mną rozmawiać, „żegnam pana”, kłamie, że to nie ona? Ale nadal nie byłem przekonany. I chciałem dać sobie spokój, dopóki w paryskiej „Kulturze” nie przeczytałem o Wojciechu Bąku, zapomnianym poznańskim poecie. Pisał piękne religijne wiersze. Po wojnie padł ofiarą nagonki. Do jego zniszczenia przyczynił się lekarz Jan Barańczak. Trzydzieści lat później los Bąka podzielił Stanisław, syn Jana, brat Małgorzaty Musierowicz. Był szykanowany przez partię, środowisko, opresyjne państwo. Zacząłem się zastanawiać, czy Stanisław znał historię Jana. Takie sprawy to dla mnie paliwo, napędzają mnie, choć są trudne, gryzą sumienie. Do dziś zastanawiam się, czy dobrze zrobiłem, wchodząc tak głęboko w cudzą osobistą historię.

Zrobiłeś im terapię rodzinną, choć sami Barańczakowie się na nią nie zdecydowali.

Starałem się to zrobić z wrażliwością. Mam nadzieję, że to się udało. W miarę pracy zrozumiałem, że ta historia jest do cna poznańska. Rejestracja książek jako towaru, pozwy wobec młodych artystek, które chcą polemizować z ich przekazem.

Myślałem, że wybrałeś Musierowicz ze względów kompozycyjnych. Popularna pisarka jako kontrapunkt wobec Marii Rataj, pisarki zapomnianej, ubogiej, prawie bezdomnej. I przedstawiającej miasto zupełnie inaczej niż w „Jeżycjadzie”.

Nie myślałem o tym. W książce są trzy bohaterki – pisarki i matki. Bo zawarłem też historię Marii Wicherkiewicz, zapomnianej dziś autorki przewodników po mieście ze skazą w życiorysie. Ale nie miałem takiego zamiaru. Uświadomili mi to dopiero czytelnicy.

Ważnym tematem jest też życie religijne. Nie mam tu na myśli skandali i konfliktów, ale relacje pomiędzy religią, władzą a życiem codziennym.

Mocne związki zaczynają się w połowie XIX wieku. W latach 30. XIX wieku poznański arcybiskup katolicki stawia się zaborcom. Negocjuje w sprawie małżeństw prusko-polskich i przymusu wychowywania dzieci po linii ojca. Kiedy przychodzi niepodległość, katolicyzm się umacnia. Biskup August Hlond de facto rządzi Poznaniem. Blokuje na przykład inicjatywę stworzenia plaży miejskiej, bo uznaje ją za niemoralną. Zegadłowicz musi chodzić na kompromisy z Kościołem, transmitować msze w radio. Panuje kult powstańców wielkopolskich, ale kiedy jeden z nich przystaje do wolnomyślicieli, wspiera emancypację kobiet i mówi, że papież jest najbogatszym człowiekiem na świecie, to Hlond bez mrugnięcia okiem wsadza go do więzienia. Silne piętno odciska na mieście endecja. A współczesny Poznań jest pełen kontrastów. Rządził prezydent, który chodził na procesje, w czasie których przyklękał na chusteczce wyjętej z marynarki, dziś jest Jaśkowiak, który bywa na marszach równości. Ludzie wybrali go, wybrali, bo zmęczył ich Ryszard Grobelny. Ale z drugiej strony Kościół walczy z miastem o budynek szkoły, a wybitny teolog ksiądz Węcławski musi zmienić nazwisko, odejść od kapłaństwa i ląduje w uniwersyteckiej piwnicy. Poznańska religijność to kult dominikanów. Borejkowy, mieszczański. Każdy ma swoje miejsce w ławie i co tydzień oczyszcza duszę.

Katolicki Poznań to monolit?

Nie ma tu laikatu krytycznego wobec Kościoła. Gdy ktoś się wychyla i próbuje coś zmienić, ląduje w piwnicy. Poznań może zazdrościć Krakowowi, też przecież koturnowemu, „Tygodnika Powszechnego”. Gdy ksiądz Boniecki dostaje zakaz wypowiedzi, to krakowianie się burzą, a gdy Węcławskiego, który dziś nazywa się Polak, spotykają represje, poznaniacy milczą.

Rodzina Ziółkowskich, rodzice pierwszej Polki urodzonej dzięki in vitro…

Ojciec Agnieszki został wyrzucony z wydziału teologicznego na uniwersytecie, gdy jako człowiek Kościoła sprzeciwił się krytyce tej metody.

Trudno jest badać życie duchowieństwa?

Trudniej niż struktury mafijne. To bardzo hermetyczna struktura. Tajemnica konklawe rozciąga się na wszystkie poziomy. Mam swoje sposoby szukania źródeł. To żadne dziennikarstwo śledcze, a zwykła dociekliwość. Opierają się na kojarzeniu faktów, pytaniu, czytaniu, szukaniu granic, wracaniu kominem, jeśli wyrzucą przez drzwi. A w przypadku Kościoła im poważniejszy problem, tym większa mordęga. Ma wizerunek budowany od dwóch tysięcy lat. Wyobraź sobie inną instytucję. Na przykład firmę. Jeśli biurowiec ma sto pięter, a na samej górze siedzi prezes, to trzeba na każdej kondygnacji przekonać ludzi, żeby wpuścili dalej. Znaleźć, uwiarygodnić, sprawić, by przestali się obawiać. A w Kościele prezes nie jest konkretnym człowiekiem, z biurkiem i wizytówką na drzwiach. Wszyscy się boją. Onieśmiela ich potęga i dwa tysiące lat historii.

Jesteś religijny?

Nie. Moje córki wychowuję tak, by nikogo i niczego się nie bały. Katolicyzm to dla nich jedna z mitologii. Jeśli same z siebie zaczną szukać duchowości, to będzie ich wybór. Nie jestem antyklerykalny, ale religijny też nie. Moją religią jest ciekawość. Fascynują mnie mechanizmy społeczne, a Kościół katolicki jest jednym z nich.

Pomówmy jeszcze o drodze do reportażu. Zaczynasz w latach 90. To czasy jednocześnie straszne i wspaniałe.

Jest rok 1996. Na Rynku Łazarskim trwa wielki handel kasetami video, okazuje się, że także z pornografią dziecięcą. Robię prowokację dziennikarską. Tak, trochę przez przypadek, wchodzę do zawodu. Bo miałem być chirurgiem.

Rodzina naciskała, byś wybrał medycynę?

Mój ojciec był ślusarzem, maszynistą z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Stargardzie. Matka była ekspedientką w Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska. Prosta rodzina. Na półce dwie książki. Z encyklopedii powycinałem wszystkie flagi, żeby oklejać nimi kapsle do zabawy w Wyścig Pokoju. Książki podrzuca mi siostra ojca. Fascynuję się biologią, więc chcę iść na medycynę. Ale w klasie maturalnej pękam. Chodzą słuchy, że tam można się dostać wtedy, gdy ma się na przykład ojca ginekologa, który skrobie pół regionu i ma super kontakty. Decyzję podejmuję prawie na dworcu. Zamiast jechać do Szczecina i zdawać na medycynę, jadę do Poznania i wybieram studia humanistyczne.

Twoje pokolenie…

Wiesz, czym się różniło? Nikomu nie przychodziło do głowy, żeby na przykład założyć stronę w Internecie o niskich zarobkach. Pensja, etat – to były rzeczy zupełnie nieważne. Nasz etos to była wolność. I żeby robić to, co się kocha. Przez trzy tygodnie nocowałem w samochodzie kumpla, bo nie miałem gdzie spać. A była to dla mnie atrakcja, bo nieopodal była knajpa, gdzie zbierał się lumpenproletariat, i miałem świetny punkt obserwacyjny. Wszystko było dziennikarstwem i ciekawym tematem.

Dziś łatwo oceniać lata 90. Mamy już historyczną perspektywę. Gdyby ktoś dwadzieścia lat temu wystartował z hasłem wyborczym „zajmijmy się socjalem, bo za jakiś czas zaniedbania będą nas kosztować bardzo wiele”, to nikt by nie uwierzył. To oczywiste, że Balcerowicz i inni popełnili masę błędów. Tylko kto był wtedy na tyle mądry, by ich uniknąć? Kiedy rodzice przyjechali z Berlina Zachodniego i przywieźli mi kolorowy magnetofon, to nie myślałem o Balcerowiczu. Tylko o tym magnetofonie i o tym, że widocznie świat tak wygląda. Myślałem o tym, że mogę z kumplem objechać kawał Europy za parę marek. Nosiliśmy powyciągane swetry, podrywaliśmy dziewczyny, paliliśmy szlugi i zastanawialiśmy się, jak najlepiej być wolnymi. Kto mógł wtedy przypuszczać, że w 2008 roku będzie wielki kryzys, a winni bankierzy i tak wyjdą z niego obronną ręką?

W tym, co mówisz, pobrzmiewa trochę pokoleniowa „mądrość etapu”. Koledzy, którzy startowali wraz z tobą, bywają dziś sybarytami i bronią się przed krytyczną oceną najnowszej historii. A ty właśnie w niej grzebiesz.

Mam takiego kumpla ze studiów, z którym czytaliśmy Kunderę. Potem odniósł wielki sukces biznesowy. Dziś, gdy się spotykamy, to drę z niego łacha. On wie, że sporo zgubił: wolność, nasze ideały, nawet mój egzemplarz „Nieznośnej lekkości bytu” z autografem autora. Nie wiem, co sprawiło, że wybrał pieniądze, a ja wolność. Miałem kiedyś ofertę, by zostać piarowcem dużego koncernu, ale nie skorzystałem. Bałem się, że będę się męczył, że zostanę niewolnikiem samochodu i telewizora, na które zarobię kłamstwem. Nie mój świat.

Wszystkie twoje książki są o pęknięciach w systemie III RP.

Nie. Są o uniwersalnych namiętnościach: pożądaniu, chciwości, współzawodnictwie, zazdrości. Taki jest świat.

***

Marcin Kącki – reporter i pisarz. Redaktor „Dużego Formatu”. Autor głośnych książek reporterskich: Lepperiada (2013), „Maestro. Historia milczenia” (2013), „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” (2015), „Plaża za szafą. Polska kryminalna” (2017), „Poznań. Miasto Grzechu” (2017) oraz powieści „Fak maj lajf” (2017). Zwycięzca rankingu Dziennikarz Roku magazynu „Press” (2007), laureat dziennikarskich nagród Grand Press (2007), Watergate (2007, 2010), Virtuti Civili (2004, 2005), MediaTory (2007). W 2016 roku nominowany do Nagrody Literackiej Nike.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Reportaż jako gest etyczny – „Żeby nie było śladów” Cezarego Łazarewicza

Pisanie Ryszarda Kapuścińskiego

Pablopavo: Ta syta Warszawa nie bardzo mnie interesuje